FiiO M27 przynosi szereg nowości i usprawnień względem protoplasty. W porównaniu do M17 otrzymujemy najnowsze przetworniki ES9039SPRO, jeszcze wydajniejszy wzmacniacz oraz nowy procesor Qualcomma, który bazuje na architekturze Snapdragona 778G. Oprócz tego producent przeprojektował interfejs i przyciski, a także udoskonalił stację dokującą.
FiiO M17 zadebiutował pod koniec 2021 roku i stał się nieodłącznym elementem mojej platformy testowej. Odtwarzacz zapewniał optymalne warunki pracy dla przeróżnych słuchawek, a dzięki neutralnemu brzmieniu oraz potężnej scenie dźwiękowej pozwalał z łatwością wyczuć charakterystykę recenzowanych IEM-ów czy planarów. W sferze dźwięku wciąż nie mam mu nic do zarzucenia. Co innego strona użytkowa: nieoptymalne rozplanowanie interfejsu, duża liczba przycisków oraz prowizoryczna podstawka dały mi się we znaki.
Wygląda na to, że M27 wprowadza wiele korzystnych zmian. Uproszczono interfejs, zrezygnowano z dedykowanego zasilacza oraz wymieniono podstawkę na stację dokującą z prawdziwego zdarzenia. „Bebechy” także doczekały się odświeżenia, co dotyczy procesora, przetworników i wzmacniacza. Moc tego ostatniego wzrosła w trybie stacjonarnym z imponujących 3 W do absurdalnych 5 W na kanał! Cena także poszła w górę, ale niewiele, bo niecałe 6% – M27 wyceniono na 8999 zł, co czyni go o 500 zł droższym od poprzednika.
Byłem niezmiernie ciekawy, jak zmieniło się brzmienie i czy w ogóle słychać obiecywany progres. Wszak model M17 zawiesił poprzeczkę naprawdę wysoko.
Wyposażenie
Zestaw zawiera:
- kabel USB-C > USB-C (długość 95 cm);
- kabel USB-A > USB-C do zasilania wentylatora (długość 95 cm);
- stację dokującą DK1 Pro (z wkrętakiem i śrubkami);
- adapter USB-C > USB-A
- futerał;
- etui;
- szpilkę do tacek kart;
- ściereczkę;
- zaślepki gniazd;
- dokumentację.
Tym razem w zestawie nie znajdziemy dedykowanego zasilacza, potrzebna jest więc ładowarka z wtyczką USB-C (9 V/3 A lub 12 V/1,67 A). W zamian otrzymujemy solidny futerał na odtwarzacz i akcesoria, a zamiast podstawki stację dokującą. Do dyspozycji jest również etui, ale akcesorium zostało ulepszone – klapka zamyka się na rzep (nie na słabe magnesy), a otwory wentylacyjne wyścielono wkładem z żelem chłodzącym.
Konstrukcja i jakość wykonania
FiiO M27 to również kanciasty, cegłopodobny odtwarzacz z podświetlonymi krawędziami, a teraz także złotymi akcentami. O minimalizmie nie ma zatem mowy. Spodziewałem się prostszego projektu, zważywszy na to, jak zmieniły się tańsze odtwarzacze FiiO, a szczególnie model M21. Jestem jednak świadomy, że aluminiowa obudowa pełni jednocześnie funkcję radiatora – agresywne kanty i wypukłości zwiększają jego powierzchnię.
Podobieństwa pomiędzy M17 a M27 są niepodważalne, ale tak naprawdę zmodyfikowano niemal każdy element. W nowym modelu pokrętło zostało odsłonięte, a gniazda ustawiono w jednym rzędzie zamiast w dwóch, ponieważ zrezygnowano z wyjścia 2,5 mm. Producent pozbył się także włącznika (zintegrowano go z pokrętłem) i przyciskowej regulacji głośności, więc prawy bok jest pusty. Z kolei na lewej ściance ponownie umieszczono przyciski sterowania muzyką i tylko one.
Pozostałe elementy zostały przeniesione na dolną ściankę. Znajdują się tam trzy gniazda USB-C (!), dwa czytniki kart pamięci microSD, dwa suwaki (blokady i trybu stacjonarnego) oraz gniazdo koaksjalne. Poprzednik miał jedno USB-C i jeden slot na karty mniej. Nowością jest także gniazdo optyczne w miejscu gniazda zasilającego. Spostrzegawczy zauważą jeszcze dwie śrubki typu Torx, które umożliwiają… wymianę akumulatora! Zapasowego nie kupimy, ale ewentualna naprawa w przyszłości powinna pójść gładko.
Ekran to ponownie IPS o przekątnej 5,99 cala, zabezpieczony szkłem Gorilla Glass i otoczony szeroką ramką. Wyświetlacz działa w Full HD (1080 x 2160 pikseli), więc ostrość jest bez zarzutu (403 ppi). Kolory są nasycone, ale biel ochłodzona, a kontrast spłycony, co jest typową bolączką matryc IPS. Jasność podświetlenia znowu wystarcza do zastosowań muzycznych (442 nity), ale nie należy oczekiwać cudów – na zewnątrz refleksy mogą przeszkadzać.

Trudno mieć jakiekolwiek zastrzeżenia co do jakości wykonania – spasowanie czy wykończenie są wzorowe. Niemniej nie inaczej było w przypadku modelu M17, a średniopółkowe odtwarzacze FiiO są równie solidne, więc zaskoczenia brak.
Ergonomia i użytkowanie
Odtwarzacz jest nadal wielki i ciężki. Trzymanie go w dłoni to niezbyt przyjemne doświadczenie, podobnie jak noszenie w kieszeni. Duży futerał także może dać się we znaki w transporcie, a etui dodatkowo pogrubia urządzenie i wciąż ma z tyłu nieprzyjemną w dotyku „tarkę”. Mowa jednak o mobilnym torze stacjonarnym, a nie typowym odtwarzaczu, więc gabaryty nie przerażają – M27 to ułamek biurkowego kombo. Swoją drogą, nowy model jest trochę lżejszy od M17 – waży 556 gramów w porównaniu do 610 gramów. Dobre i to.


Świetnie, że ograniczono liczbę przycisków – przypadkowe kliknięcia już się nie zdarzają oraz łatwo zapamiętać ich umiejscowienie. Bardzo podoba mi się także włącznik w pokrętle, a rezygnacja z gniazda 2,5 mm jest zrozumiała, bo zostało ono wyparte przez standard 4,4 mm. Oba suwaki zlokalizowane na jednej ściance to kolejny plus. Nie narzekam także na trzy porty USB-C – jeden służy do zasilania, drugi do transmisji danych, a trzeci pozwala wyprowadzić sygnał cyfrowy czy podłączyć dysk.
Zasilanie za pomocą standardowej ładowarki z USB-C to duży plus. Teraz wystarczy adapter sieciowy od smartfona lub nawet wydajny powerbank, by wykrzesać z M27 pełną moc. Producent podaje, że muszą one dostarczać przynajmniej 9 V/3 A lub 12 V/1,67 A, by aktywować tryb stacjonarny. Sprawdziłem ładowarkę Baseus GaN 65 W, a także powerbank Green Cell PowerPlay Ultra 128 W i Desktop Mode działał wzorowo w obu przypadkach.
FiiO M27 wyraźnie się nagrzewa, ale raczej nie sparzy dłoni. Sprawdziłem temperaturę w niekorzystnym scenariuszu, czyli podczas wielogodzinnych odsłuchów słuchawek planarnych w trybie stacjonarnym i z jednoczesnym ładowaniem akumulatora. Obudowa nagrzała się maksymalnie do 41°C. Nie inaczej było w przypadku M17.
Stacja dokująca
Stacja dokująca jest zdecydowanie wygodniejsza w obsłudze od podstawki z M17, która wymagała przepuszczania kabli i każdorazowego podłączania aż trzech wtyczek (do transmisji sygnału oraz zasilania urządzenia i wentylatora), co z czasem zaczynało mocno irytować. Tym razem wpinanie i wypinanie odtwarzacza nie stanowią wyzwania – wszystkie złącza zostały zintegrowane ze stacją. Swoją drogą producent uwzględnił etui, zatem nie musimy go zdejmować, aby zadokować odtwarzacz.


Niestety stacja dokująca ma dwie wady – na jedną można przymknąć oko, druga jest trudna do zaakceptowania. Wentylator ponownie wymaga oddzielnego zasilania, czyli podłączenia do komputera lub ładowarki. Większym problemem jest jednak to, że stacja dokująca nie obsługuje trybu USB DAC. Dodatkowe porty USB typu HOST służą do podłączania innych urządzeń audio czy dysków, a nie komputera. W tym aspekcie punkt dla ascetycznej podstawki z FiiO M17.
System operacyjny i wydajność
FiiO M27 działa pod kontrolą… Androida 13. Tak, na rynku rozgościł się już Android 16, ale mowa o odtwarzaczu muzyki, a nie smartfonie, więc nie ma to specjalnego znaczenia. Ponadto poprzednik pozostał na Androidzie 10, więc w rzeczywistości nastąpił duży progres. Sam system nie jest mocno zmodyfikowany, z wyjątkiem szeregu opcji audio, zatem interfejs graficzny nie powinien nikogo irytować ani rozpraszać.

Czuć także krok naprzód w wydajności, ponieważ poczciwego Snapdragona 660 z 4 GB RAM-u zastąpiono układem Qualcomm Dragonwing 6490 z 8 GB RAM-u, który bazuje na architekturze Snapdragona 778G. Ponownie trudno nazwać ten układ świeżym, ale to udany SoC wykonany w bardziej energooszczędnym procesie (6 nm vs 14 nm). W efekcie M27 sprawniej uruchamia aplikacje i lepiej utrzymuje je w pamięci. Porównywałem M17 i M27 bezpośrednio – na nowym odtwarzaczu Tidal startuje wyraźnie szybciej i działa płynniej.
Funkcjonalność
W systemie znajdziemy szereg znanych funkcji. Nie obyło się bez obsługi FiiO Roon, konwersji do DSD (All-To-DSD), jak i trybu samochodowego. Przygotowano ponownie multum trybów (np. Android, USB DAC czy Pure Music), konfigurację RGB (domyślnie diody są wyłączone) oraz programowalny przycisk specjalny. Na swoim miejscu jest także apka odtwarzająca FiiO Music z szeregiem opcji dodatkowych, a inne aplikacje możemy instalować z różnych źródeł, w tym ze sklepu Google Play.


M27 oferuje także kilka nowych opcji, mniej lub bardziej praktycznych. FiiO Cast pozwala na zdalną obsługę za pomocą smartfona z poziomu aplikacji FiiO Control, dzięki czemu możemy wygodnie sterować odtwarzaczem wpiętym w stację dokującą. Z kolei Tape Mode wyświetla na ekranie… animowaną kasetę magnetofonową. Efekt może się podobać, ale tryb ma więcej sensu w podstawowym FiiO M21, do którego przygotowano etui imitujące „kaseciak”.
Na szczęście producent zaimplementował także bardziej wartościowe rozwiązania, jak choćby 31-pasmowy korektor parametryczny, który działa globalnie. W jego obrębie znajdziemy tryb Auto-EQ z predefiniowanymi ustawieniami, przygotowanymi dla wielu modeli słuchawek – nie tylko marki FiiO. Baza jest bogata, a presety powstały na podstawie pomiarów. Gdyby tylko interfejs był bardziej intuicyjny…


Dla przykładu: nie możemy po prostu aktywować konkretnego ustawienia Auto-EQ – po wyborze słuchawek i pożądanej krzywej, musimy zapisać konfigurację jako własne EQ, któremu najlepiej nadać precyzyjną nazwę, żeby później się w tym nie pogubić. Takich bolączek jest więcej, ponieważ gdzieniegdzie tłumaczenia są nietrafne lub w ogóle ich brakuje. W sprzęcie tej klasy i w czasach wszechobecnego AI spolszczenie powinno być lepsze.
Nie zapomniano również o dwukierunkowym interfejsie Bluetooth, co oznacza, że M27 można sparować zarówno ze słuchawkami bezprzewodowymi (nadajnik), jak i smartfonem (odbiornik). Warto wiedzieć, że standard LHDC jest zarezerwowany dla trybu nadajnika, a aptX Lossless działa tylko w trybie odbiornika – szkoda.
Czas pracy
Producent obiecuje do 9 godzin odtwarzania z wyjść niesymetrycznych i do 8 godzin grania po balansie. W praktyce M27 wytrzymywał około 7 godzin z różnymi słuchawkami zbalansowanymi, gdy stroniłem od ekranu i odtwarzałem muzykę z Tidala, a podświetlenie RGB było wyłączone. Trudno mówić więc o progresie, ponieważ M17 osiągał podobne rezultaty.
Specyfikacja
- procesor: Qualcomm Dragonwing 6490 z 8 GB RAM
- system operacyjny: Android 13
- układ Bluetooth: Qualcomm QCC5181
- wyświetlacz: 5,99 cala, IPS, 1080×2160, Gorilla Glass 5
- pamięć: 256 GB + 2x czytnik microSD
- interfejsy: Bluetooth 5.4 (kodeki aptX, aptX HD i inne, LDAC, LHDC), Wi-Fi 5
- złącza: 3x USB-C, wyjścia 3,5 mm, 4,4 mm, 6,35 mm, koaksjalne, optyczne
- funkcje: All to DSD, 31-pasmowy globalny PEQ i Auto-EQ, Desktop Mode, pięciostopniowe wzmocnienie, szybkie ładowanie (PD 3.0, QC 4.0)
- akumulator: 9200 mAh
- czas pracy: do 9 godzin (3,5 i 6,35 mm); do 8 godzin (4,4 mm)
- czas ładowania: ok. 3 godziny
- wymiary: 157,4 x 85,1 x 28 mm
- masa: 556 g (wersja aluminiowa); 630 g (wersja tytanowa)
Audio (wyjście 4,4 mm):
- przetworniki: 2x ESS Technology ES9039SPRO
- odbiornik: XMOS XU316
- moc na kanał: do 2250 mW @ 32 Ω (tryb odtwarzacza); do 5000 mW @ 32 Ω (Desktop Mode)
- pasmo przenoszenia: 20 Hz-85 kHz
- SNR: 126 dB
- impedancja: 0,6 Ω
- separacja kanałów: 114 dB
- THD+N: 0,00031%
Brzmienie
Nie spodziewałem się takiej zmiany w brzmieniu względem M17! Nowy odtwarzacz ma zdecydowanie bardziej muzykalny i łagodny charakter. Wciąż mowa o audiofilskich niuansach, nie należy spodziewać się zwrotu o 180 stopni, bo oba odtwarzacze oscylują wokół równowagi.
Niemniej M27 nie brzmi już jak typowe ESS Technology – słychać wręcz podobieństwa do odtwarzaczy z kostkami AKM. Gdybym nie znał specyfikacji, prawdopodobnie uwierzyłbym, że zastosowano przetworniki Japończyków, a nie Amerykanów. To zasługa gładszego i mniej technicznego dźwięku.
FiiO M27 – sygnatura dźwiękowa
FiiO M27 jest naprawdę przyjemny w odbiorze, ale nie ma mowy o ewidentnej koloryzacji czy modulacji. Bas jest wciąż pełny i liniowy, średnica bliska i wyrazista, a góra pasma mocno doświetla pozostałe rejestry. Nadal mamy do czynienia z graniem zrównoważonym. Jednak tym razem nie słychać już jakiejkolwiek agresji – zniknęła ta techniczność i szorstkość, a brzmienie stało się zdecydowanie gładsze i łagodniejsze. Moim zdaniem dźwięk zyskał na naturalności, a zatracił ten „tranzystorowy” charakter, za co często krytykuje się przetworniki ESS Technology czy też wzmacniacze THX-a.
Bynajmniej nie wiąże się to ze spadkiem rozdzielczości – gładkość nie jest w tym przypadku rozmyciem, bo M27 oferuje fantastyczny poziom jakościowy. Odtwarzacz przekazuje multum informacji, wzorowo różnicuje instrumenty, brzmi maksymalnie czysto i precyzyjnie, ponieważ wyższa średnica i góra pasma są wciąż na swoich miejscach. M27 nie podpada również dynamiką – z odpowiednimi słuchawkami dźwięk narasta gwałtownie, błyskawicznie opada oraz jest wzorowo kontrolowany. Timing nikogo nie rozczaruje, co dodatkowo potęguje muzykalność M27 – instrumenty rozbrzmiewają w punkt, energii jest krocie, a rytm porywa.
FiiO M27 – scena dźwiękowa
Scena dźwiękowa jest potężna i to bez względu na tryb – nie musimy podłączać wtyczki zasilającej, by osiągnąć kontrastową separację kanałów i obficie napowietrzoną przestrzeń. M27 generuje wielką, poziomą elipsoidę, czyli stereofonia jest mocna, ale nie słychać problemów w głębi czy wysokości. Przestrzenne i holograficzne słuchawki rozwijają skrzydła zarówno w ekspozycji instrumentów, jak i generują duże oraz trójwymiarowe źródła pozorne godne sprzętu stacjonarnego. Nie przesadzam – M27 to rzeczywiście ekwiwalent stacjonarki.
Duże wrażenie robi także tzw. efekt czarnego tła. Słychać go szczególnie na słuchawkach otwartych, bo źródła pozorne wydają się rozbrzmiewać niezwykle klarownie i w sposób mocno odseparowany, jakby były zawieszone gdzieś w pustce wokół nas. Pozwala to śledzić każdy instrument z osobna, bez względu na to, czy jest pierwszo- czy dalszoplanowy. Zatem mimo nieanalitycznego charakteru, rozkładanie muzyki na czynniki pierwsze jest wciąż bajecznie proste.
FiiO M27 – tryb stacjonarny
Tryb stacjonarny zapewnia zdecydowanie większą dawkę mocy. Z bardziej wymagającymi słuchawkami nagłownymi musiałem redukować głośność mniej więcej z 80% do 50% skali, a następowało tym samym lekkie wzmocnienie basu, przyrost dynamiki i nieznacznie poszerzenie sceny. Jednak tak naprawdę różnica nie była kolosalna – nie czułem że dużo tracę, gdy wtyczka USB-C nie była podłączona. Nie inaczej było w przypadku M17.
A co z mocą? Gdy testowałem Dan Clark Audio E3, dość wymagające słuchawki planarne, to M27 zapewniał im wyraźnie większy zapas mocy od M17. Niemniej oba urządzenia je wysterowały. Z mniej wymagającymi słuchawkami trudno było odczuć korzyści płynące z tych 5 W na kanał – większość modeli potrzebuje ułamek tego, żeby nie tylko brzmieć głośno, ale z pełnym basem i optymalną sceną. Dlatego dodatkowe waty to w dużej mierze popis możliwości i marketing, a nie odpowiedź na realną potrzebę.
FiiO M27 – porównania z FiiO M17 i innymi odtwarzaczami
FiiO M27 vs FiiO M17
Sprawa jest prosta – M27 to umuzykalniona M17-tka. Przełączając się pomiędzy odtwarzaczami słychać było przede wszystkim to, że bas i niska średnica są gładsze w M27, a wyższa średnica i góra pasma mniej agresywne. Znowu różnica jest subtelna, ale ma znaczenie – nie mam żadnych wątpliwości, że w wyższych rejestrach M27 nie ma już tej szorstkości, że dźwięk stał się mniej surowy i bezwzględny. W bezpośrednim porównaniu M17-tka brzmi mniej ostrzej i bardziej natarczywie. Uwielbiam M17, ale ode mnie punkt dla M27.

Słychać także różnicę w scenie dźwiękowej – ta jest szersza w M27, czego się nie spodziewałem. Nowy odtwarzacz mocniej separuje kanały, chętniej eksponuje instrumenty na boki. Poprzednik także oferuje szeroką scenę, ale jego scena jest bliższa kształtem kuli, a nie elipsoidy. Rezultat? Przestrzeń w M27 wydaje się większa, bardziej otwarta, gdy M17 generuje ciaśniejszą scenę z bliższym pierwszym planem. Dla przykładu gitary rytmiczne w M27 wydawały się rozbrzmiewać poza głową, gdy w M17 były jakby przyklejone do policzków.
FiiO M27 vs FiiO M15s
Sięgnąłem jeszcze po M15s, który paradoksalnie ma więcej wspólnego z M27 niż M17, bo także brzmi mniej technicznie, a bardziej muzykalnie. Mam wrażenie, że projektując M27 FiiO poszło w podobnym kierunku. Jednak M27 to wciąż równiejszy i wierniejszy odtwarzacz o kilkukrotnie większej mocy. Przewaga bohatera testu jest słyszalna także w scenie dźwiękowej, wyraźnie szerszej i z mocniejszą separacją źródeł pozornych – M15s generuje bardziej kameralną, a M27 koncertową przestrzeń.
Z drugiej strony M15S oferuje już naprawdę wysoki poziom, brzmi energicznie i z pełnym basem, także nie jest skrajnie techniczny. Odtwarzacza używa się i słucha z przyjemnością, mimo mniej imponujących parametrów czy funkcji. Jeśli więc nie zależy nam na topowej mocy (M15s dostarcza maks. 1,2 W), a docenimy mniejsze gabaryty, to model M15s można mieć za ponad połowę ceny M27 (8999 zł vs 4090 zł). Nie ukrywam, że M27 mnie zachwycił, ale z „piętnastki” wciąż byłbym zadowolony.
FiiO M27 vs Astell&Kern PD10
W tej konfrontacji to M27 jest tym zrównoważonym, a wręcz płaskim odtwarzaczem. Wprawdzie oba modele brzmią muzykalnie, ale PD10 nie sili się na neutralność czy transparentność. DAP od Astell&Kern oferuje cieplejsze, łagodniejsze, gładsze, a wręcz bardziej analogowe brzmienie – nasycone, barwne i angażujące. Scena jest podobna w obu przypadkach – odtwarzacze generują ją szeroką, trójwymiarową i holograficzną.
Wybór? Wiele zależy od preferencji. Moim zdaniem M27 jest wierniejszy, PD10 barwniejszy. FiiO jest bliżej „tranzystora”, a PD10 to udana imitacja „analoga”. Różnica w cenie wynosi jednak 1000 zł na korzyść M27 (8999 zł vs 9999 zł), a PD10 w wariancie podstawowym nie ma stacji dokującej. Żeby ją otrzymać, musimy wyłożyć dodatkowe 2000 zł. Drogo, ale stacja dokująca od Astell&Kern przynajmniej obsługuje funkcję DAC USB.
FiiO M27 – synergia
FiiO M27 jest odtwarzaczem wyjątkowo synergicznym – zrównoważona sygnatura, pełny bas i duża kultura w prezentacji wyższej średnicy i góry pasma to przepis na sukces. Wprawdzie M17 także nie był w tym aspekcie problematyczny, ale M27 to lepszy wybór do klarowniejszych czy nawet ostrych słuchawek. W trakcie testów nie miało znaczenia, co do niego podłączyłem – zawsze byłem w pełni usatysfakcjonowany.


Odtwarzacz zgrał się z przeróżnymi słuchawkami – Dan Clark Audio E3 zabrzmiały fantastycznie, HiFiMAN HE1000 Unveiled wciągnęły mnie na długie godziny, a z przyjemnością spędzałem czas z Craft Ears Aurum czy FiiO FH19. Wrażliwi na szum mogą jednak narzekać, ponieważ sygnał na czułych IEM-ach z wyjścia 4,4 mm wciąż nie jest krystaliczny, nawet na niskim poziomie wzmocnienia – FH19 lekko szumiały, Aurum brzmiały czyściutko.
Podsumowanie
FiiO M27 przynosi niepodważalny progres. Odtwarzacz został bogato wyposażony, solidnie wykonany i udoskonalony użytkowo – mniejsza liczba przycisków, nowszy interfejs oraz odsłonięte pokrętło to tylko niektóre przykłady. Doceniam także futerał, etui z zapięciem na rzep, jak i stację dokującą w cenie. Świetnie, że wreszcie odświeżono procesor oraz Androida 13, a do tego zaimplementowano globalne EQ. Tryb stacjonarny realizowany za pomocą złącza USB-C jest kolejnym krokiem naprzód. Brzmienie powoduje opad szczęki – jest na fantastycznym poziomie, a do tego naturalne, muzykalne, gładkie i wyjątkowo przestrzenne.
Mam jednak pewne zastrzeżenia. Nie będę narzekał na ergonomię, gdy mowa o ekwiwalencie urządzeń biurowych, a przeżyję także futurystyczne wzornictwo czy przeciętne osiągi akumulatora. Trudno mi jednak wybaczyć to, że stacja dokująca nie wspiera funkcji DAC USB. Z kolei aptX Lossless powinien być obsługiwany w obu kierunkach. Puryści mogą narzekać na czystość sygnału z niektórymi IEM-ami.
FiiO M27 kosztuje 8999 zł i zasługuje na rekomendację. Jestem w stanie to uargumentować tym, że M27 to jednak urządzenie 2w1, że wciąż daleko mu do rekordzistów cenowych, a do tego ociera się o brzmieniową perfekcję. Niemniej jeśli jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami M17 i lubimy jego charakter, to zmiana może mijać się z celem – starszy odtwarzacz wciąż się broni, mimo że nie czaruje tak brzmieniem i ma (nieco) mniejsze możliwości.

Dla FiiO M27
Zalety:
+ bogate wyposażenie
+ solidna jakość wykonania
+ wciąż bardzo dobry ekran
+ rozbudowany interfejs złączy
+ zaawansowany interfejs Bluetooth
+ wygodny tryb stacjonarny
+ globalny EQ z Auto-EQ
+ płynne działanie
+ funkcjonalny system operacyjny Android 13
+ wzmacniacz o potężnej mocy
+ fenomenalne, naturalno-muzykalne brzmienie
+ potężna, elipsoidalna scena dźwiękowa
Wady:
– stacja dokująca nie obsługuje funkcji DAC USB
– brak kodeka aptX Lossless w trybie nadajnika
– lekki szum na niektórych IEM-ach
Sprzęt dostarczył:





![Dan Clark Audio E3 [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2026/02/Dan-Clark-Audio-E3-218x150.jpg)
![Astell&Kern PD10 [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2025/07/AK-PD10-218x150.jpg)
![Cayin N6iii (C201) [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2025/03/Cayin_N6iii_MINIATURA-218x150.jpg)
![FiiO JM21 [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2025/03/FiiO-JM21-218x150.jpg)
![FiiO FH19 [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2024/09/27a-218x150.jpg)
Recenzja rzetelna. Moje uwagi: dźwięk lepszy w porównaniu z m17 oczywiście różnica nieduża. Po czterch latach nowsze komponenty. Powrót do dwóch kart pamięci. Co do stacji dokującej to ma więcej funkcji ale ta wsadzana podpórka to jakieś nieporozumienie. Brak zasilacza to plus ale jak ktoś nie posiada tzw. szybkiej ładowarki to dodatkowy wydatek. Ciekawe jak spisuje się tryb stacjonarny. To moje trzecie fiio i w dwóch poprzenich bateria puchła po dwóch latach. A m17 używałem wyłącznie stacjonarnie. Bateria niby wymienna ale na razie jak zresztą opisane w recenzji nie do nabycia. Jest rok gwarancji to na razie nie myślę o tym . Ogólnie polecam chociaż to opinia subiektywna bo nie mam porównania z innymi firmami. Dla mnie do tej muzyki której słucham rewelacja. A ponieważ mam jeszcze m17 to ten skok nie jest taki jak w przypadku poprzednich modeli
W port USB-C rzeczywiście trudno trafić, dokując M27. W innych kwestiach również się zgadzamy. Dzięki za komentarz.