Przyroda co roku budzi się do życia. Pojawiają się kwiaty, a na drzewa powracają zielone liście. Dookoła wszystko kwitnie. Właśnie z tego czasownika tytuł swojej drugiej studyjnej płyty postanowił uczynić urodzony w Republice Południowej Afryki Troye Sivan. W jego przypadku przedwiośnie trwało trzy lata, bo tyle czasu młody wokalista kazał czekać na następcę „Blue Neighbourhood”. Liczę, że tegoroczne “Bloom” dostarczy mi więcej wrażeń – pisałam kończąc swą przygodę z tamtym albumem. Pora przekonać się, czy z Sivana w końcu wyrósł piękny, kolorowy kwiat.

 

Przez trzy lata w Troyu nie zaszły większe zmiany, nie stał się nagle inną osobą. Wciąż jest tym samym – zacytuję tu samą siebie – lekko zagubionym, melancholijnym chłopakiem, dla którego największą wartością w życiu stanowi miłość. Szuka jej, walczy o nią, ale również pozwala temu uczuciu wygasnąć.

REKLAMA
beyerdynamic

I went out looking for love when I was seventeen, maybe a little too young, but it was real to me – śpiewa Troye w otwierającej album „Bloom” autobiograficznej kompozycji „Seventeen”. To dobra popowa produkcja, która szybko zostaje w głowie. Może niezbyt szaleję za jej bardziej podniosłym refrenem, ale już minimalistyczne zwrotki, w których można podziwiać aksamitny głos artysty, przypadły mi do gustu. Następny utwór „My My My!” także odznacza się bardziej wyrazistym refrenem, z tą jednak różnicą, że sam utwór brzmi weselej, optymistyczniej, choć daleko mu do ballady. Sivan ma raczej chęć poobserwować, jak nasze nogi chodzą w rytm tego niebanalnego, popowego kawałka. Do wolniejszych tańców świetnie sprawdzi się rozmarzone „Dance to This”, w którym udziela się Ariana Grande – wtrącane od czasu do czasu dźwięki gitary i perkusji nadają piosence ciekawszego wyrazu. Do innych żywszych nagrań należą nudne „Plum”, przebojowe „Lucky Strike” oraz kołyszące „Bloom”.

 

 

Troye ma w sobie sporo nostalgii i smutku, a mimo to jego debiut wcale nie obfitował w klasyczne ballady. Krążek „Bloom” już kilka takich pozycji zawiera i muszę przyznać, że wypadają one bardzo dobrze. Moim ulubieńcem jest indie folkowe, urokliwe „The Good Side”, w którym spokojnym głosem wokalista śpiewa o niedawnym zakończeniu wieloletniego związku. Poruszające jest także zaaranżowane na pianino „Postcard” traktujące o powolnym odsuwaniu się ukochanej osoby od podmiotu lirycznego. W nowocześniejszym kierunku zmierzają podbite elektronicznym bitem i wzbogacone chórkiem „What a Heavenly Way to Die” oraz dream popowe, wyciszające „Animal”.

 

 

Na albumie „Blue Neighbourhood” raził brak większej ilości pomysłów na kompozycje. Mało co tam zaskakiwało, wiele nagrań zlewało się w jedną electropopową całość. Nie pomagały nawet ładne, nastrojowe wokale Troya Sivana i niezłe teksty piosenek. Na „Bloom” artysta nie traci nagle swojego wokalnego i tekściarskiego talentu, zyskuje za to lepsze, a przede wszystkim bardziej różnorodne produkcje i sięga po brzmienia, które dotąd były mu obce – kto by przypuszczał, że usłyszymy go tylko w towarzystwie pianina czy gitary akustycznej?. Przez swój melancholijny klimat płyta „Bloom” sprawiać może wrażenie jesiennego soundtracku. Nie znam się na ogrodnictwie, ale jeśli istnieje kwiat, który potrafi rozkwitnąć przy chłodniejszej, deszczowej pogodzie, niech nosi on nazwę Troye. „Bloom” jest miłym zaskoczeniem.

 

REKLAMA
mip

DODAJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here