M17 jest wydajnym, mobilno-stacjonarnym odtwarzaczem muzyki od FiiO. Urządzenie zostało wyposażone w sześciocalowy ekran oraz multum złącz i generuje nawet kilka watów mocy na kanał.

Na początku 2020 roku przetestowałem FiiO M15, czyli odtwarzacz, który mógł już śmiało zastąpić sprzęt stacjonarny. Podwójne przetworniki AKM AK4499EQ i zbalansowany wzmacniacz generujący do 800 mW na kanał powodowały, że M15-tka często służyła mi jako źródło do odsłuchów, zapewniające przestrzenne, dociążone i nasycone brzmienie. W międzyczasie premierę miał tańszy model FiiO M11 Plus LTD z przetwornikami AK4497EQ i wzmacniaczem THX AAA-78, którego przetestowałem w czerwcu 2021 roku. Odtwarzacz nie dorównywał mocą do M15-tki (588 mW), ale brzmiał równiej i klarowniej.

REKLAMA
hifiman

Niecałe dwa lata później na moje biurko trafia rozbudowany FiiO M17, który… zawstydza oba, wymienione wyżej odtwarzacze. Jego sercem jest flagowy przetwornik ESS Technology, czyli ES9038PRO, a za wzmocnienie opowiada zbalansowany układ AAA-788+, czyli specjalna wersja niemalże topowego wzmacniacza THX. W efekcie M17-tka generuje 1500 mW na kanał, a po podłączeniu zasilacza nawet 3000 mW! Producent zadbał też o wielostopniową regulację wzmocnienia, więc FiiO M17 wydaje się być ideałem zarówno do słuchawek dokanałowych, jak i nagłownych.

Problem w tym, że najnowszy odtwarzacz jest znacznie większy i wyraźnie droższy od starszych modeli. FiiO M17 jest niemal dwukrotnie cięższy od poprzedników i kosztuje aż 8500 zł. To jednocześnie cena zaporowa i… zrozumiała, ponieważ M17 wcale nie jest najdroższym DAP-em na rynku, a ma potencjał do zastąpienia zarówno toru mobilnego, jak i stacjonarnego – odtwarzacz może być zasilany nie tylko z portu USB czy akumulatora, ale także z gniazdka. Czy M17-tka to rzeczywiście sprzęt bezkompromisowy, idealne rozwiązanie all-in-one?

Wyposażenie

Zestaw zawiera:

  • etui;
  • podstawkę z kablem USB typu A > USB typu C (97 cm);
  • zasilacz 12 V (kabel zintegrowany 150 cm + wypinany 40 cm);
  • kabel USB typu A > USB typu C 3.0 (95 cm);
  • dodatkowe „szkło” PET na wyświetlacz;
  • kluczyk do tacki kart pamięci microSD;
  • aluminiowe zaślepki portów;
  • instrukcję obsługi i dokumentację.

W zestawie nie ma tym razem drewnianego pudełka, znanego z modelu M15, ale w zamian otrzymujemy skóropodobne etui, którego zabrakło w wyposażeniu ex-flagowca. Akcesorium przypomina to dedykowane modelowi M11 Plus LTD, ale jest wentylowane z tyłu, gdzie znajduje się aluminiowa „kratka”.

Największe wrażenie robi duży, aluminiowy i minimalistyczny stojak z ogumowanym oparciem, silikonowymi podkładkami i… wbudowanym wentylatorem 75 mm z jedenastoma, mocno zagiętymi łopatkami. Początkowo założyłem, że podstawka jest opcjonalna, ale wszystko wskazuje na to, że jest ona częścią standardowego zestawu sprzedażowego.

Konstrukcja

Odtwarzacz wygląda lepiej na żywo niż na grafikach. Konstrukcja jest wprawdzie bardziej kanciasta i „agresywna” od starszych modeli, a w szczególności od obłego FiiO M15, ale dominuje matowa czerń, wzór z tyłu jest dyskretny, a podświetlenie RGB można wyłączyć. W rezultacie odtwarzacz jest nadal stonowany i stosunkowo uniwersalny. Jeśli jednak wolimy klasyczne wzornictwo, to etui z zestawu przyjdzie z pomocą, bo maskuje ono ostro ciosaną bryłę.

Na froncie jest niemal sześciocalowy ekran IPS. Jego rogi zostały zaokrąglone, a ramka zminimalizowana. Jedynie w dolnej części odstęp jest szerszy, bo ekran nie jest jeszcze tak wydłużony, jak w smartfonach – jego proporcje wynoszą 18,5:9. Nowością jest też wyższa rozdzielczość, bo zamiast HD mamy panel Full HD (2160×1080 pikseli), co przekłada się na wysoką ostrość (403 ppi). Kolory są nasycone, kontrast wysoki, ale biel jest niestety ochłodzona. Widać też smużenie, bo reakcja pikseli jest wolna, ale w przypadku DAP-a nie ma to aż takiego znaczenia.

Nie rozczarowuje podświetlenie, ponieważ ekran rozjaśnia się aż do 505 nitów, czyli jest znacznie jaśniejszy od tego z M11 Plus LTD (366 nitów). Minimalna jasność mogła być jednak niższa, bo wynosi 19 nitów, gdy smartfony schodzą poniżej 2 nitów. Do dyspozycji jest także tryb nocny, który przyciemnia ekran – na minimum zakresu zmierzyłem 15 nitów, a na maksimum 378 nitów. Czytelność za dnia się pogarsza, ale i tak wolałem korzystać z trybu nocnego, bo pozwala on wyregulować balans bieli, czyli zredukować zaniebieszczenie.

Krawędzie są naszpikowane gniazdami i przyciskami. Na górnej znajdują się wyjścia 2,5 mm; 3,5 mm; 4,4 mm oraz 6,35 mm, z czego to ostatnie zaślepiono aluminiową zatyczką przeciwkurzową. Obok złącz jest także duże, wpuszczone w obudowę i podświetlone pokrętło głośności, odkryte z dwóch stron. Natomiast na przeciwległej ściance umieszczono gniazdo zasilania, dwa USB-C, czytnik kart microSD oraz wejście/wyjście koaksjalne. Pierwsze oraz ostatnie złącze także skryto za aluminiowymi zaślepkami.

 

Przyciski są na lewym oraz prawym boku. Na tym pierwszym jest włącznik oraz dodatkowa regulacja głośności, czyli przyciski z plusem i minusem. Poniżej nich można dostrzec także suwak wyboru zasilania (akumulatorowe/sieciowe). Z kolei na lewym boku umieszczono guziki sterowania muzyką, klawisz specjalny oraz kolejny suwak, tym razem blokujący przyciski (HOLD). Na obu bokach znajdują się także ozdobne i podświetlone otwory, czyli poczwórne groty z perforowanymi maskownicami.

Jakość wykonania jest wysoka. Nie mam żadnych zastrzeżeń odnośnie wykończenia aluminium i spasowania konstrukcji, bo w dłoni M17 wydaje się być jednolitą bryłą metalu. Nie podpadło mi także naklejone na wyświetlacz „szkło” PET powleczone warstwą oleofobową, które jest gładkie i przyjemne w dotyku. Nie wiem jednak jak będzie z jego trwałością, bo powierzchnia może być podatna na zarysowania. Szkoda tylko, że warstwy oleofobowej zabrakło z tyłu, bo „diamentowy” wzór jest podatny na smugi.

Ergonomia i obsługa

Odtwarzacz jest olbrzymi – mierzy 156,4 mm na 88,5 mm i ma 28 mm grubości, a jego masa wynosi aż 610 g bez etui. To prawie dwukrotnie więcej zarówno od modelu M11 Plus LTD, jak i M15. Dla porównania współczesny smartfon z wyświetlaczem o przekątnej 6,7 cala waży około 200 g i ma 9 mm grubości, więc M17-tka jest ponad trzykrotnie większa. Wyobrażacie sobie noszenie w kieszeni trzech smartfonów jednocześnie? Ja również nie, więc według mnie FiiO M17 to raczej sprzęt do użytku domowego lub do hotelu, niż noszenia na co dzień. Innymi słowy to odtwarzacz „transportowalny”, a nie stricte mobilny.

Z drugiej strony mowa jednak o urządzeniu, które może wygenerować 1,5 W na kanał oraz dwa razy więcej po podłączeniu do gniazdka. Z takiej perspektywy gabaryty już nie przerażają, bo przecież M17-tka jest wielokrotnie mniejsza od stacjonarnych wzmacniaczy zintegrowanych o podobnej mocy. Odtwarzacz jest też poręczniejszy od „kanapek”, czyli smartfonów lub mniejszych odtwarzaczy połączonych z przetwornikami oraz wzmacniaczami. Myślę tutaj np. o testowanym niegdyś zestawie Oriolusa, czyli adapterze Bluetooth 1795D, przetworniku BD20 i wzmacniaczu BA20 o kilkukrotnie mniejszej mocy od M17.

Jak na takiego kolosa, ergonomia jest więc przyzwoita. Do przycisków jest wygodny dostęp, pokrętłem operuje się nieźle, mimo że nie wystaje ono poza obręb górnej krawędzi, a złącza cyfrowe oraz analogowe rozmieszczono na różnych krawędziach. Jednak korzystanie z odtwarzacza jednorącz i tak nie wchodzi w grę. Wielki ekran, gruba konstrukcja i ostre rogi powodują, że do obsługi dotykowego wyświetlacza należy wykorzystać drugą dłoń. Zauważyłem też, że mimo ściętych rogów potrafią one lekko wrzynać się w skórę. Etui rozwiązuje problem, ale też nie jest ono idealne.

Niestety etui bywa nieprzyjemne w dotyku, bo „kratka” z tyłu drażni opuszki palców, oraz zwiększa masę aż do 693 g. Ponadto etui jest lekko luźne, nie przylega idealnie do obudowy, a dolną klapkę zamyka się jedynie wciskając ją pomiędzy etui a odtwarzacz. Nie stanowiło to problemu w modelu M11 Plus LTD, ale w przypadku M17 cały czas obawiałem się, że klapka przypadkowo się otworzy, a odtwarzacz wysunie się prosto na podłogę. Przydałby się więc jakieś zatrzask lub magnetyczne zamknięcie, a samo etui powinno być ciaśniejsze.

Oprogramowanie

Nie ma niespodzianek, odtwarzacz działa pod kontrolą Androida 10 i ma na pokładzie Snapdragona 660 z 4 GB RAM-u. Nie można zatem liczyć na progres względem M11 Plus LTD, ale wydajność jest i tak wysoka, odtwarzacz działa responsywnie i stabilnie. Współczesne smartfony ze średniej półki są szybsze, lecz do zastosowań muzycznych więcej nie potrzeba. Natomiast sam system jest właściwie taki sam, jak w M11 Plus LTD – niektóre opcje rozplanowano chaotycznie, w niektórych miejscach interfejs jest archaiczny, ale korzystanie z odtwarzacza nie jest wyzwaniem.

Domyślny sposób nawigacji jest ekranowy, a gesty są znane ze smartfonów – cofamy przesunięciami palca od bocznych krawędzi, a gestem od dolnej krawędzi wracamy do ekranu głównego lub wyzwalamy listę ostatnio otwartych aplikacji. Nie zabrakło jednak starszych metod nawigacji, czyli dwóch lub trzech przycisków ekranowych. W systemie nie brakuje trybu ciemnego, który dopiero niedawno stał się standardem w smartfonach, więc mimo lekko przestarzałego oprogramowania, sam interfejs jest na czasie.

Skróty do zainstalowanych aplikacji pojawiają się bezpośrednio na pulpicie, a można je wgrywać zarówno za pomocą instalatora FiiO, agregatora APK Pure, jak i sklepu Google Play, bo usługi Google są dostępne, ale logowanie się na konto nie jest wymagane. Nie każdemu na zależy na usługach Google, ale mnie ich obecność cieszy – dzięki temu możliwe jest korzystanie z licencjonowanych aplikacji czy różnego typu subskrypcji, w tym np. YouTube Premium.

Górny panel ponownie zawiera włączniki Wi-Fi oraz Bluetootha, jak i skróty do wyboru trybu urządzenia, podbicia i wiele innych przycisków do konfiguracji dźwięku oraz funkcji poszczególnych złącz. W ustawieniach także łatwo się odnaleźć – znajdziemy tam rozbudowaną konfigurację dźwięku (podbicie, filtry cyfrowe, konwertowanie do DSD), opcje dotyczące oszczędzania energii, zachowania diod RGB itp.

Funkcjonalność

Możliwości są tak duże, że łatwiej napisać czego M17 nie potrafi, niż wymieniać poszczególne opcje. Nowy odtwarzacz to w końcu naszpikowany funkcjami kombajn z rozbudowanymi interfejsami przewodowymi oraz bezprzewodowymi. Postanowiłem więc skupić się na nowościach i brakach, pomijając już opcje dobrze znane z M15 czy M11 Plus LTD oraz starszych modeli, czyli funkcje takie, jak tryb adaptera Bluetooth, DAC-a USB czy wbudowanego konwertera odtwarzanej muzyki do formatu DSD.

Tym razem głośność można regulować zarówno analogowym pokrętłem, jak i przyciskami, ale tylko jedno rozwiązanie może być aktywne. Pokrętło stawia duży opór, obraca się gładko i płynnie, a przyciski klikają bez zarzutu. Może nie robią one takiego wrażenia, jak dotykowy panel z M11 Plus LTD, ale przydają się, gdy chcemy precyzyjnie dostosowywać moc, np. z czułymi dokanałówkami lub skutecznymi słuchawkami Bluetooth. W ten sposób unikniemy przypadkowych skoków głośności, gdy zbyt mocno obrócimy pokrętło.

 

 

Ciekawym rozwiązaniem jest także dodatkowe gniazdo USB-C. Pierwsze z niebieską obwódką (USB 3.0) służy do zasilania, trybu DAC-a USB oraz obsługuje połączenia USB OTG, czyli można do niego podłączyć inne przetworniki. Z kolei dodatkowe gniazdo HOST (USB 2.0) obsługuje jedynie urządzenia USB OTG oraz zewnętrzne dyski. To ciekawy pomysł i niejako rekompensata braku dodatkowego czytnika microSD, chociaż mimo wszystko wolałbym, aby M17 oferował dwa czytniki. Wprawdzie odtwarzacz ma wbudowane 64 GB pamięci, a dzisiaj można kupić już pojemne karty, ale w tak drogim urządzeniu mile widziany byłby „zapasowy” czytnik microSD.

Gwoździem programu jest tryb stacjonarny. Odtwarzacz można zasilać zarówno kablem USB-C, jak i z dedykowanego zasilacza 12 V. W pierwszym przypadku mamy do wyboru cztery poziomy podbicia (od -6 dB do +13 dB), a w drugim otrzymujemy dodatkowy tryb wzmocniony (+16 dB). Świetnym dodatkiem jest także gniazdo koaksjalne, która działa w dwóch kierunkach, bo to wejście oraz wyjście. Wraz z podstawką z zestawu możliwe jest więc przekształcenie M17 w wielofunkcyjny, biurkowy DAC/AMP, który przyjmie sygnał nie tylko z komputera, laptopa czy smartfona przez Bluetooth, ale także zewnętrznego DAC-a, jak i z innego sprzętu RTV.

Nie wszystko jest jednak perfekcyjne. Wbudowany wentylator wymaga oddzielnego zasilania (USB-C), a suwakiem na szczycie włącza się chłodzenie i wybiera prędkość wentylatora. Niestety zarówno na pierwszym, jak i drugim poziomie wentylator bzyczy oraz wyraźnie go słychać, gdy korzystamy ze słuchawek o konstrukcji otwartej. Odtwarzacz wyraźnie się nagrzewa (do 41℃ z tyłu obudowy), więc wentylator rzeczywiście go chłodzi (30℃ po 5 minutach chłodzenia), ale nie stwierdziłem żadnych problemów podczas długotrwałego korzystania z M17 bez włączonego wentylatora, gdy odtwarzacz napędzał planarne słuchawki. Wentylator za to chętnie włączałem w przerwach na kilka minut.

Trzeba też pamiętać, że podstawka z zestawu nie jest stacją dokującą. Kable można przepuścić przez stojak oraz półkę na odtwarzacz, ale wpinanie wtyczek jest niewygodne. Trudno tego dokonać po omacku, należy unieść odtwarzacz, by trafić w gniazda lub podnieść całość z podstawką. Gdybym miał codziennie, wielokrotnie wypinać i wpinać urządzenie, miałbym szybko dosyć. Stacja dokująca, do której podłączałoby się wszystkie kable, byłaby wygodniejsza. Tak naprawdę z podstawki nie trzeba korzystać, ale zapewnia ona lepszą cyrkulację powietrza, nawet gdy wentylator jest wyłączony.

Nie jestem także do końca zadowolony z interfejsu Bluetooth. Ten jest znów dwukierunkowy, czyli FiiO M17 może nadawać sygnał na słuchawki bezprzewodowe, jak i służyć jako adapter Bluetooth po sparowaniu ze smartfonem. Obsługiwane są nowoczesne standardy kodeków, ale niestety aptX Adaptive działa tylko w trybie adaptera Bluetooth, czyli tylko w przypadku transmisji muzyki ze smartfona. Nie mogłem aktywować kodeka po sparowaniu słuchawek obsługujących adaptujący się kodek Qualcomma.

Czas pracy

Wbudowany akumulator jest potężny (9200 mAh), ale rezultaty nikogo nie powalą na kolana. Dla przykładu słuchawki dynamiczne FiiO FD7 podłączone do wyjścia 4,4 mm, na niskim podbiciu i średniej głośności rozładowały akumulator po 7 godzinach i 30 minutach. Przez ten czas odtwarzałem muzykę z Tidala przez Wi-Fi w paśmie 5 GHz i w ogóle nie korzystałem z ekranu.

W przypadku wymagających, wysokoomowych czy niskoskutecznych słuchawek nagłownych rezultaty będą tylko gorsze. To jednak zrozumiałe – w praktyce M17 to wydajny odtwarzacz ze stacjonarnymi komponentami oraz wielkim ekranem w wysokiej rozdzielczości, więc rekordowy czas pracy raczej nie wchodzi w grę.

Specyfikacja

Ogólna

  • układ: Qualcomm Snapdragon 660 z 4 GB RAM
  • pamięć wbudowana: 64 GB + czytnik micro SD do 2 TB
  • system operacyjny: zmodyfikowany Android 10
  • wyświetlacz dotykowy: IPS 5,99 cala, proporcje 18,5:9, 2160×1080 pikseli
  • przetwornik: 2x ES9038PRO
  • wzmacniacz: 2x THX AAA-788
  • odbiornik USB: XMOS XUF208
  • obsługa słuchawek: 16-600 Ω
  • interfejsy bezprzewodowe: Bluetooth 5.0 (Qualcomm QCC5124) + Wi-Fi: 2,4 GHz/5 GHz
  • obsługa kodeków: SBC, AAC, aptX, aptX LL, aptX HD, aptX Adaptive, LDAC (odbiornik), SBC, AAC, aptX, aptX HD, LDAC (nadajnik)
  • funkcje: DAC USB (z opcją Bluetooth), AirPlay, DLNA, 10-pasmowy EQ, regulacja balansu +/- 10 dB, podwójna regulacja głośności, pięciostopniowe podbicie, wyjście i wejście cyfrowe SPDIF oraz liniowe 3,5 mm, konwertowanie PCM do DSD, szybkie ładowanie QC 4.0 i Power Delivery 3.0 (USB-C 3.0), zasilacz 12 V
  • obsługa formatów: AAC, MP3, WMA, OGG, APE, Apple Lossless, AIFF, FLAC, WAV, WMA LOSSLESS, max 32 bit/384 kHz, DSD256, DXD352,8K, MQA
  • akumulator: 9200 mAh
  • czas pracy: do 10 godz. przez 3,5 mm, do 8 godz. przez 2,5 i 4,4 mm
  • czas ładowania: ok. 4,5 godz. (Quick Charge 4.0)
  • wymiary: 156,4 x 88,5 x 28 mm
  • masa: 610 g

Wyjście słuchawkowe 3,5 mm + 6,35 mm

  • moc: 740/1400 mW @ 16 Ω, 500/1100 mW @ 32 Ω, 63/126 mW @ 300 Ω (over-ear mode/enhanced over-ear mode)
  • pasmo przenoszenia: 5 Hz-80 kHz
  • SNR: >122 dB
  • impedancja: <1 Ω
  • separacja kanałów: >75 dB
  • THD+N: 0,0007% @ 1 kHz

Wyjście słuchawkowe 2,5 mm + 4,4 mm

  • moc: 1500/1500 mW @ 16 Ω, 1500 mW/3000 mW @ 32 Ω, 220/500 mW @ 300 Ω (over-ear mode/enhanced over-ear mode)
  • pasmo przenoszenia: 5 Hz-80 kHz
  • SNR: >123 dB
  • impedancja: <2 Ω
  • separacja kanałów: >108 dB
  • THD+N: 0,0007% @ 1 kHz

Wyjście liniowe

  • pasmo przenoszenia: 5 Hz-80 kHz
  • SNR: >120 dB
  • separacja kanałów: >103 dB
  • THD+N: 0,0006% @ 1 kHz
  • napięcie: 1,9 V rms

Brzmienie

  • Słuchawki: HiFiMAN Arya V3, Deva Pro i Sundara, Audeze LCD-2, Dan Clark Audio Ether 1.1, Sennheiser HD 6XX, AKG K612 Pro, Campfire Audio Ara, Solaris 2020 i Dorado 2020, FiiO FA7s, FA9, FD5, FD7, FH5s, FH7 i FH9
  • DAC/AMP i wzmacniacze: DAART Aquila II, Burson Playmate Everest, FiiO BTR5 i BTR3K, EarStudio ES100 i HUD100, Oriolus 1795
  • DAP: FiiO M15 i M11 Plus LTD, Astell&Kern AK70 MKII, iBasso DX200 (AMP1)

Odtwarzacz został przetestowany z oprogramowaniem w wersji 1.0.2.

Obawiałem się, że połączenie przetwornika ES9038 wraz ze wzmacniaczem ze stajni THX przełoży się na zbyt techniczne, mocno analityczne, a może nawet ostre brzmienie. Na szczęście nic z tych rzeczy. Wprawdzie FiiO M17 jest nadal bliżej charakteru bardziej zrównoważonego i neutralnego M11 Plus LTD, ale nadal potrafi zabrzmieć muzykalnie i masywnie, czym przypomina M15-tkę. Mamy więc do czynienia z pewną fuzją obu odtwarzaczy. Zanim jednak przejdziemy do szczegółowych porównań, skupmy się na dźwięku modelu M17.

FiiO M17 – brzmienie
Odtwarzacz brzmi po prostu fenomenalnie! Brzmienie jest zrównoważone, neutralne i maksymalnie przestrzenne. Chyba nikogo to jednak nie zaskakuje, mamy do czynienia z komponentami stacjonarnymi, więc nic dziwnego, że rozdzielczość jest wysoka, dynamika duża, a scena dźwiękowa obszerna. Jednocześnie nie jest to odtwarzacz dla każdego – brzmienie jest bezpośrednie, klarowne i precyzyjne. To nadal dźwięk „tranzystorowy”, a nie „analogowy”. Nie należy się jednak obawiać zupełnie bezdusznego czy „maszynowego” brzmienia – muzyka nadal wciąga.

Bas jest w zasadzie kompletny. Potężne zejście? Jest. Wypełniony i masywny średni bas? Na miejscu. Lekki, szybki i punktowy wyższy zakres dołu? Obecny. Ponadto dynamika jest wzorowa, kontrola basu perfekcyjna, a szczegółowość bez zarzutu. M17 wydaje się generować nieograniczony i elastyczny bas, który pozwala słuchawkom rozwinąć skrzydła. To od nich zależy ostateczny rezultat, bo odtwarzacz ani nie zetnie niskich tonów, ani ich nie uwypukli. Jeśli słuchawki popisują się subbasem, to ten będzie wibrujący i gęsty. Gdy podłączymy słuchawki o ciepłym i tłustym midbasie lub szkicowym i lekkim, otrzymamy dokładnie taki dźwięk. Odtwarzacz się nie wtrąca, ale jednocześnie zapewnia wzorowy poziom techniczny. Rewelacja!

Analogicznie jest ze średnicą. To neutralne pasmo, swobodne zarówno w niskim podzakresie, jak i wyższym. Gdy trzeba brzmienie jest ciepłe, a innym razem zimne. Nie brakuje nasycenia i barw, ale odtwarzacz potrafi zabrzmieć też cyfrowo i analitycznie – znów rozchodzi się o muzykę i słuchawki. W odpowiedniej konfiguracji z przyjemnością słuchałem zarówno jazzowych trio, rocka, metalu czy współczesnej elektroniki, wsłuchując się najdrobniejsze detale lub robiąc z muzyki tło. Mogłem także się zrelaksować, bo dźwięk nie jest agresywny czy zupełnie bezwzględny, muzyka ani razu mnie nie męczyła. Zaznaczam jednak, że to neutralne, zrównoważone i zarysowane brzmienie, które nie jest ewidentnie podkoloryzowane czy wygładzone. Jeśli szukamy uwypuklonego środka, maksymalnego nasycenia i łagodności, to tego tutaj nie znajdziemy. Bez obaw, dźwięk nie jest jeszcze skrajnie techniczny czy laboratoryjny, ale fani koherentnych i możliwie przezroczystych odtwarzaczy będą zadowoleni.

Góra pasma jest obecna i swobodna, ale nie żyletkowa. Moje obawy o przeostrzone, zbyt jasne brzmienie będące wynikiem połączenia ze sobą kostek ESS Technology i wzmacniacza od THX okazały się być bezpodstawne. M17 to kolejny argument za tym, że ważniejsza jest sama aplikacja kostek, bo góra nie jest przesadzona, nie ochładza przekazu i nie irytuje. Nie chcę zostać jednak źle zrozumiany – absolutnie nie ma mowy o roll-offie, złagodzeniu czy przyciemnieniu dźwięku. Wysokie tony są nadal mocne, a przy tym rozciągnięte, swobodne i selektywne. Odtwarzacz zapewnia krystaliczny, wyrazisty i doświetlony przekaz, więc może nie spodobać się melomanom preferującym zagęszczony, ciemniejszy i kremowy dźwięk. Ilość góry będzie jednak zależała od słuchawek, a w razie czego istnieją sposoby na uspokojenie sopranu – wysokie tony można dopieścić filtrami cyfrowymi lub włączyć tryb All To DSD, który nadaje muzyce jakby analogowego charakteru.

Scena dźwiękowa to wisienka na torcie. Przestrzeń jest duża i trójwymiarowa, bo ma kształt kuli. Nie słychać faworyzacji szerokości, głębi czy wysokości, ale żadna płaszczyzna nie jest ograniczona. M17 zarówno mocno separuje kanały i eksponuje instrumenty na boki, jak również zabudowuje przestrzeń w głębi oraz umiejscawia źródła pozorne poniżej oraz powyżej linii uszu. Pierwszy plan jest bliski i intymny, a dalsze warstwowo oddalone w każdym kierunku, więc w muzyce słychać dużo swobody. Separacja jest przy tym wzorowa, napowietrzenie duże, a instrumenty kształtne. Niestety tło nie jest zawsze czarne, nie ze wszystkimi słuchawkami uzyskamy efekt próżni, instrumentów zawieszonych w przestrzeni. O tym jednak za chwilę.

FiiO M17 vs FiiO M15 oraz M11 Plus LTD
Moim zdaniem M17 łączy w sobie wszystkie zalety modeli M15 i M11 Plus LTD. Ten pierwszy brzmi masywniej w średnim basie, gładziej w średnicy i trochę ciemniej w górze. Wprawdzie FiiO M15 po aktualizacji oprogramowania zaczął brzmieć jaśniej niż na początku, ale to nadal mniej klarowny odtwarzacz od M17-tki. Topowy model brzmi także bardziej wyraziście, swobodnie i oferuje dźwięk bardziej „otwarty”. To efekt większej sceny, mocniejszej separacji zarówno instrumentów, jak i kanałów. Generalnie słychać, że M17 brzmi bardziej jak sprzęt stacjonarny niż odtwarzacz, że dźwięk jest większego formatu. Wprawdzie M15 i tak radzi sobie świetnie w użytku stacjonarnym, nadal robi wrażenie gładkim, barwnym i spokojnym brzmieniem, ale M17 technicznie jest tutaj górą. Gdybym miał pominąć różnicę w cenie, zignorował spore gabaryty oraz fakt, że M15-tka nie jest już dostępna w sprzedaży, to bez wahania wybrałbym M17.

FiiO M17 to jednocześnie rozwinięcie sygnatury M11 Plus LTD. Znów mamy do czynienia z neutralnie brzmiącym odtwarzaczem, dźwiękiem na wysokim poziomie technicznym, czyli precyzyjnym, dynamicznym i szczegółowym. Słychać jednak, że brzmienie jest trochę twardsze, mocniej zarysowane i techniczne, co jest zapewne zasługą użycia kostek ESS Technology. W brzmieniu M17 daje się też wychwycić więcej energii, słychać swobodniejszy bas i wyraźnie większą scenę, co może być skutkiem większej mocy wzmacniacza THX AAA-788+. Z tego powodu M17 lepiej radzi sobie ze słuchawkami wokółusznymi. Generalnie od razu słychać, że M17 to sprzęt z wyższej półki. Wprawdzie wszystkie wymienione odtwarzacze nie należą do tanich i reprezentują wysoki poziom, ale znów bez wahania postawiłbym znak wyższości przy M17.

Niestety rzadko testuję tak drogie odtwarzacze, więc nie mam porównania do nowości od Astell&Kern oraz iBasso. Postaram się nadrobić zaległości, zawrzeć porównania z M17 w ewentualnych, przyszłych testach, bo z chęcią zestawiłbym FiiO M17 ze znacznie tańszym iBasso DX300. Nie dysponuję też modelem DX220 do bezpośredniego porównania, którego testowałem jakiś czas temu, ale odebrałem go jako bardziej zaznaczonego w średnicy, jeszcze twardziej zarysowanego i zbitego w dźwięku od FiiO M17. Moim zdaniem M17 brzmi swobodniej w basie, klarowniej w sopranie, bardziej liniowo w średnicy oraz przestrzenniej od DX220. M17 to jednak znacznie wydajniejszy i droższy odtwarzacz, który nie konkuruje bezpośrednio z DX220, więc porównanie nie jest do końca fair.

FiiO M17 – synergia
Odtwarzacz jest neutralny, więc słuchawki brzmią zgodnie ze swoim charakterem. Nie muszę opisywać poszczególnych połączeń, bo odtwarzacz zgrał się właściwie ze wszystkimi słuchawkami, z jakich korzystałem. Zachwycały mnie zarówno hybrydy, modele armaturowe czy w pełni dynamiczne z różnych półek cenowych. Dobrze bawiłem się słuchając muzykalnych FiiO FD7 czy efektownych Campfire Audio Solaris 2020. Podziwiałem precyzję Campfire Audio Ara, jak i klarowność FiiO FH7. Imponowały mi także możliwości tańszych FiiO FD3, FH3, Meze Rai Solo czy Moondrop Starfield. Znakomicie słuchało mi się także hi-endowych Sennheiserów IE900 oraz FiiO FH9, ale o nich więcej w nadchodzących, dedykowanych im testach.

Odtwarzacz radził sobie śpiewająco także z planarami – Audeze LCD-2, Dan Clark Audio Ether 1.1 czy HiFiMAN-ami, zarówno Arya V3, Deva Pro, jak i Sundara zostały świetnie wysterowane. Słuchawki brzmiały dynamicznie, przestrzennie i z kontrolą, ale zyskiwały po podłączeniu M17-tki do zasilacza. Po włączeniu trybu „wzmocnionego” słuchawki zaczynały brzmieć przestrzenniej, bardziej dynamicznie i z lepszym atakiem w basie. Jeśli więc mamy dostęp do gniazdka i korzystamy z planarów czy dynamików z wyższej półki, warto sięgnąć po zasilacz. Nie jest on może nieodzowny, bo dźwięk w trybie odtwarzacza nadal satysfakcjonuje, ale kilka watów mocy robi swoje.

Niestety nie wszystko jest perfekcyjne. Pięciostopniowa regulacja podbicia robi wrażenie, ale czułe, niskoomowe słuchawki armaturowe lub hybrydowe nadal potrafią szumieć na niskim poziomie wzmocnienia (-6 dB). Szum nie jest może uciążliwy i w większości przypadków go nie słychać, ale np. z Campfire Audio Ara czy FiiO FH9 nie można było uzyskać idealnie czystego tła, nawet z wyjścia niesymetrycznego (3,5 mm). To z jednej strony zrozumiałe, bo pewnie trudno o idealnie czysty sygnał w przypadku trudnych słuchawek, gdy na pokładzie są stacjonarne komponenty. Z drugiej strony w tej cenie chciałoby się już rozwiązania bezkompromisowego.

Podsumowanie

FiiO M17 to niezwykły odtwarzacz i stacjonarka w jednym. Urządzenie punktuje jasnym ekranem, wysoką wydajnością, funkcjonalnym oprogramowaniem i dużymi możliwościami. Podstawka, zewnętrzny zasilacz, mnogość wyjść i wejść powinny zadowolić najbardziej wymagających. To samo tyczy się mocy, FiiO M17 poradzi sobie z przeróżnymi słuchawkami, wysteruje nawet bardziej prądożerne modele. Brzmienie także zachwyca, jest na poziomie stacjonarnym. Neutralny, przestrzenny, precyzyjny, ale muzykalny dźwięk momentalnie przypadł mi do gustu.

Nie obyło się jednak bez pewnych wad. Podstawka to świetny dodatek, ale nie jest ona tak wygodna, jak stacja dokująca. Z kolei etui jest trochę za luźne, a klapka nie trzyma się tak pewnie, jakbym chciał. Odtwarzacz jest też ciężki i nieporęczny, więc w praktyce to raczej sprzęt stacjonarno-mobilny niż mobilno-stacjonarny. Szkoda, że sygnał nie jest idealnie czysty na czułych dokanałówkach.

Pozostaje jeszcze kwestia ceny – FiiO M17 kosztuje 8500 zł. To bez wątpienia drogie urządzenie, ale to raczej specjalistyczny odtwarzacz „all-in-one”, wielofunkcyjny sprzęt do różnych zastosowań. Ja byłbym zadowolony z M17-tki jako jedynego źródła muzyki, chętnie zastąpiłbym nim sprzęt stacjonarny, zrezygnował z dużych wzmacniaczy, przetworników itd. Jeśli cena nie gra roli, warto go kupić.

Gdy jednak zależy nam na bardziej mobilnych zastosowaniach, to dedykowane odtwarzacze pokroju M15 czy M11 Plus LTD będą górą. Problem w tym, że nie są one już dostępne. Pozostaje więc czekać na wariant M11 Plus z kośćmi ESS Technology. Liczę, że nowy odtwarzacz zostanie podobnie zestrojony do M17-tki, że będzie to jej bardziej mobilna i tańsza alternatywa.

Dla FiiO M17

Zalety:
+ bogate wyposażenie
+ solidne wykonanie
+ jasny i ostry ekran
+ mnogość wyjść słuchawkowych
+ rozbudowane wejścia cyfrowe
+ zaawansowany interfejs Bluetooth
+ tryb stacjonarny
+ wysoka wydajność
+ Android z usługami Google
+ wydajny wzmacniacz zbalansowany
+ fenomenalne, neutralno-muzykalne brzmienie
+ duża scena dźwiękowa

Wady:
– luźne etui
– wielka i ciężka konstrukcja
– szum na czułych dokanałówkach
– brak obsługi kodeka aptX Adaptive w trybie nadajnika

Sprzęt dostarczył:

fiio

SPRAWDŹ AKTUALNE CENY NA CENEO.PL

REKLAMA
meze

8 KOMENTARZE

  1. Bardzo ciekawy sprzęt – i jak zwykle świetna recenzja. Podoba mi się połączenie przenośnego odtwarzacza z opcją trybu stacjonarnego (a raczej jak napisano – w drugą stronę). Niestety cena poza moim zasięgiem, ale może któryś z producentów odważy się kiedyś zaprezentować podobne urządzenie za mniejszą kwotę – i bardziej dopracowane w kwestii podstawki, która faktycznie wygląda niezbyt funkcjonalnie. Mimo wszystko ciekawe mamy czasy w audio i coraz więcej fajnych sprzętów się pojawia. Choć mój portfel raczej nie jest przez to zadowolony 😉

    Czekam niecierpliwię na recenzję wymienionych IE900 i FH9.

  2. W sumie rzetelny opis dźwięk rewelacja moc z zasilacza gigantyczna jako mobilny trochę kłopotliwy co do kart pamięci to większość producentów tak robi nawet w jeszcze droższych modelach. Po przejściu z M 11 jestem po prostu zachwycony a na słuchawkach (audeze 2) gra lepiej od mojego sprzętu stacjonarnego (CD arcam+ wz.Cambridge 851). A na dodatek kupiłem w przedsprzedaży za 1500 PLN mniej co na tej klasy sprzęt wydało mi się dobrą ceną. Zobaczymy jak będzie się sprawował po jakimś czasie bo to niewiadoma.

    • Odnośnie czytników kart – to prawda, ale marzeniem byłyby jednak dwa czytniki, choćby na zapas 🙂 Chyba przegapiłem ogłoszenie o pre-orderze – 1500 zł taniej to rzeczywiście świetna oferta.

    • Już kończę test Sennheiserów IE 900 i wtedy w pełni skupię się na FH9 🙂 Spędziłem z nimi już sporo czasu – fajny skok w bok, myślę że to pożądana zmiana w strojeniu serii FH.

    • HiBy bezpośrednio ani polski dystrybutor tej marki niezbyt chcą z nami współpracować, więc pewnie będzie o to trudno.

DODAJ KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj