Odtwarzacz z czterema przetwornikami, akumulatorem na 13 godzin grania, wielostopniowym podbiciem i napięciem wyjściowym sięgającym 15 V – to właśnie Astell&Kern Kann Max, który ma być kieszonkową „stacjonarką” o fenomenalnej jakości dźwięku.

Specyfikacja Kanna Max jednocześnie zachwyca i budzi wątpliwości, ale jest bez wątpienia intrygująca. Producent postawił na wysoko pozycjonowany przetwornik ESS Technology, ale w mobilnej wersji, czyli o oznaczeniu ES9038Q2M. Początkowo mnie to rozczarowało, bo mowa jednak o odtwarzaczu wycenionym na 6999 zł, który powinien bazować już na flagowych kostkach, czyli ES9038 Pro. Z drugiej strony na pokładzie są nie dwa, a aż cztery przetworniki ES9038Q2M.

Producent zaprojektował układ tak, że napięcie wyjściowe sięga nawet 15 V rms, bo każdy przetwornik to oddzielny blok ze wzmacniaczem. Z kolei podbicie jest regulowane w czterech stopniach, co sugeruje, że Kann Max zapewni zarówno czysty sygnał, jak i multum mocy. Zresztą takie też hasła pojawiają się w materiałach marketingowych. Czyżby producentowi rzeczywiście udało się stworzyć uniwersalny odtwarzacz do czułych dokanałówek oraz prądożernych słuchawek wokółusznych? Interesowało mnie też, jak Kann Max ma się do FiiO M17, gigantycznego i droższego odtwarzacza z topowymi przetwornikami od ESS.

REKLAMA
fiio

Wyposażenie

Estetyczne i solidne pudełko skrywa podstawowe wyposażenie, czyli:

  • dwa komplety folii zabezpieczających;
  • dwie zaślepki czytnika microSD;
  • kabel USB (długość 94 cm);
  • instrukcję obsługi i dokumentację.

Kabel USB jest co prawda sztywny, ale to konsekwencja ekranowania oraz grubej izolacji, więc przewód powinien sprawdzić się nie tylko do transferu plików, ale też transmisji muzyki. Świetnie, że pomyślano o foliach zabezpieczających, które zdublowano – otrzymujemy dwie folie na front i dwie na tył. Z drugiej strony jeden komplet mógł zostać naklejony fabrycznie, bo w domowych warunkach zazwyczaj trudno uzyskać taki sam efekt, jak z fabryki.

Konstrukcja

Odtwarzacze Astell&Kern słyną z rewelacyjnego wykonania oraz nieszablonowego wzornictwa i nie inaczej jest w tym przypadku. Kann Max wydaje się być jednolitym blokiem aluminium, które zostało dodatkowo wyszczotkowane oraz ozdobione głęboko wyfrezowanym logo. Bryła jest też efektownie pościnana, bo krawędzie wyprofilowano tak, że tył urządzenia zwęża się ku górze. Z drugiej strony design jest zaskakująco stonowany, jak na odtwarzacz z logo Astell&Kern, bo wzornictwo jest prostsze i mniej awangardowe, niż zazwyczaj.

Ekran zajmuje mniej więcej 4/5 powierzchni frontu, bo jest pod nim szerszy odstęp z dyskretnym przyciskiem dotykowym. Przód został przeszklony, a wszystkie krawędzie tafli lekko zaoblono. Sam wyświetlacz to IPS o przekątnej 4,1 cala, który nie rozczarowuje kolorystyką, ma przyzwoity kontrast oraz dość naturalną biel. Rozdzielczość HD (720×1280 pikseli) to nic specjalnego w dzisiejszych czasach, ale ekran jest na tyle mały, że ostrość pozostaje wysoka (358 ppi). Ponadto ekran jest optymalnie jasny na maksimum oraz ciemny na minimum skali regulacji.

W obrębie prawej krawędzi znajduje się wyżłobione pokrętło głośności, które klika podczas obrotu. Wpuszczono je głęboko w obudowę oraz podświetlono pierścieniem, który różnymi kolorami wskazuje jakość odtwarzanej muzyki. Z kolei na lewej stronie są trzy, niewielkie przyciski sterowania utworami, które efektownie odstają poza obręb struktury. Na górę trafiły zaś gniazda audio, czyli pozłocone wyjścia 3,5 mm; 2,5 mm oraz 4,4 mm, a także niewielki włącznik. Z kolei na spodzie jest pojedyncze USB-C oraz jeden czytnik kart pamięci microSD.

Na temat jakości wykonania nie muszę się rozpisywać, bo jest po prostu perfekcyjna, co jest cechą rozpoznawczą sprzętu Astell&Kern. Wykończenie materiałów czy spasowanie konstrukcji nie budzą nawet najmniejszych zastrzeżeń, a wszelkie oznaczenia czy logo zostały naniesione z najwyższą precyzją.

Ergonomia, funkcjonalność i czas pracy

Nie spodziewałem się, że tak masywna i kanciasta bryła może być wygodna w obsłudze. Tymczasem odchylone ścianki okazują się świetnie współgrać z dłońmi – ich kąt idealnie odpowiada zgiętym paliczkom. Do pokrętła oraz przycisków jest też wygodny dostęp, bo można je obsługiwać albo kciukiem, albo palcem wskazującym okalającym obudowę. W rezultacie Kanna Max trzyma się naprawdę pewnie i komfortowo obsługuje jednorącz, mimo że odtwarzacz waży ponad 300 g. Pozytywnie oceniam także wymiary, bo konstrukcja nie jest długa czy szeroka, a jedynie dość gruba. W efekcie Kann Max to maleństwo przy FiiO M17, który jest od niego dwukrotnie cięższy.

Funkcjonalność budzi mieszane uczucia. Nie narzekam na pojedynczy czytnik microSD, bo ten obsługuje karty o pojemności do 1 TB, a sam odtwarzacz ma jeszcze 64 GB pamięci wbudowanej. Pojedyncze USB-C w teorii nie jest wadą, bo wspiera ono wiele funkcji, czyli transfer plików (działa), tryb DAC-a USB (działa), wyjście cyfrowe do innego DAC-a (działa) oraz zewnętrzne dyski twarde (nie działa). Podłączałem różne nośniki zarówno kablami USB-C oraz za pomocą adaptera USB OTG i Kann Max wykrywał urządzenia, ale nie mogłem dostać się do ich zawartości. W zakładce „Folders” widoczna była jedynie pamięć wewnętrzna i karta microSD.

Interfejs Bluetooth jest dwukierunkowy, czyli Kann Max współpracuje zarówno ze słuchawkami, jak i może przyjmować sygnał ze smartfona. Pula kodeków jest jednak ograniczona, bo brakuje aptX-a Adaptive. Niemniej w zastosowaniach audio najważniejszy jest LDAC, którego nie zabrakło. Niestety funkcja adaptera Bluetooth nie działała poprawnie ani z Samsungiem Galaxy S21 FE, ani z Realme GT ME, bo dźwięk co chwilę się przycinał, bez względu na ustawienia transmisji LDAC-a. Zawiodło mnie też Wi-Fi, które jest jednopasmowe (2,4 GHz), co spowalnia pobieranie muzyki z Tidala czy serwera FTP.

Producent szacuje czas pracy na 13 godzin, ale to wynik uzyskany ze słuchawkami podłączonymi do wyjścia 3,5 mm podczas odtwarzania plików w formacie FLAC na niskim poziomie podbicia. Wykonałem podobny test z tą różnicą, że korzystałem z gniazda 4,4 mm, do którego podłączyłem skuteczne FiiO FH3. Podczas testu akumulatora nie używałem ekranu, a głośność była ustawiona na poziomie 50-tym. Odtwarzacz rozładował się po 12 godzinach i 7 minutach, co pozytywnie zaskakuje. Trzeba jednak pamiętać, że z wymagającymi słuchawkami i streamingiem przez Wi-Fi czas pracy skróci się o dobre kilka godzin.

System operacyjny

System operacyjny jest autorski, ale najpewniej bazuje na Androidzie, który został dostosowany do odtwarzania muzyki. Preferuję odtwarzacze z niemodyfikowanym Androidem, ale oprogramowanie od Astell&Kern jest także udane, bo umożliwia zainstalowanie kilku aplikacji do strumieniowania muzyki, ma praktyczny panel systemowy oraz działa szybko. Mnie system nie rozczarował, chociaż uważam, że mógł być zaprojektowany trochę lepiej, o czym za chwilę.

 

Głównym ekranem jest aplikacja odtwarzająca muzykę, estetyczna i dość intuicyjna. Co ciekawe oferuje ona także instalator aplikacji, który schowano w zakładce „Services” w bocznym menu. Za pomocą instalatora pobierzemy apki do strumieniowania muzyki, czyli m.in. Tidala, Spotify, Deezera, Amazon Music czy Apple Music. Ta pierwsza aplikacja jest dostępna w dwóch wersjach, uproszczonej oraz smartfonowej, która pozwala na słuchanie muzyki offline. Korzystałem z tej drugiej, bo do pierwszej nie mogłem się zalogować – pojawiały się komunikaty o problemach z autoryzacją…

Zainstalowane aplikacje również uruchamia się z poziomu aplikacji odtwarzającej, co nie każdemu przypadnie do gustu. Myślę, że producent powinien był postawić już na standardowy ekran główny, czyli zwyczajny pulpit ze skrótami do Tidala czy Spotify oraz zintegrowanego odtwarzacza plików. Moim zdaniem upodobnienie interfejsu do smartfona zapewniłoby szybszy dostęp do preferowanego sposobu konsumpcji muzyki. Dzisiaj nie każdy użytkownik korzysta przecież z plików, niektórzy w pełni przesiedli się na strumieniowanie muzyki. Astell&Kern niejako to ignoruje, wymuszając rozpoczynanie od odtwarzacza muzyki.

Świetnie, że rozwijany panel systemowy zawiera multum podręcznych skrótów, które można przewijać w poziomie, jak i edytować. Z tego miejsca uzyskamy też dostęp do rozbudowanych ustawień odtwarzacza, gdzie dostosujemy szereg aspektów dotyczących transmisji plików, interfejsu Bluetooth, odtwarzania muzyki czy brzmienia, bo nie zabrakło korektora z opcją zapisywania własnych konfiguracji. Miłym dodatkiem jest także konfigurowalny filtr crossfeed z dwoma predefiniowanymi ustawieniami od znanych osobistości, czyli Chu Moya oraz Jana Meiera. Opcji jest znacznie więcej, więc myślę, że każdy będzie zadowolony z możliwości systemu operacyjnego.

Specyfikacja

Ogólna

  • procesor: czterordzeniowy
  • wyświetlacz: 4,1 cala, 720×1280 pikseli, dotykowy IPS
  • przetworniki: 4x ESS Technology ES9038Q2M
  • maksymalne próbkowanie: 32 bit/768 kHz; DSD64-512
  • obsługa formatów: WAV, FLAC, WMA, MP3, OGG, APE, AAC, ALAC, AIFF, DIFF, DSF, MQA
  • interfejsy bezprzewodowe: Bluetooth 5.0 z AAC, aptX, aptX HD i LDAC, Wi-Fi 2,4 GHz
  • pamięć wbudowana: 64 GB
  • czytnik microSD: do 1 TB
  • funkcje: DAC USB, adapter Bluetooth, czterostopniowa regulacja podbicia, wskaźnik LED, ReplayGain, strumieniowanie muzyki, bezprzewodowy transfer muzyki
  • akumulator: 5600 mAh
  • czas pracy: do 13 h
  • czas ładowania: ok. 3,5 h (9 V/1,67 A); ok. 5,5 h (5 V/ 2 A)
  • wymiary: 117 x 68,3 x 23,6 mm
  • masa: 305 g

Audio

  • pasmo przenoszenia: 20 Hz-70 kHz
  • SNR: 114 dB
  • przesłuchy międzykanałowe: -124 dB
  • THD+N: 0,0003%
  • impedancja wyjściowa: 1 Ω (3,5 mm); 1,6 Ω (2,5 mm oraz 4,4 mm)
  • napięcie wyjściowe: 2-8 V rms (3,5 mm); 4-15 V rms (2,5 mm oraz 4,4 mm)

Brzmienie

  • Słuchawki: Audeze LCD-2, Dan Clark Audio Ether 1.1, HiFiMAN Arya V3, Edition XS, HE-R9 i Sundara, Astell&Kern Pathfinder, Campfire Audio Ara, Dorado 2020 i Solaris 2020, FiiO FH9, FH5s, FH3 i FD7, Meze Advar, BQEYZ Autumn, Letshuoer S12
  • Źródła: FiiO M17, M11 Plus ESS, Cayin N3Pro, FiiO BTR7 i BTR5 (2021), Qudelix-5K, Cayin RU-6, FiiO KA3, Astell&Kern HC2, Samsung Galaxy S21 FE

Odtwarzacz został przetestowany z oprogramowaniem w wersji 1.10CM.

Astell&Kern Kann Max brzmi fantastycznie! Mam wrażenie, że producent chciał zestroić kostki ESS Technology tak, by brzmiały w stylu przetworników Asahi Kasei Microdevices. Rezultat jest udany – nadal słychać, że na pokładzie jest „Sabre”, bo dźwięk jest klarowny i precyzyjny, ale jednocześnie trochę bardziej muzykalny i łagodny. W dźwięku jest więcej ciepła i barw, a ważną rolę pełni fenomenalny bas. Jednocześnie odtwarzacz zdumiewa stroną techniczną – Kann Max popisuje się rozdzielczością, zarysowanym konturem dźwięku i zaawansowaną holografią.

Astell&Kern Kann Max – brzmienie
Niskie tony zachwycają, bo bas jest sprężysty, dynamiczny i zróżnicowany pod względem faktury. Słychać w nim też mnóstwo energii, co jest zasługą szybkiego ataku, wzorowego podtrzymywania i momentalnego wygasania dźwięku. Mamy więc do czynienia z dociążonym dołem pasma, który jest jednak zwiewny i nie muli. Jednocześnie niskie tony imponują rozdzielczością – są twarde, zarysowane i naszpikowane szczegółami, co robi wrażenie, bo bas jest jednocześnie techniczny i muzykalny. To nie wszystko, bo niskie tony są tym samym organiczne, brzmią zaskakująco naturalnie, co nie jest standardem w sprzęcie z przetwornikami ESS Technology.

Pasmo średnie jest bliskie i także zarysowane. Słychać w nim lekkie ciepło, ale nie ma mowy o wycięciu wyższego podzakresu, bo pasmo jest bezpośrednie i klarowne. Średnica także brzmi masywnie, wyraziście i angażująco, ale jednocześnie technicznie – wszystko jest prezentowane jak na dłoni. Zadowoleni będą więc wszyscy, którzy nie lubią gładkiego i zmiękczonego dźwięku. Początkowo wydawało mi się, że średnica jest skrajnie analityczna, bo Kann Max potrafi wręcz przytłoczyć detalami. Okazało się jednak, że ilość szczegółów oraz ogólna bezpośredniość przekazu w ogóle mnie nie męczyły, zacząłem odbierać odtwarzacz jako muzykalny, bo z odpowiednimi słuchawkami Kann Max sprawiał mi przyjemność i pozwalał się zrelaksować. Zakładam, że to zasługa nasyconego dźwięku, naturalnego przekazu żywych instrumentów oraz wokali.

Wysokie tony to swobodne, ale jednocześnie jakby poskromione pasmo. Mam wrażenie, że najwyższe oktawy zostały nieznacznie uspokojone, lekko zaokrąglone. Nie należy obawiać się roll-offu, przyciemnienia czy zgaszenia, bo góra nadal pnie się wysoko, brzmi klarownie i selektywnie, a więc kontruje niskie tony i wzorowo doświetla pozostałe zakresy. Odebrałem jednak sopran jako przystępniejszy, trochę łagodniejszy w odbiorze, niż zazwyczaj w odtwarzaczach bazujących na rozwiązaniach ESS Technology. Może wrażliwi na wysokie tony, preferujący brzmienie ze stajni AKM jeszcze nie będą zadowoleni, bo góra to nadal mocne pasmo. Ucieszą się za to osoby, które szukają złotego środka, czyli wyrazistych, ale jeszcze nie żyletkowych wysokich tonów. Myślę, że się do nich zaliczam, bo góra Kann Max zdecydowanie przypadła mi do gustu.

Scena dźwiękowa jest wisienką na torcie. Przestrzeń nie jest może efektowna, bo pierwszy plan jest blisko słuchacza, co dodatkowo potęguje bezpośredniość przekazu. Okazuje się jednak, że wyjścia zbalansowane zapewniają bardzo szeroki przekaz z kontrastową separacją kanałów, dzięki czemu instrumenty drugoplanowe oraz dźwięki tła są mocno eksponowane na boki. W konsekwencji scena jest elipsoidalna, ale głębia oraz wysokość przestrzeni także nie rozczarowują, więc przekaz pozostaje nadal trójwymiarowy. Efekt jest potęgowany przez świetną holografię, bo instrumenty są duże i kształtne, zajmują w scenie obszary, a nie punkty. Mimo tego nic się ze sobą nie zlewa, separacja instrumentów jest wzorowa, podobnie jak napowietrzenie.

Astell&Kern Kann Max – porównanie z FiiO M17
Konfrontacja z FiiO M17 jest niezwykle ciekawa, bo to znacznie większy i droższy o 1500 zł odtwarzacz, który został wyposażony w dwa przetworniki ES9038 Pro. Założenia DAP-ów są podobne, bo oba zachwycają stroną techniczną, ale podają muzykę w muzykalnym sosie. Jest to jednak realizowane na dwa sposoby, bo FiiO M17 brzmi bardziej neutralnie, jest gładszy w przekazie i mocniej rozciąga sopran. Z kolei Kann Max brzmi twardziej, cieplej i lekko ogranicza najwyższe zakresy. Moim zdaniem dźwięk FiiO jest bardziej zrównoważony, bliższy równowagi i bezwzględny, ale to Astell&Kern brzmi naturalniej i barwniej.

M17-tka także zachwyca basem, ale ten jest gładszy, miększy i bardziej obły, gdy Kann Max generuje niezwykle twardy, zbity i zróżnicowany dół pasma. Moim zdaniem bas FiiO chętniej schodzi w subbas, jest masywniejszy i głębszy, ale to Kann Max wyciąga więcej detali i intensywnie różnicuje fakturę instrumentów operujących niskimi tonami. Odebrałem też średnicę odtwarzacza Astell&Kern jako bliższą, twardszą i bardziej zarysowaną. FiiO także brzmi rozdzielczo, ale wyraźnie gładziej w średnicy. Z kolei wysokie tony są klarowne w obu odtwarzaczach, ale FiiO prezentuje górę jeszcze swobodniej od Astell&Kerna. Scena jest imponująca w obu przypadkach, ale FiiO M17 odsuwa pierwszy plan, potęguje głębię i wysokość, więc generuje większą przestrzeń.

Myślę, że oba odtwarzacze reprezentują wysoki poziom. Jeśli preferujemy twardy, zarysowany i jednocześnie naturalny przekaz oraz bliski pierwszy plan, to Kann Max wyjdzie na prowadzenie. To też lepszy wybór do ściśle mobilnego użytku ze względu na mniejsze gabaryty. Z kolei fani większej przestrzeni, gładkiego dźwięku bliższego równowagi docenią FiiO M17. Teoretycznie mniejszy i tańszy Kann Max jest bardziej opłacalny, ale należy pamiętać, że FiiO ma w zestawie podstawkę i zasilacz, bo oferuje także świetny tryb stacjonarny. Moim zdaniem M17-tka zasilana z gniazdka brzmi jeszcze lepiej oraz przestrzenniej względem trybu odtwarzacza.

Co ciekawe więcej podobieństw słychać w porównaniu do FiiO M15 z przetwornikami AKM, co jest dobrym argumentem za tym, że Astell&Kern chciał zestroić Kanna Max w stylu przetworników japońskiego producenta. Daje się wychwycić podobny nacisk na bas oraz spokojniejszy przekaz sopranu, ale M15-tka brzmi cieplej, bardziej miękko i mniej technicznie. Kann Max jest tutaj bardziej analityczny, nie szczędzi detali, brzmi w sposób zarysowany i niezwykle zróżnicowany, więc ode mnie punkt dla Astell&Kerna. Lubię dźwięk w stylu M15-tki, ale Kann Max pozwalał mi się zrelaksować i jednocześnie nie wygładzał dźwięku.

Astell&Kern Kann Max – synergia
Kann Max wymaga synergii, którą nie tak łatwo określić, bo zdarzają się problemy, zarówno dotyczące zgrania ze słuchawkami, jak i z… czystością sygnału. Zacznijmy od synergii, bo Kann Max potrafi być lekko ostry w niektórych połączeniach, ale wcale nie tych oczywistych. Dla przykładu z hybrydowymi FiiO FH9 odtwarzacz brzmi świetnie, zachwyca z Campfire Solaris 2020 czy nowymi Astell&Kern Pathfinder, a to modele ze stosunkowo mocną wyższą średnicą/górą, za które odpowiadają przetworniki armaturowe. Z kolei łagodniejsze Meze Advar zabrzmiały z Kannem Max jaśniej i bardziej agresywnie niż zazwyczaj, a to jednak dość spokojnie brzmiące słuchawki dynamiczne. Zgranie z Advarami nadal było niezłe, ale słuchawki przeszły na bardziej techniczną stronę mocy. Sporo można jednak zdziałać filtrami cyfrowymi, które wyraźnie wpływają na brzmienie, a więc pozwolą dopieścić synergię.

 Niestety zapewniania producenta odnośnie czystości sygnału można włożyć między bajki, bo Kann Max wyraźnie szumi nawet na pierwszym stopniu podbicia. Szum jest intensywny na czułych armaturach pokroju Campfire Audio Ara czy Astell&Kern Pathfinder, a słychać go też na mniej wrażliwych słuchawkach, jak FiiO FH9. Nie wymagam perfekcyjnie czystego sygnału, ale Kann Max w tym aspekcie rozczarowuje. Szkoda, bo takie Ary czy Pathfindery pokazują z nim klasę. Warto wiedzieć, że FiiO M17 także nie brzmi krystalicznie czysto, ale generuje zdecydowanie czystszy sygnał od nowego Astell&Kerna, więc lepiej współpracuje z IEM-ami.

Nie ma więc wątpliwości, że odtwarzacz został stworzony do współpracy z wymagającymi słuchawkami nagłownymi. Kann Max zgrał się fenomenalnie z Audeze LCD-2, Dan Clark Audio Ether 1.1 czy HiFiMAN-ami Arya V3 oraz wieloma innymi planarami i nie tylko. Wszystkie słuchawki zabrzmiały niczym z toru stacjonarnego, dynamicznie, rozdzielczo i przestrzennie. Nie ukrywam, że zbierałem szczękę z podłogi – zachwycało mnie wysterowanie słuchawek, zdumiewała holografia, szczegółowość czy kontrola. Każde słuchawki rozwinęły skrzydła z podbiciem na poziomie „super”, czyli maksymalnym z czterech dostępnych. Wprawdzie wspominany kilkukrotnie FiiO M17 także radzi sobie świetnie w takiej roli, a szczególnie w trybie stacjonarnym, ale Kann Max to jednak znacznie mniejszy i wyraźnie tańszy DAP, który jest mobilny nie tylko w teorii.

Podsumowanie

Astell&Kern Kann Max to imponujący odtwarzacz. Wygląda świetnie, jest perfekcyjnie wykonany i wygodny w obsłudze, mimo sporej masy i kanciastego kształtu. Zastosowany ekran sprawdza się bez zarzutu, interfejs jest optymalny, a funkcjonalność satysfakcjonująca. Nieźle wypada także prosty system operacyjny, który jest dość intuicyjny i konfigurowalny. Moim zdaniem Kann Max brzmi wspaniale i nietuzinkowo, bo jest analityczno-muzykalny. Producent starał się zestroić przetworniki ESS Technology tak, by brzmiały łagodniej i bardziej naturalnie, co moim zdaniem się udało.

Niestety Kann Max ma sporo problemów. Funkcja Bluetooth Sink nie działała poprawnie, bo w trybie adaptera Bluetooth dźwięk się przycina. Odtwarzacz nie współpracuje też z pamięciami przenośnymi, mimo że złącze USB-C je obsługuje. Szkoda, że zabrakło niektórych kodeków audio, a Wi-Fi jest jednozakresowe. Myślę, że nie zaszkodziłby, gdyby system operacyjny miał standardowy pulpit z ikonkami zamiast odtwarzaczo-instalatora ze skrótami do aplikacji strumieniujących. Efekt psuje także wyraźny szum, więc Kann Max niespecjalnie nadaje się do czułych słuchawek dokanałowych.

Astell&Kern Kann Max kosztuje 6999 zł. Jeśli szukamy w miarę kompaktowego odtwarzacza z potężną mocą, którego będziemy używać głównie ze słuchawkami wokółusznymi lub dynamicznymi dokanałówkami, to zdecydowanie warto się nim zainteresować. Mnie opisywany DAP przypadł do gustu swoim niezwykle rozdzielczym brzmieniem z nutką muzykalności. Mam tylko nadzieję, że producent dopracuje oprogramowanie i wadliwe funkcje, bo coś takiego nie przystoi w odtwarzaczu tej klasy.

Zalety:
+ wzorowa jakość wykonania
+ niezła ergonomia
+ dość kompaktowe gabaryty
+ bardzo dobry ekran
+ wysoka funkcjonalność
+ satysfakcjonujący interfejs
+ lekki i szybki system operacyjny
+ multum mocy
+ dynamiczne brzmienie z mocnym basem, bliską średnicą i klarowną górą
+ znakomita holografia oraz wysoka rozdzielczość dźwięku

Wady:
– jednozakresowe Wi-Fi
– problemy z niektórymi funkcjami
– mocny szum na wielu słuchawkach dokanałowych
– interfejs systemu mógłby być lepszy

Sprzęt dostarczył:

REKLAMA
meze

DODAJ KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj