Empire Ears to amerykańska firma z tradycjami sięgającymi ponad 30 lat wstecz, trudniąca się produkcją słuchawek dokanałowych, zarówno uniwersalnych, jak i spersonalizowanych. Marka ta jest coraz lepiej rozpoznawalna w Polsce, a w nasze ręce, dzięki firmie Audeos, trafił ich budżetowy model Bravado. To konstrukcja hybrydowa, należąca do linii X, wyposażona w jeden autorski przetwornik dynamiczny W9 oraz jeden armaturowy na każdą stronę.

Pojęcie „budżetowości” jest w tym przypadku jednak mocno wywindowane, gdyż Bravado to wydatek 2699 złotych. Czy to cena adekwatna do prezentowanego poziomu? Postanowiliśmy to sprawdzić, szczególnie że słuchawki dotarły do nas wraz z 8-żyłowym kablem z posrebrzanej miedzi: Ego Audio Sake, który sam kosztuje 999 złotych. Razem to zatem już dość drogi zestaw.

Wyposażenie


Empire Ears Bravado dostarczane są w dużym i ciężkim pudełku. Z wierzchu nałożona jest czarna tekturowa nasuwka, na froncie której znajduje się uskrzydlone srebrne logo producenta i napis Empire, podczas gdy z drugiej strony jest spore logo, już pozbawione skrzydeł. Szczególnie front sprawia wrażenie, że mamy na półce jakiś amerykański alkohol czy perfumy, co mocno przykuwa wzrok. Po ściągnięciu wierzchniej warstwy ochronnej, mamy już główne opakowanie z klapką zamykaną na magnes. Całościowo bardzo dobrze komponuje się ono z nasuwanym kartonikiem, gdyż w tym miejscu powielono grafiki z frontu. Po uchyleniu klapki widzimy kopertę (oczywiście ze skrzydlatym logo), pod którą umieszczono słuchawki, pewnie spoczywające w dopasowanej piance usztywniającej. Już to zwraca uwagę dbałość o detale – kabel jest schowany w odpowiednio wyciętym zagłębieniu, co jest normą, ale przykrywa go mała plakietka z podziękowaniami od producenta i potwierdzeniem autentyczności. Srebrne logo i litery są tu naklejone oraz wyraźnie wyczuwalne pod palcem, co daje przyjemne wrażenie obcowania z produktem wysokiej jakości. Reszta akcesoriów znajduje się w osobnej szufladce, wysuwanej z dołu opakowania. To rozwiązanie nietypowe, ale bardzo satysfakcjonujące, jakbyśmy sięgali do kasetki z biżuterią.

REKLAMA
fiio

Wyposażenie składa się z następujących elementów:

  • słuchawek Empire Ears Bravado,
  • wymiennego kabla Effect Audio Ares II,
  • 5 par silikonowych nakładek Final Type E w rozmiarach od SS (bardzo małe) do LL (bardzo duże),
  • metalowego etui,
  • czyścika do słuchawek,
  • firmowej ściereczki do kopułek,
  • instrukcji obsługi,
  • firmowych naklejek.

Jak widać – jest bogato, choć mile widziane byłyby także jakieś dodatkowe nakładki o odmiennej strukturze czy szerokości wylotu. Mimo tego, wszystko co znajduje się w zestawie robi bardzo dobre wrażenie. Silikonowe tipsy są wygodne i odpowiednio elastyczne, by dobrze uszczelnić ucho, a ich umiejscowienie w grawerowanej metalowej wkładce pokazuje wysoką dbałość o detale. Czyścik, choć nie tak oczywisty, czasami bywa zbawienny przy słuchawkach dokanałowych, a duże etui z zakręcanym wieczkiem ozdobionym skrzydlatym logo nie tylko świetnie wygląda i chroni chyba nawet przed ostrzałem, ale też jest zdecydowanie najbardziej masywną konstrukcją tego typu, jaką do tej pory miałem w rękach. Ściereczka i wlepy, choć nie niezbędne, także stanowią bardzo miły dodatek.

Wykonanie


Obudowy Empire Ears Bravado są wykonane z lekkiego tworzywa sztucznego w czarnym kolorze. Ze względu na dość dużą komorę przetwornika dynamicznego, kopułki są dość długie, jednak zostały dobrze wyprofilowane i przypominają konstrukcje spersonalizowane. Jedynie wypustki wpasowujące się w małżowinę mogłyby być bardziej zaznaczone, by jeszcze skuteczniej utrzymywać słuchawki w uchu. To jednak zapewne kompromis, aby przetłoczenia były bardziej uniwersalne.

Nie znajdziemy tu jednak żadnych łączeń – powierzchnia kopułek jest gładka, nie licząc wyjścia tulejki, trzech otworów wentylacyjnych na tylnej ściance oraz złącz 2-pin 0,78 mm do podpięcia kabli. W połączeniu z mocno zaoblonymi przejściami pomiędzy ściankami tworzy to obudowy bardzo przyjemne w dotyku i daje poczucie produktu z wyższej półki. Dopełnia to złote logo Empire Ears, dumnie prezentujące się na zewnętrznej stronie każdej kopułki. Ostatnim elementem, jaki tu znajdziemy, jest nazwa modelu oraz numer seryjny umieszczone od strony ucha i jednocześnie wskazujące właściwą stronę, gdyż tradycyjnie czerwony napis oznacza prawą, a niebieski lewą. W przypadku Bravado jest w tym jednak trochę kurtuazji i pokazania, że producent dba o szczegóły, gdyż ze względu na profilowaną konstrukcję słuchawki można założyć prawidłowo tylko w jeden sposób, z kablem prowadzonym za uchem.

Jeśli już jesteśmy przy kablu, to w zestawie znajdziemy 4-żyłową plecionkę z grubej miedzi Litza (26AWG) pokrytej silikonową izolacją. Jest ona całkiem przyjemna w dotyku i dość elastyczna, choć w tym aspekcie jest jeszcze pewne pole do poprawy. Pierwsze 10 centymetrów od strony wtyków 2-pin jest dodatkowo pokryte wyprofilowaną koszulką, pełniącą rolę prowadnicy za uchem. Taka budowa zapewnia bardzo niski efekt mikrofonowy, więc kabel szurający o ubranie nie będzie nas rozpraszał. Obudowy wtyków mają srebrną metaliczną barwę i znajdziemy na nich literowe oznaczenia stron oraz logo Effect Audio. To w sumie nic dziwnego, gdyż Empire Ears w swoich słuchawkach wykorzystuje kable Effect Audio Ares II, w sklepie producenta wycenione na 149 dolarów amerykańskich. Ciekawie rozwiązano rozgałęźnik, z którego wysuwa się ściągacz przewodu, co wygląda bardzo estetycznie, a przy tym działa bez zarzutu. Całość wieńczy wtyk 3,5 mm japońskiej firmy Oyaide. To bardzo masywna konstrukcja, łamana pod kątem 90 stopni, choć nieco brakuje przy niej jakieś odgiętki. Co prawda większość osób, które kupuje słuchawki z tej półki cenowej raczej nie upycha ich byle jak po kieszeniach, więc są one mniej narażone na uszkodzenia, a i sama grubość przewodów oraz izolacji wzmacniają konstrukcję, jednak prewencji nigdy zbyt wiele.

Pod względem izolacji, Empire Ears Bravado wypadają bardzo dobrze. Oczywiście ta jest tylko pasywna, ale ze względu na dużą obudowę, która jest dobrze dopasowana do ucha, oraz nie najpłytszą penetrację kanałów, jesteśmy mocno odcięci od zewnętrznych hałasów. I choć opisywane dokanałówki wręcz zachęcają by podbijać na nich głośność, to nie jest to w ogóle wymagane by zagłuszyć odgłosy miasta. Co również istotne, Bravado są mało wrażliwe na szumy własne źródła, dzięki czemu komfort odsłuchów wzrasta.

Brzmienie


Źródła wykorzystane podczas testów: iBasso DX150 (z modułami AMP7 i AMP8), iBasso DX160, Radsone EarStudio ES100, Samsung Galaxy S10e, Shanling UP4, Shozy Alien+, Shozy Alien Gold, xDuoo TA-30.

Bas w Empire Ears Bravado to zdecydowanie główny punkt programu. Wyraźnie prace nad autorskim przetwornikiem W9 nie poszły na marne i nie przez przypadek ta nazwa to skrót od Weapon IX, gdyż dół faktycznie uderza niczym broń. Zejście jest do samego piekła, momentami wręcz wydaje się, że subbas występuje bez żadnych ograniczeń, wibrując bardzo dosadnie przy każdej okazji. To jedne z niewielu znanych mi słuchawek dokanałowych, gdzie najniższe tony czuć całą głową. 20 decybeli różnicy pomiędzy niskim dołem, a niską średnicą, to bardzo duży przeskok i nawet mimo tego, iż od 30 Hz natężenie basu maleje, to i tak jego średni zakres daje potężne uderzenie o długim okresie wybrzmiewania, które potrafi zdominować resztę muzyki. I choć po takich słowach u wielu osób od razu może pojawić się znak ostrzegawczy i podejrzenie, że niskie tony zalewają pozostałą część pasma, przez co całość jest nieczytelna i zduszona, to Bravado są bardzo daleko do takiego przekazu. Dosadny i dominujący dół jaki oferują jest jednocześnie bardzo dobrze kontrolowany i daje poczucie mocy, jak na subwoofer przystało, a nie “misiowate” granie. Bas jest szybki i posiada rewelacyjną głębię, bez problemu przekazującą złożoność muzyki w dolnych rejestrach, dobrze komponując powolne pulsowanie z błyskawicznymi uderzeniami bitów czy bębnów. Należy jednak mieć na uwadze jego ogólny charakter, który zapewnia ciepłe brzmienie o wyraźnie wydłużonym wybrzmiewaniu poszczególnych dźwięków, co w efekcie daje granie lekko zmiękczone, raczej nie przeznaczone do ekstremalnie szybkich gatunków, a bardziej do tych, w których słuchawki mogą tworzyć nieco zagęszczony klimat o bardzo wysokiej kulturze. Przy przysłowiowym “łojeniu”, czy to w szybkiej klubowej elektronice, czy też w mocniejszym metalu, tony niskie mogą wisieć w powietrzu trochę zbyt długo. Powstaje wtedy dziwne wrażenie pewnego odseparowania dołu od reszty pasma, przez co spadają spójność brzmienia i namacalność dynamiki przetwornika. Co innego w muzyce trance, bluesie czy koncertach wiolonczelowych – tu precyzja przetwornika połączona z masywnym i ciepłym graniem nie tylko czaruje słuchacza, ale ze względu na tak duże podbicie dołu, potrafi wnieść do znanej muzyki coś nowego. Oczywiście, żywe instrumenty nie grają do końca naturalnie, ale zachowują odpowiednią barwę, a ich dodatkowa moc może stanowić podczas odsłuchów duży atut.

Tony średnie, choć będące pod bardzo wyraźnym wpływem basu, są nadzwyczaj naturalne. Nie przyciemniają muzyki, a kontynuują ocieplony przekaz o wysokiej kontroli. Instrumenty mają przyjemną barwę, a poszczególne dźwięki wręcz namacalnie wibrują w powietrzu, dając wrażenie wgłębiania się w muzykę. I choć średnica jest lekko wycofana, to nie kryje się za pozostałymi składowymi, oferując brzmienie wyraźne i o wysokiej intymności. W przeciwieństwie do niższych częstotliwości, tu kolejne nuty zanikają trochę szybciej, przez co ich charakter jest mniej efektowny, za to bliższy prawdzie. Te położone niżej są cieplejsze, bardziej miękkie, podczas gdy dźwięki wchodzące wyżej cechuje coraz większa zwartość, choć na całej rozpiętości pozostają one bardzo muzykalne, wyraźnie nastawione na przyjemność z odsłuchów, a nie krytyczny odbiór. Nie znaczy to bynajmniej, że Bravado rozmywają przekaz, po prostu kreują przyjemną i słodką atmosferę, która otacza nas swoim angażującym graniem i zachęca do podkręcania głośności. A ze względu na to, że wyższa średnica jest prowadzona spokojnie i nie atakuje słuchacza żadną agresją i niepotrzebnymi sybilantami, to czasami można nie zauważyć, jak wysoko podbiło się decybele.

Takie strojenie zdecydowanie pasuje głównie do muzyki rozrywkowej, gdzie efektowność brzmienia jest wartością dodaną. Pop, dance czy hip-hop kreowane na Bravado sprawiają, że pojawia się “efekt jeszcze jednego utworu” oraz „wow”, przez co ciężko się od nich oderwać. Trochę inaczej to wygląda gdy jesteśmy fanami klasyki czy jazzu. Wówczas szczególnie fortepian może okazać się kłopotliwy, gdyż o ile jest przedstawiony w sposób rozrywkowy, to zwłaszcza w niższych jego partiach poszczególne klawisze są zbyt nabrzmiałe. To co w muzyce radiowej jest plusem, w tym wypadku zaburza odbiór.

Za to pod względem wokali ciężko mieć do Bravado większe uwagi. Głosy są gładkie, ale nie nadmiernie zmiękczone; ciepłe, ale nie zduszone. Całość śpiewu pozostaje bardzo czytelna i intymna. Jednocześnie intymność wynika z ich ocieplonej charakterystyki słuchawek, ale ciągle dającej poczucie naturalności barwy, a nie dużego przybliżenia głosów do słuchacza. Właśnie tu można znaleźć ich lekką niedoskonałość, gdyż sporadycznie brakuje trochę większego odsunięcia wokali od linii instrumentów, przez co zbytnio się w nią wtapiają. Natomiast zdecydowanie cieszy ich kontrola oraz zrównoważenie – niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z męskim basem, czy też żeńskimi sopranami, nie opuszcza nas wrażenie, że powinny one brzmieć właśnie w taki sposób.

Tony wysokie zaczynają się delikatnym przejściem ze średnicy, ale już w okolicy 5 kHz jest wyraźnie zaznaczona górka. Ta nie jest przesadnie wysoko poprowadzona, przez co nie jesteśmy atakowani ostrościami, niemniej zaznacza swoją obecność na tyle, by muzyka się zdynamizowała i nabrała trochę więcej blasku. Dalej soprany są już prowadzone dość gładko, ale sięgają całkiem wysoko i mają ciekawe, lekko pogrubione brzmienie, dodające im wrażenia plastyczności. Jednocześnie całość jest trzymana w ryzach, by nie tracić kontroli. Dzięki temu instrumenty operujące w tym zakresie są wyraziste, ale bezpieczne w odbiorze. Bardzo dobrze wypadają one również pod względem barwy, celnie oddając granie materiałów, z jakich są zrobione. Możemy więc zapomnieć o zapiaszczonych talerzach perkusji czy przebrzmiałych skrzypcach – wszystko jest na swoim miejscu, mimo że głównie stanowi dopełnienie niższych zakresów.

Szczegółowość, mimo strojenia sugerującego jej ograniczenie, jest na bardzo wysokim poziomie. Wyraźnie słychać niemal wszystkie mikrodetale, czy to odgłosy z sali koncertowej, czy dźwięki tła pojawiające się w studiu nagraniowym. Jedynie najdrobniejsze elementy potrafią się schować przed słuchaczem, gdzieś pomiędzy pogrubionymi liniami kolejnych dźwięków. Niemniej przy tak dominującym basie oraz ocieplonej barwie i tak można się bardzo miło zaskoczyć pod tym względem, zwłaszcza, że szczegóły nie są agresywnie podawane w pierwszej linii lecz spójnie komponują się z wysoką muzykalnością. Niby nie są wyeksponowane, ale właściwie nie trzeba ich specjalnie szukać, gdyż ciągle towarzyszą nam w tle.

Scena jest szeroka, ale z dość bliskim pierwszym planem, nadającym muzyce odpowiedniej intymności, bez poczucia klaustrofobii. Co istotne, głębia nagrań jest mocno zaznaczona i nie wygasza się za szybko, pozwalając na stworzenie wrażenia otoczenia przez dźwięki, a nie tylko ich rozrzucenia na boki. Trzeba jednak zauważyć, że jest ona bardziej nastawiona na przekaz z przodu niż równomiernie rozłożona pomiędzy przód i tył. Odsuwając się od głowy, kolejne plany są ze sobą dość wyraźnie połączone, dzięki czemu nie ma efektu nadmiernego rozdmuchania przestrzeni. Jednocześnie plany te są na tyle autonomiczne, że pozwalają na sprawne lokalizowanie źródeł pozornych wokół słuchacza. Całościowo mamy więc wysokie nasycenie przestrzeni, przy równoczesnym efektownym jej rozciągnięciu, co jest bardzo angażującym połączeniem. Może niekoniecznie jest to ekstremalnie poprawne, ale niesie wiele przyjemności podczas odsłuchów.

Pod względem doboru źródła, warto zwrócić uwagę na dwa aspekty: ilość prądu jaką jest ono w stanie dostarczyć słuchawkom, oraz na jego charakterystykę brzmienia. Ta pierwsza cecha jest niezwykle istotna, gdyż mimo konstrukcji dokanałowej Empire Ears Bravado są prądożerne. Oczywiście możemy podpiąć je do telefonu czy jakiegoś słabego odtwarzacza, ale wówczas bas zaczyna grać oderwany od reszty, średnica się wycofuje, a jej przełom z sopranami staje się nieco natarczywy. Gdy zaś zapewnimy słuchawkom odpowiednią dawkę mocy, całość od razu nabiera spójności, wygładza się, a kultura grania staje się zdecydowanie wyższa. Nieco mniej istotne, ale też nie do końca, jest także strojenie źródła. Jeśli jest ono nastawione na brzmienie ciepłe, a może też i dodatkowo przyciemnione, to nie będzie się dobrze zgrywało z charakterystyką opisywanych słuchawek. Bravado lubią dźwięk nieco jaśniejszy, o dużej detaliczności i dynamice.

W związku z tym, bardzo przyjemnie ten model Empire Ears wypada w połączeniu z niedawno opisywanym Aune BU1, którego skoncentrowane, jaśniejsze granie dobrze uzupełnia się ze strojeniem Bravado, czyniąc je bardziej uniwersalnymi. Podobny efekt, ale na większą skalę, można uzyskać na xDuoo TA-30, choć tu dość istotny będzie odpowiedni dobór lamp. Wśród odtwarzaczy z platformy testowej, zdecydowanie najciekawszą synergię z recenzowanymi słuchawkami złapał iBasso DX160, gdzie brzmienie jest bardzo żywiołowe, swobodne, a bas znajduje się pod ciągłą kontrolą. Starszy model iBasso, czyli DX150 z modułem AMP7, to brzmienie trochę łagodniejsze, do Bravado nieco zbyt wygładzone w górnych rejestrach, choć ciągle trzymające wysoki poziom. Wśród DAP-ów firmy Shozy, Alien+ oferuje dźwięk nieco zbliżony do wspomnianego DX150, ale z większą ilością góry oraz szczegółów, ale jednocześnie Empire Ears tracą na nim część swojego zawadiackiego charakteru i już tak nie cieszą. Pod tym względem lepiej się sprawdza Alien Gold, ale na nim już czuć delikatne niedostatki mocy. Z kolei oba odbiorniki Bluetooth, czyli Radsone ES100 oraz Shanling UP4, wypadły poprawnie, ale ogólnym poziomem trochę ograniczały słuchawki. Można to jednak poprawić, korzystając z kabla zbalansowanego. A że Bravado dojechały z przewodem Ego Audio Sake, to złożyło się idealnie…

Ano właśnie, Ego Audio Sake, czyli kabel kosztujący 300 złotych więcej niż stockowy Effect Audio Ares II, więc już przy tej cenie słuchawek można powiedzieć, że różnica kwot nie jest zbyt duża. Podczas czasu spędzonego z Sake wpiętym w Bravado z reguły pojawiała się u mnie myśl, że niekoniecznie Empire Ears wybrało do swoich słuchawek odpowiednio dobrany przewód. Oczywiście, Sake wymagałby dopłaty, ale moim zdaniem warto. Po pierwsze, jest wygodniejszy i przyjemniejszy w dotyku. Mimo że ma osiem żył zamiast czterech, jakie znajdziemy w Ares II, a do tego w Sake są one grubsze, to całość daje wrażenie miękkości, co umila dłuższe odsłuchy, a dodatkowo prawie się nie plącze. Minusem może być bardziej toporny wygląd, głównie przez wielki rozgałęźnik oraz ściągacz przypominający… dyby, ale całościowo użytkowo wypada po prostu lepiej. Po drugie, co znacznie ważniejsze, kabel Ego Audio sprawia, że Bravado stają się bardziej uniwersalne brzmieniowo. Bas się lekko uspokaja (choć dalej jest potężny), ale przede wszystkim trochę szybciej zanika, więc nie wytraca dynamiki nawet przy bardzo szybkich utworach. Średnica idzie bardziej do przodu, a góra lekko rozjaśnia. Ma to również wpływ na scenę, gdzie pomiędzy instrumentami pojawia się więcej powietrza, dzięki czemu całość nabiera większej naturalności. Dodatkowo opisywana testówka Sake jest w wersji zbalansowanej (oczywiście Aresa II również można nabyć w takim wariancie), co daje jeszcze więcej mocy oraz poprawia separację kanałów, na czym korzysta holografia. No i srebrny kolor lepiej pasuje do czarnych kopułek Bravado niż brąz Aresa.

Gdy patrzymy na konkurencję, to trochę drożej znajdziemy Campfire Audio Jupiter, które dość mocno brzmieniowo różnią się od Bravado. Przede wszystkim czuć w nich pewną sztuczność w niskich tonach oraz delikatny pogłos. Co prawda buduje on dodatkowo scenę, ale odbiera część naturalności. Jupitery za to oferują większą dokładność, zarówno pod względem analitycznym, jak i holografii, szybciej przekazując detale i precyzyjniej sugerują położenie instrumentów, mimo że w ogólnym rozrachunku są nieco ciemniejsze w odbiorze.

Bliżej Empire Ears wypadają Oriolus MK2. To, podobnie jak Bravado, konstrukcja hybrydowa o ciepłym i namacalnym dźwięku, choć stawiająca na dźwięk gładszy, bardziej ułożony, pozbawiony tej odrobiny kontrolowanego szaleństwa na basie. Oriolus bardziej przypomina dżentelmena podczas gdy bohater dzisiejszej recenzji to taki trochę zadziorny podrywacz – może czasami okłamie, coś ubarwi, ale zawsze jest z nim zabawa.

Schodząc z ceny o około 200 dolarów, znajdziemy Shozy Star II. Tu już powoli kończy się typowe stawianie na muzykalność. Co prawda wciąż nie są to słuchawki suche i monitorowe, ale zostały zestrojone bardzo równo, przez co przejście prosto z Bravado daje wrażenie ubytków na basie. Po przywyknięciu do bardziej naturalnego i jednocześnie neutralnego strojenia, bas w Shozy jak najbardziej znów się pojawia, ale nigdy nie jest w stanie dać takiej porcji rozrywki, jak w Empire Ears. Co prawda w Star II mamy żywszą średnicę oraz górę, ale tracimy rozmach sceniczny.

Jeszcze tańsze są iBasso AM05, które stoją praktycznie po drugiej strony barykady niż Bravado. W ich przypadku bas jest wręcz lekko wycofany, a wyeksponowane są średnica i soprany. Jednocześnie szczegółowość AM05, choć wysoka, wydaje się bardziej wyżyłowana – gdy porównamy oba modele, to mniej w niej naturalności. Ciekawostką jest fakt, że iBasso, choć nieco większe, są również trochę wygodniejsze ze względu na bardziej zaznaczoną wypustkę utrzymującą kopułki w miejscu.

Podsumowanie


Empire Ears Bravado to bogato wyposażone i świetnie wykonane słuchawki dokanałowe, oferujące bardzo wysokiej jakości dźwięk, a przy tym o niespotykanym w tym budżecie strojeniu. Podczas gdy zdecydowana większość dokanałówek z tego zakresu cenowego stawia na brzmienie wyrafinowane, mniej lub bardziej próbując zbliżyć się do monitorowego przekazu, to bohaterowie niniejszej recenzji oferują dźwięk bardzo rozrywkowy, o świetnym, potężnym i rozbudowanym basie, dużej i gęstej scenie oraz łagodnej średnicy. Z tego powodu nie są to słuchawki nadzwyczaj uniwersalne, za to potrafią dać wrażenia niedostępne u konkurentów, nie tracąc przy tym szczegółowości. Dobierając odpowiednią muzykę i źródło o większej mocy, bardzo łatwo na nich o efekt „wow”.

Szkoda jednak, że producent nie postawił na inne okablowanie, bowiem dopłacając 300 złotych można wejść na wyższy poziom, zarówno pod względem ergonomii, jak i brzmienia. Bo choć znajdujący się w zestawie Effect Audio Ares II jest ciekawą i dobrą konstrukcją, to niekoniecznie idealnie zgrywającą się z Bravado, o czym przekonał mnie Ego Audio Sake. Być może jednak była to w pełni świadoma decyzja, by jeszcze bardziej wyróżnić ten model i podkręcić charakterystykę słuchawek.

Zalety:

  • potężny i wielowarstwowy bas, schodzący do najniższych tonów, a przy tym ciągle przystępny w odbiorze,
  • słodka i bliska naturalności średnica,
  • wyraziste tony wysokie, które się nie narzucają,
  • rozbudowana scena o mocno zarysowanej głębi,
  • wyposażenie wyraźnie mówiące, że mamy do czynienia ze słuchawkami z wyższej półki,
  • świetne wykonanie i wykończenie estetyczne kopułek,
  • skuteczna izolacja pasywna,
  • wysokiej jakości kabel w zestawie…

Wady:

  • …którego charakterystyka brzmienia jednak nie do końca pasuje do słuchawek,
  • momentami basu jest zbyt wiele,
  • nie najłatwiejsze do napędzenia.

Sprzęt dostarczył:

Kod rabatowy kropka5 umożliwia zakup produktów ze sklepu Audeos ze zniżką w wysokości 5%.

REKLAMA
yulong

DODAJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here