Cowon zaprezentował najnowszy odtwarzacz z rodziny Plenue, czyli model J. Tym razem postawiono na poręczne wymiary i długi czas pracy. Można liczyć nawet na 53 godziny odtwarzania muzyki, ale producent zapewnia, że nie zapomniano o jakości dźwięku.

Małych odtwarzaczy muzyki z długim czasem pracy jest jak na lekarstwo. Większość audiofilskich DAP-ów jest naszpikowana funkcjami, ale zazwyczaj trudno nazwać je poręcznymi. To często duże i ciężkie urządzenia, które robią wrażenie ilością mocy, ale pozwalają średnio na 8-10 godzin odsłuchu. Trudno więc swobodnie korzystać z Wi-Fi czy strumieniowania lub odtwarzania przez Bluetooth. Cowon J idzie inną drogą – to DAP, który jest pozbawiony „wodotrysków”, a za to kompaktowy i długodystansowy.

Wyposażenie

Wyposażenie jest bardzo podstawowe. Do dyspozycji jest tylko kabel micro USB (115 cm), instrukcja obsługi, a także zaślepka czytnika micro USB. Do wyposażenia można doliczyć także cztery utwory jazzowe w formacie FLAC i rozdzielczości 24-bit, które znajdują się w pamięci odtwarzacza.

REKLAMA
cayin

Konstrukcja

Cowon Plenue J mierzy 102 na 53,2 mm, a jego grubość to zaledwie 9,2 mm. Największe wrażenie robi masa odtwarzacza, która wynosi tylko 78 gramów – urządzenie sprawia wrażenie pustego w środku. Obudowa wykonana jest z aluminium wycinanego maszynowo, a od spodu grubo ogumowana. Wzornictwo jest eleganckie, ale minimalistyczne, jak przystało na najnowsze odtwarzacze z półki audiofilskiej.

Na froncie mieści się spory wyświetlacz o przekątnej 2,8” i rozdzielczości 320×240 pikseli. Nie zachwyca on ostrością (142 ppi), ale jest jasny, czytelny nawet pod dużym kątem i oferuje przyjemne dla oka kolory. Ekran otaczają szerokie ramki w kolorze czarnym i obszerny odstęp od dołu – nie ma tam dodatkowych przycisków, obsługa opiera się w pełni na interfejsie dotykowym.

Nad wyświetlaczem znajduje się aluminiowy panel z wypukłością w miejscu gniazda słuchawkowego, znajdującego się na szczycie. To pojedyncze złącze 3,5 mm otoczone żłobionym i lekko odstającym panelem. Po przeciwnej stronie krawędzi jest podłużny włącznik wraz z niebieską diodą. Na lewy bok trafiły czytnik kart, obok którego umieszczono gniazdo micro USB. Na prawej krawędzi znalazły się natomiast fizyczne przyciski sterowania – dwa dolne odpowiadają zmianie utworów, dwa górne to regulacja głośności, a pomiędzy nimi jest mały przycisk odtwarzania. Dolna krawędź pozostała pusta, nie licząc małych wkrętów i nadruków.

Spód odtwarzacza jest podłużnie i dosyć głęboko wyżłobiony, a cała powierzchnia została ogumowana. Zdobi ją metaliczne logo, które połyskuje niczym lusterko. W górnym rogu również widać charakterystyczną wypukłość wokół wyjścia słuchawkowego.

Nie mam zastrzeżeń odnośnie wykonania. Mimo że Cowon Plenue J nie jest tak masywny, jak odtwarzacze pokroju FiiO X5 III lub Astell&Kern AK70 MKII, to jest równie precyzyjnie spasowany i zwarty. Nic się nie ugina i nie trzeszczy, a obróbka jest na wysokim poziomie. Wzornictwo wpada w oko, a do wyboru są dwie wersje kolorystyczne: bardziej uniwersalna „Misty Ocean” oraz biżuteryjna „Jupiter Gold”.

Ergonomia i użytkowanie

Cowon Plenue J zmieści się w każdej kieszeni, a można go z powodzeniem obsłużyć w jednej dłoni, sięgając kciukiem także do górnej krawędzi ekranu. Odtwarzacz został stworzony do obsługi praworęcznej – wtedy przyciski obsługuje się wygodnie kciukiem, a pracują one znakomicie. Z powodzeniem można DAP-a trzymać także w lewej dłoni i regulować głośność lub zmieniać utwory palcami prawej dłoni. Ogumowany spód również zasługuje na pochwałę – może nie robi takiego wrażenia jak aluminium lub szkło, ale jest mniej śliski i nie tak bardzo podatny na smugi i odciski palców.

Za kompaktowe wymiary płaci się funkcjonalnością – Cowon Plenue J to „tylko” odtwarzacz, do dyspozycji jest wyjście 3,5 mm i nic więcej. Nie ma wyjścia zbalansowanego 2,5 mm, dodatkowego interfejsu analogowego i cyfrowego, wielu czytników kart. Brak Wi-Fi można wybaczyć, ale Bluetooth lub DAC USB byłyby już mile widziane. Nie zabrakło jednak pamięci wbudowanej (64 GB), więc nie trzeba koniecznie inwestować w kartę micro SD. Jeśli jednak chcemy rozszerzyć pamięć to należy pamiętać o ograniczeniu obsługi kart do 128 GB pojemności i formatu FAT32. Plenue J nie jest więc audiofilskim sprzętem all-in-one, lecz odtwarzaczem muzyki sensu stricto. Dla niektórych będzie to wadą, a dla innych niezaprzeczalną zaletą – szczególnie, że przekłada się to na długą żywotność akumulatora.

Z baterią jest jednak haczyk – obiecywane 53 godziny odtwarzania muzyki dotyczą utworów w formacie mp3. W przypadku muzyki FLAC 24 bit można liczyć na 27 godzin grania, a posiłkowanie się 16-bitową muzyką FLAC pozwoli na około 31 godzin odtwarzania (testy bez użycia ekranu ze słuchawkami dokanałowymi o impedancji 8 Ω i skuteczności 105 dB). Wyniki nadal nie zawodzą, szczególnie w kontekście topowych DAP-ów z czasem pracy 6-10 godzin.

Oprogramowanie

Cowon Plenue J działa pod kontrolą prostego systemu operacyjnego, który został wzorowo skrojony do formatu i możliwości urządzenia. Główny ekran stanowi odtwarzacz, wyświetlający okładkę przyciski sterowania oraz dwa skróty, a także górną belkę, która informuje o stanie baterii, godzinie, głośności i trybie odtwarzania muzyki. Dodatkowo okładkę można powiększyć prawie na pełny ekran i sterować muzyką za pomocą gestów (wtedy też pojawia się ikonka z informacjami o utworze).

Menu typu „hamburger” (trzy równolegle linie) z lewej strony przenosi do biblioteki muzyki. Muzykę można segregować za pomocą podstawowych tagów, ale także dodawać utwory do ulubionych (gwiazdka), jak i wyszukiwać za pomocą klawiatury ekranowej. Ta ostatnia jest wyświetlana w poziomie i pozwala na wygodne wpisywanie fraz. Wyszukiwanie trwa jednak dosyć długo.

Drugi skrót na ekranie odtwarzacza rozwija górną belkę, która daje dostęp do trzech rzędów skrótów. Konfigurować można odtwarzania (powtarzanie, zapętlanie itd.), motyw odtwarzacza (jasny lub ciemny), EQ i efekty (4 użytkownika, 35 wbudowanych i 8 ustawień JetEffect 5). Dostępny jest także poziomy tryb odtwarzacza, pozwalający szybko przełączać się pomiędzy dwoma rzędami wyświetlanych okładek płyt, a także skrót do ustawień (symbol klucza). Tam można znaleźć: ustawienia ekranu, języka (dostępne pełne spolszczenie), jak i opcje systemowe (blokadę przycisków, wyłączenie diody itp.).

Odtwarzacz działa sprawnie i płynnie – nie przycina się, szybko uruchamia funkcje i nie irytuje swoim działaniem. Nie było także problemów ze stabilnością pracy, jedynie interfejs dotykowy wymagał trochę bardziej zdecydowanych gestów i nie zawsze reagował na lekkie „muśnięcia” wyświetlacza.

Specyfikacja

Ogólne:
• DAC: 24-bit/192 kHz
• pamięć wbudowana: 64 GB + micro SD (format FAT32, do 128 GB)
• ekran: dotykowy 2,8” (320×240 pikseli)
• obsługa formatów: FLAC, WAV, AIFF, ALACA, APE, MP3, WMA, OGG
• EQ: 5-zakresowe, 4 ustawienia użytkownika
• efekty: JetEffect 5 (48 ustawień)
• czas pracy: do 53 godzin (MP3), do 27 godzin (FLAC 24-bit/96 kHz)
• czas ładowania: 2 godziny (z adaptera 5 V/2 A)
• wymiary: 53,2 x 102 x 92 mm
• masa: 78 g

Audio:
• SNR: 123 dB
• THD+N: 0,003% (24-bit/48 kHz)
• przesłuchy międzykanałowe: -105 dB
• napięcie wyjściowe: 1 Vrms
• impedancja wyjściowa: 0,5 Ω
• regulacja głośności: 100-stopniowa

Brzmienie

Platforma testowa

  • Słuchawki: Audeze LCD-2 (Double Helix Fusion Complement4), MrSpeakers Ether 1.1, Final Sonorus III, 1MORE H1707, AKG K612 Pro, AKG K551, Focal Spirit Professional, HyperX Cloud, Master&Dynamic MH30, Campfire Audio Andromeda i Polaris, Noble Audio Savant i Noble 4, Etymotic ER-4PT, Oriveti New Primacy, FiiO F9 PRO, F9 i FH1, iBasso IT01, Final E3000C i E2000CS
  • DAC/AMP i wzmacniacze: Burson Conductor Virtuoso (Sabre ESS9018), RHA DACAMP L1, FiiO Q5, AIM SC808, ODAC i O2, Leckerton UHA-760, Astell&Kern AK XB10, FiiO BTR1
  • DAP: Astell&Kern AK70 MKII, iBasso DX200, Opus #1S, FiiO X5 III, iBasso DX90, Cayin N5 II, OnePlus 5
  • Interkonekty: Forza AudioWorks Copper Series, Klotz
  • Muzyka: wiele gatunków, różne realizacje, w tym 24-bit oraz nagrania binauralne

Odtwarzacz został przetestowany z oprogramowaniem w wersji v1.0 (20171017) w trybie dźwięku „normal”.

Cowon Plenue J nadrabia dźwiękiem braki w funkcjonalności. Odtwarzacz oferuje muzykalne brzmienie o łagodnym charakterze z lekkim podbiciem basu, które jest blisko równowagi. Słychać lekkie ciepło, ale pasmo średnie jest bliskie, a góra nie została zupełnie wycięta. Brzmienie nie jest analityczne – to nie dźwiękowe laboratorium, ale rozdzielczość oraz dynamika stoją na bardzo dobrym poziomie. Podoba mi się także, że muzykalność uzyskano bez efektu zmiękczenia i wygładzenia dźwięku. Plenue J dosyć twardo zarysowuje brzmienie, nie rozmywa przekazu, a także dobrze kontroluje poszczególne pasma. Słychać pewną cyfrowość, nawet w trybie „normal”, ale daje się ona we znaki tylko bezpośrednio po przejściu z droższego odtwarzacza lub na początku odsłuchów. Ponadto, nie wszystkie słuchawki są na to wrażliwe.

Bas ma pewien akcent w średnim basie i słychać, że zejście w subbas nie jest priorytetowe. Jednocześnie nie jest to mocna modulacja pasma – brzmienie nadal pozostaje uniwersalne. Z powodzeniem można sięgnąć po bardziej dociążone i efektowne słuchawki, by raczyć się nowszą elektroniką, ale nic nie stoi też na przeszkodzie, by podłączyć zrównoważone słuchawki armaturowe i śledzić poczynania wirtuozów basówki lub kontrabasu. Bas jest odpowiednio precyzyjny i dynamiczny – nie jest jeszcze rekordzistą pod względem ataku i szybkości, ale rytmu nie brakuje, dźwięk angażuje i sprawia przyjemność, a jednocześnie dobrze różnicuje instrumenty i przekazuje sporo detali.

Pasmo średnie nie zostało wycofane. Słychać lekkie ocieplenie oraz nieznaczne uspokojenie wyższego podzakresu. Bardzo podoba mi się zarysowanie dźwięku – Plenue J nie brzmi mdło i nie wygładza przekazu. Kontur dźwięku jest wyraźny – pasmo średnie nie zlewa się w całość. W efekcie brzmienie nie jest skrajnie muzykalne, nie słychać intensywnego podkoloryzowania przekazu. Analityczne słuchawki armaturowe stają się bardziej przystępne brzmieniowo, ale nie tracą na twardości i techniczności przekazu. W paśmie średnim sporo się dzieje – region ten pozostaje blisko, przekazuje dużo detali i pozwala z powodzeniem wydzielić poszczególne instrumenty. Odtwarzacz spodoba się osobom szukającym detalu i rozdzielczości, ale także „charakterku” – jeśli analityczne brzmienie odbieramy jako surowe, suche i bez życia, to Cowon Plenue J powinien trafić w gust.

Góra to obecne, ale jednocześnie łagodne pasmo. W wysokich tonach najbardziej słychać pewną sztuczność, np. w przekazie talerzy perkusyjnych, które nie brzmią tak metalicznie i naturalnie. Są krótsze, bardziej „cykające” i sterylne, czym przywodzą na myśl cyfrowe sample. Nie psuje to jednak ogólnego efektu – góra odpowiednio doświetla wokale, smyczki lub gitary, ale jeszcze nie wzmaga sykliwości. Brzmienie jest jasne i klarowne, ale po prostu nie zostało wyostrzone lub ochłodzone. Muzyka jest bezpośrednia, ale jeszcze nie natarczywa. To moim zdaniem również atut odtwarzacza – Plenue J oferuje muzykalne brzmienie, które nie jest ciemne.

Holografia nie zawodzi. Scena dźwiękowa jest szeroka i wyraźnie separuje kanały – stereofonia ma pewien priorytet. Daje się wychwycić także głębię, ale jakby z lekkim odsunięciem sceny w tył, gdyż mocniej zapełnione są okolice ramion aniżeli obszar przed twarzą. Wysokość sceny jest proporcjonalna do głębi – instrumenty pojawiają się powyżej, jak i poniżej linii uszu. Towarzyszy im dobra separacja oraz optymalna ilość powietrza. Pierwszy plan jest stawiany blisko – słuchacz jest zanurzany w dźwięku i znajduje się bezpośrednio „w muzyce”.

Cowon Plenue J i JetEffect5

Cowon reklamuje swoje urządzenia hasłem „cyfrowa duma”. Południowokoreański producent rzeczywiście nie ma się czego wstydzić pod względem jakości brzmienia, jak i możliwości – do wyboru jest pokaźna lista efektów. Od razu przyznaję, że nie jestem zwolennikiem tego typu rozwiązań i najlepiej słuchało mi się muzyki na ustawieniu „normal”, które brzmi najbardziej naturalnie, ale niektóre efekty są całkiem niezłe i mogą skompensować braki słuchawek, np. w ilości basu.

Dobre wrażenie zrobiło na mnie także ustawienie „BBE”, które dopełnia bas i rozjaśnia górę, dodając brzmieniu efektowności kosztem lekkiego oddalenia średnicy. Sprawdzało się ono np. w elektronice, muzyce popularnej itp. „BBE ViVA” lub „BBE VIVA 2” dodają już niepotrzebnego pogłosu i sztucznie powiększają przestrzeń. Moją uwagę zwróciły także trzy efekty BBE Headphone, ale pierwszy i trzeci z nich dziwnie uwypuklają brzmienie basu i średnicy. BBE Headphone 2 brzmi najlepiej – blisko mu do ustawienia „normal”, ale z gładszą średnicą i mocniejszym nasyceniem dźwięku. Pozostałe efekty to już raczej „bajery”, czyli korektory do różnych gatunków muzycznych, faworyzowanie wokali w stylu retro, pokaźna ilość pogłosów typu reverb. Można je sprawdzić z ciekawości, ale raczej nie sprawdzą się na co dzień.

Cowon Plenue J i słuchawki

Plenue J nie wymaga synergii – może zgrać się lepiej lub gorzej, ale nie natrafiłem na większe problemy. Słuchawki zyskiwały na muzykalności, ale nie traciły specjalnie rozdzielczości ani nie zmieniały mocno swojego charakteru. Brzmienie było po prostu przyjemniejsze, nawet z tymi uparcie analitycznymi słuchawkami w typie Etymotic ER-4S. Niektóre modele mocniej eksponowały cyfrowy charakter dźwięku, a w przypadku innych praktycznie nie dawało się tego wychwycić. Większość słuchawek brzmiała bardziej zarysowanym dźwiękiem, ale zdarzały się niespodzianki, gdzie brzmienie stawało się miękkie i gładkie.

Etymotic ER-4PT (także z adapterem do wersji 4S) zabrzmiały trochę cieplej i bardziej muzykalnie, ale nadal grały bliską i twardą średnicą. Nie można było liczyć na efektownie podbity bas, ale za to sporo zyskiwały w aspekcie przestrzennym. Grały mniej płasko, a bardziej trójwymiarowo.

FiiO F9 PRO zabrzmiały lekko cyfrowo i trochę cieplej niż zazwyczaj. Były odpowiednio dociążone w średnim basie (lekkie podbicie nawet w trybie „normal”), brzmiały muzykalnie, ale w wysokiej rozdzielczości i z mocną separacją dźwięków. Również zyskały na scenie, która była szersza niż zazwyczaj. Zgrały się także F9-tki bez dopisku PRO (z piankami lub silikonami), ale w ich przypadku trzeba było unikać efektów wzmagających wysokie tony. F9 brzmiały jeszcze szerszej od wersji F9 PRO i z większym dystansem, zgodnie z charakterem tych słuchawek, ale ponownie przybyło trochę średniego basu, także na ustawieniu „normal”. Identycznie zareagowały FiiO FH1, które zabrzmiały bardziej rozrywkowo od F9 i F9 PRO, czyli tak, jak na nie przystało.

Campfire Audio Andromeda zabrzmiały muzykalnie i bardziej efektownie, co się rzadko zdarza. Były cieplejsze, lekko podkreślone w basie, ale nadal szczegółowe, średnicowe i zarysowane w brzmieniu. To też słuchawki wrażliwe na szum, który było słychać, ale tylko delikatnie. Niestety ucierpiała scena – była wyraźnie mniejsza, słuchawki nie rozwinęły skrzydeł pod względem holografii. Lepiej wypadły Campfire Audio Polaris, które zabrzmiały zgodnie ze swoim charakterem, a także szeroko i głęboko w scenie (z lekkim odsunięciem w okolice ramion). Słuchawki brzmiały dynamicznie, angażowały, ale nadal wyraziście rysowały dźwięk. W przypadku Polarisów nie dawała się we znaki cyfrowość brzmienia. Takiego połączenia mógłbym używać na co dzień.

IT01 od iBasso również zabrzmiały jak na nie przystało. Nie zmiękczały dźwięku, prezentowały bliską i wyrazistą średnicę, a także szczegółowy i dociążony średni bas (nieznacznie podbity). W wysokich tonach mniej dawały się we znaki lekkie braki słuchawek w kontroli pasma – słuchawki zabrzmiały trochę łagodniej. IT01 także pozytywnie zareagowały na holografię odtwarzacza, generując sporą i poukładaną scenę. Oriveti New Primacy zareagowały inaczej – stały się wyraźnie miększe, gładsze i łagodniejsze w brzmieniu, ale generowały dużą scenę, tak jak to mają w zwyczaju.

Neutralne i płaskie AKG K551 tylko nieznacznie dopełniły się w basie i minimalnie ociepliły. Przydały się tryby podbijające niskie tony – dzięki nim K550 brzmiały bardziej muzykalnie i efektownie. Na muzykalności zyskały także Focale Spirit Professional, które zabrzmiały bardziej gładko w średnicy i ogólnie łagodniej, ale nadal w sposób precyzyjny i kontrolowany. Podobnie było ze średnicowymi Finalami Sonorus III – te nadal oferowały bliską i mocną średnicę, której nie brakowało detali. Scena dźwiękowa nie zawodziła, a brzmienie było naturalne. Subbasowe i efektowne 1MORE H1707 zabrzmiały bardzo dobrze – priorytet padł na midbas, ale i zejście basu satysfakcjonowało. Nie było niespodzianek z Master&Dynamic MH30, czyli ciemniejszymi i ciepłymi słuchawkami o wzmocnionym midbasie. Góra nie została zupełnie skasowana, a pasmo średnie było nadal odpowiednio bliskie. Słuchawki nie zyskały jednak na przestrzeni, a szkoda, ponieważ nie generują dużej sceny.

Cowon Plenue J vs inne odtwarzacze

Sprawa jest prosta – różnice jakościowe pomiędzy Plenue J a odtwarzaczami z platformy testowej są mniej więcej adekwatne różnicom cenowym. W swojej cenie Plenue J nie zawodzi, ale to jeszcze nie ten poziom rozdzielczości lub holografii droższych odtwarzaczy pokroju iBasso DX200, Astell&Kern AK70 MKII czy FiiO X5 III. Brzmienie Plenue J jest mniej naturalne i nie tak neutralne, jak w przypadku AK70 MKII lub FiiO X5 III czy też iBasso DX90. Cowon przegrywa także pod względem funkcjonalności, ale deklasuje wszystkie odtwarzacze czasem pracy, a może wygrać także muzykalnością i ogólną praktycznością. Plenue J działa na baterii tyle, co DX200, AK70 MKII i FiiO X5 III razem wzięte, a do tego jest dużo mniejszy i bardziej poręczny. Cowon robi też wrażenie stosunkowo uniwersalnym brzmieniem, które czasami da mu przewagę – wybrałbym Plenue J zamiast Cayina N5 II, który pod względem synergii bywa problematyczny.

Podsumowanie

Cowon Plenue J to bardzo dobry odtwarzacz. Azjatycki producent poszedł inną drogą – większość audiofilskich DAP-ów to rozbudowane i duże urządzenia mające jak najbardziej naśladować brzmienie stacjonarnych torów, ale kosztem czasu pracy. Plenue J może nie brzmi tak naturalnie i równo, może i nie ma tyle mocy i możliwości, ale za to jest lekki, smukły, wygodny i działa od 53 godzin do 27 godzin, w zależności od jakości muzyki.

Jeśli liczy się tylko brzmienie, to prawdopodobnie Cowon Plenue J przegra z DX80, DX90 czy X5 III i wielu postanowi dopłacić do bardziej rozbudowanego i większego DAP-a. Jeśli jednak chcemy po prostu słuchać muzyki przez długi czas bez rozpraszaczy, a odtwarzacz ma być kieszonkowy, to Plenue J może okazać się idealnym wyborem.

Przyznaję, że wolę funkcjonalność kosztem czasu pracy i wymiarów, ale i tak polecam przesłuchać Cowona Plenue J, bo to urządzenie warte uwagi. Do rekomendacji zabrakło niewiele – moim zdaniem powinien mieć chociaż tryb DAC-a USB lub łączność Bluetooth.

Zalety:
+ bardzo dobre wykonanie oraz atrakcyjne wzornictwo
+ niska masa i poręczne wymiary
+ dobry ekran z interfejsem dotykowym
+ dużo pamięci wbudowanej plus czytnik kart microSD
+ długi czas pracy; prosty i intuicyjny system operacyjny
+ multum efektów i trybów dźwięku
+ muzykalne brzmienie bliskie równowagi o dosyć uniwersalnym charakterze
+ dobra holografia

Wady:
– brak DAC-a USB i łączności Bluetooth
– brak etui
– niska ogólna funkcjonalność
– cyfrowy nalot (w niektórych połączeniach)
– większość efektów sztucznie podbija bas i wysokie tony oraz dodaje zbędnego pogłosu

Sprzęt dostarczył:

SPRAWDŹ AKTUALNE CENY NA CENEO.PL

REKLAMA
cayin

DODAJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here