FiiO FA19 to dziesięcioprzetwornikowe słuchawki armaturowe, które zostały zamknięte w obudowach z żywicznego druku 3D. Nowość ma zapewnić zarówno monitorowe, jak i rozrywkowe brzmienie, ponieważ zaimplementowano dwa tryby działania. Nie zabrakło także modularnego kabla z czystego srebra.

FiiO FA19 stanowią następcę modelu FA9, który ujrzał światło dzienne w 2020 roku. Od tego czasu sporo się zmieniło, bo w nowych słuchawkach zastosowano cztery przetworniki więcej, czyli łącznie dziesięć, a także przeprojektowano wbudowany korektor dźwięku. Co ciekawe został on mocno uproszczony, ponieważ zrezygnowano z trzech suwaków na każdej słuchawce na rzecz pojedynczych. Mamy zatem do wyboru tryby „Monitor” oraz „HiFi”. Uważam, że to dobry pomysł – starszy model oferował wiele konfiguracji, ale tylko niektóre były warte uwagi.

REKLAMA
final

Wątpliwości budzi natomiast cena nowych słuchawek, która wynosi aż 5200 zł, czyli FA19 są znacznie droższe nie tylko od hybrydowych FH9 (2700 zł), ale także trybrydowych FX15 (4000 zł). Wprawdzie do rekordzistów wciąż daleko, ale cenę trudno uznać za atrakcyjną, gdy mowa o słuchawkach wyposażonych jedynie w przetworniki armaturowe. Producent obiecuje jednak wyjątkowo głęboki bas za sprawą poczwórnych przetworników niskotonowych, powstałych we współpracy z Knowles, a także specjalnego tunelu basowego.

Sprawdziłem, jak brzmią FiiO FA19, co zmieniło się względem FA9 (2500 zł) oraz jak nowość wypada na tle FX15 (4000 zł) czy FH9 (2700 zł). Ponadto porównałem tytułowe słuchawki FiiO z innymi dokanałówkami klasy premium, czyli m.in. Campfire Audio Andromeda Emerald Sea (6600 zł) i Craft Ears Aurum (6300 zł). Zapraszam do lektury.

Wyposażenie

Zestaw zawiera:

  • 3 pary tipsów FiiO HS18 (rozmiary S, M i L);
  • 3 pary tipsów SpinFit (rozmiary S, M i L);
  • 3 pary tipsów Vocal (biało-czerwonych, rozmiary S, M i L);
  • 3 pary tipsów Balanced (szarych, rozmiary S, M i L);
  • 3 pary tipsów Bass (szaro-czerwonych, rozmiary S, M i L);
  • 2 pary tipsów dwukołnierzowych (rozmiar M);
  • 2 pary pianek termoaktywnych (rozmiar M);
  • etui na słuchawki;
  • pudełko na tipsy;
  • kabel MMCX z rzepem (srebro, ok. 120 cm);
  • wtyczki modularne (3,5 mm i 4,4 mm);
  • przyrząd do wypinania wtyków MMCX;
  • szczoteczkę do czyszczenia;
  • instrukcję obsługi.

Wyposażenie jest znane z modelu FX15, czyli wyjątkowo bogate. Producent nie żałował końcówek oraz gadżetów, a do dyspozycji jest ponownie srebrny kabel z modularnymi wtyczkami 4,4 mm oraz 3,5 mm (model LC-RD Pro 2022). Świetnie, bo to niejako prztyczek w nos konkurencji, która często żałuje akcesoriów i wymusza ich dokupowanie.

Z drugiej strony jak na mój gust tipsów jest za dużo. Nie dość, że ze słuchawkami otrzymujemy komplet SpinFitów, to w zestawie są także autorskie końcówki HS18, które w starszych modelach miały zastąpić te pierwsze. W pudełku znajdziemy też klasyczne końcówki FiiO, które moim zdaniem straciły już rację bytu, bo ustępują jakościowo SpinFitom i HS18. Uważam, że producent mógł już sobie je darować, łącznie z dedykowanym im plastikowym pudełkiem.

Konstrukcja

FiiO FA19 zostały wydrukowane w technologii DLP 3D, czyli metodą utwardzania polimerów światłoczułych. Z żywicy uzyskano także obudowy poprzednika, ale nowość ma tak naprawdę więcej wspólnego z modelem FX15 niż z FA9. Topowym armaturom nadano identyczny kształt, co trybrydom, ale zostało one nieznacznie powiększone, żeby dało się upakować wewnątrz wszystkie przetworniki, filtry, zwrotnice czy tunele. „Bebechy” słuchawek możemy sobie pooglądać, bo obudowy są półprzezroczyste, za wyjątkiem ozdobnych, metalicznych pokrywek.

Na szczycie obu słuchawek znajdują się otwory odpowietrzające oraz gniazda MMCX, a z tyłu znajdziemy wspomniane mikroprzełączniki – to wszystko elementy znane z FX15. Jednak tym razem suwaki nie służą do wyłączania przetworników, a zmiany trybu dźwięku. Nie obyło się też bez klasycznych tulejek z metalowymi siatkami na krańcach.

Kabel jest także wspólny z modelem FX15. Przewód składa się z ośmiu wiązek czystego srebra, które zabezpieczono szarą izolacją i skręcono parami w okrągły warkocz. Wtyczki MMCX, rozdzielacz z suwakiem oraz modularny wtyk wykonano oczywiście z metalu, a do tego ostatniego przygotowano dwa wkłady, czyli 3,5 mm oraz 4,4 mm. Znowu brakuje wtyku 2,5 mm, ale ten został już wyparty przez standard Pentaconn.

 

Jakość wykonania jest równie wysoka, co w przypadku FX15, a zarazem wyższa od FA9. Widać, że nastąpił znaczny progres w technologii druku z żywicy, bo na oko obudowy słuchawek są właściwie nieskazitelne. Dla porównania wewnątrz obudów FA9 było widać nieestetyczne pęcherzyki powietrza, a wątpliwości budziło także niejednorodne wykończenie. Nic takiego nie ma miejsca w FA19, które są ponadto niezwykle gładkie i przyjemne w dotyku.

Ergonomia i użytkowanie

W tym miejscu mógłbym właściwie przekleić opis ergonomii z testu modelu FX15, bo projekt obudów jest identyczny. W moim przypadku idealnie wypełniają one małżowiny uszne, w ogóle nie uciskają i perfekcyjnie się trzymają. Podczas długich odsłuchów nie narzekałem także na irytację skóry, problemy z wentylacją czy zasysaniem kanałów słuchowych. Inaczej mówiąc zapominałem, że mam słuchawki w uszach. Nie stanowiło problemu także to to, że FA19 odstają z uszu trochę mocniej od FX15 ze względu na większe obudowy.

Co ciekawe mimo identycznych obudów i tych samych tipsów, izolacja akustyczna jest gorsza od FX15. Model trybrydowy skuteczniej odcina od świata, miejskiego hałasu czy szumu wentylatorów lub oczyszczacza powietrza. Nawet stukot klawiatury mechanicznej jest tłumiony skuteczniej przez FX15-tki. To samo dotyczy FA9, także lepiej izolujących od następcy. Niemniej FA19 pozwalają już skupić się na muzyce, podcaście czy grze także w mniej sprzyjających warunkach, więc na co dzień byłem wciąż zadowolony z tłumienia.

Kabel mogę opisywać w samych superlatywach. Przewód jest odpowiednio ciężki i lejący się, więc bardzo dobrze się układa. Nie podpadają także zausznice, które mają optymalnie dobrany kształt, nie uciskają i nie wrzynają się w skórę, a do tego z powodzeniem eliminują efekt mikrofonowy, czyli nieprzyjemne dźwięki szurania czy stukania kabla. Suwak przy splitterze także spełnia swoje zadanie, a wymiana wtyczek modularnych jest bezproblemowa – łatwo je wykręcić i zamontować.

Podoba mi się, że zrezygnowano z wielu trybów dźwięku na rzecz dwóch. Teraz sprawa jest zero-jedynkowa, czyli fabrycznie słuchawki są dostarczane w konfiguracji „Monitor”, a pojedyncze mikroprzełączniki włączają tryb „HiFi”. Dla porównania w FA9 potrójne suwaki pozwalały bardziej precyzyjnie manipulować pasmami, bo do wyboru było kilka konfiguracji. Konieczne było jednak zapamiętanie sekwencji przełączników, a nie wszystkie tryby satysfakcjonowały, więc starsze rozwiązanie stanowiło niejako przerost formy nad treścią.

Specyfikacja

  • przetworniki: 2x podwójne Knowles HODVTEC (bas) + 2x Knowles ED (średnica) + 2x podwójne Knowles SWFK-31736 (wysokie tony)
  • pasmo przenoszenia: 20 Hz-40 kHz
  • impedancja: 10 Ω
  • czułość: 106 dB
  • kabel: srebro, MMCX > 3,5 mm/4,4 mm (ok. 120 cm)
  • masa: 7 g (pojedyncza słuchawka); 52,2 g (obie słuchawki z kablem, tipsami itd.)

Brzmienie

FA19 to najlepiej brzmiące słuchawki FiiO, co nie powinno zaskakiwać, wszak są one także najdroższe. Nowość oferuje zrównoważone, klarowne, ale muzykalne brzmienie w wysokiej rozdzielczości i nie rozczarowuje dynamiką, a do tego satysfakcjonuje reprodukcją basu. Gdybym zabrałbym się za odsłuchy w ciemno, bez wiedzy o oznaczeniu słuchawek i konfiguracji przetworników, najpewniej uznałbym, że FA19 to hybrydy. Nie znaczy to jednak, że słuchawki każdemu przypadną do gustu i wszystkich powalą na kolana – FA19 mają w sobie coś specyficznego.

FiiO FA19 – tryb „Monitor”
Fabryczna konfiguracja jest oczywiście tą bardziej zrównoważoną i wierniejszą. Nie ma jednak mowy o skrajnie technicznym, ściśle laboratoryjnym brzmieniu, bo FiiO FA19 to słuchawki brzmiące barwnie i gładko oraz dość przystępnie, więc nazwa trybu nie oddaje rzeczywistości. Właściwie FA19 stoją w sprzeczności ze stereotypowym dźwiękiem przetworników armaturowych – mocno zarysowanym, twardym czy wręcz konturowym. Ta gładkość jednak nie wszystkich przekona.

Niskie tony są sprężyste, głębokie i dość szybkie, bo satysfakcjonują atakiem, szybko wygasają, ale potrafią też masywniej się przelać. W trybie „Monitor” brzmienie nie jest jednak basowe, niskie tony są trzymane w ryzach, nie wychodzą przed szereg i z pewnością nie dominują nad średnicą, co często ma miejsce w hybrydach. Przekłada się to na zrównoważony dźwięk, czyli FA19 dla odmiany nie brzmią na planie liter „V” czy też „U”. W niskich tonach można wychwycić sporo detali, ale nie mają one priorytetu, bo bas ma gładki charakter. Traci na tym fakturowość, ale zyskuje muzykalność, więc werdykt zależy od gustu. Jak dla mnie bas jest trochę za miękki, mógłby być bardziej zróżnicowany.

Pasmo średnie kontynuuje charakter basu – jest zrównoważone, ale ma w sobie pewne ciepło i charakterystyczną gładkość. Dźwięk jest wciąż bezpośredni i wyrazisty, ale słuchawki brzmią dość muzykalnie i łagodnie, nie sprawiają wrażenia ostrych, konturowych czy wyżyłowanych. Na szczęście nie ma jeszcze efektu zamglenia czy woalu, brzmienie wciąż nie jest zgaszone czy przyciemnione, bo wyższa średnica jest na swoim miejscu. Można to ocenić dwojako – fani bezwzględnego, technicznego i neutralnego dźwięku mogą odebrać FA19 jako zbyt łagodne. Z kolei osoby, które zazwyczaj unikają armatur najpewniej docenią „dziewiętnastki”.

Wysokie tony są mocne, rozciągnięte i selektywne, więc doświetlają dźwięk, przekazują dużo detali w talerzach perkusyjnych, smyczkach, dęciakach czy wysokich wokalach. Efekt jest zaskakujący, bo FA19 brzmią jednocześnie klarownie i jasno, ale są przystępne w odbiorze – nie wzmacniają sybilizacji, nie syczą i nie męczą na dłuższą metę, a przynajmniej ja tak je odebrałem. W trakcie testów wykorzystywałem słuchawki także do gier komputerowych, co często nie jest możliwe, bo wiele audiofilskich modeli okazuje się brzmieć zbyt ostro. W przypadku FA19 problemu nie stwierdziłem.

Scena dźwiękowa jest świetna! FA19 budują szeroką przestrzeń, bo kontrastowo separują kanały dźwiękowe, więc scena ma elipsoidalny kształt, a instrumenty są eksponowane mocno na boki. Nie rozczarowują jednak głębia oraz wysokość, czyli przekaz jest trójwymiarowy. Efekt potęgują mocna separacja instrumentów oraz obfite napowietrzenie, bo pomiędzy instrumentami są duże dystanse. Holografia także satysfakcjonuje – źródła pozorne są punktowe, ale kształtne. Dotyczy to także basu, dość masywnego, mimo że nie podbitego.

FiiO FA19 – tryb „HiFi”
Tryb „HiFi” ma znaczny wpływ na brzmienie, ale nie zmienia zupełnie charakteru słuchawek. Uważam, że dodatkowy tryb mógłby nazywać się równie dobrze „Bass Boost”, bo dokładnie to możemy zaobserwować i właściwie tylko tyle się zmienia. Basu ewidentnie przybywa, więc brzmienie staje się bardziej efektowne i masywniejsze. Słuchawki w trybie „HiFi” zaczynają V-kować, bo pasmo średnie ustępuje niskim i wysokim tonom, więc przechyla się w stronę czysto rozrywkowego. Znowu można to ocenić dwojako.

Z jednej strony tryb „HiFi” zdumiewa basem. Jest go dużo, osiąga częstotliwości subbasowe, więc brzmi wibrująco, tłusto i gęsto, co rzadko się zdarza w słuchawkach armaturowych. Wrażenie robi też mocny, energiczny i kontrolowany atak, co powoduje, że bas staje się sprężysty i soczysty. Możemy więc z powodzeniem posłuchać ciężkiej elektroniki, rocka czy metalu, co nie zawsze jest możliwe w przypadku słuchawek bazujących na przetwornikach z kotwiczkami zrównoważonymi. Jak widać, nie potrzeba przetworników dynamicznych, żeby muzyka angażowała i sprawiała przyjemność.

Z drugiej strony tryb „HiFi” jednocześnie potęguje wadę niskich tonów, czyli ich ograniczoną fakturowość. Słychać, że brzmienie staje się napompowane, bas wychodzi przed szereg, ale nie przekazuje większej ilości informacji. Zatem mimo iż FA19 zaskakująco dobrze udają basowe hybrydy, to w praktyce nimi nie są, bo słuchawki z przetwornikami dynamicznymi potrafią lepiej różnicować bas. Muszę przyznać, że z czasem przestawało mi to przeszkadzać i dość szybko zaakceptowałem gładki charakter słuchawek. Przypomniałem sobie o tym ponownie, gdy zabrałem się za porównania z innymi modelami.

FiiO FA19 – porównania z FiiO FA9, FH9 oraz FX15
FiiO FA9 (2500 zł) brzmią zupełnie inaczej i to właściwie bez względu na konfigurację suwaków. Starszy model zdecydowanie bardziej zarysowuje dźwięk, bo brzmi konturowo i twardo. Słychać też, że brzmienie jest bardziej szare, mniej nasycone, a bas jest zdecydowanie skromniejszy. FA9 przegrywają także sceną dźwiękową – gorzej separują kanały, czyli nie potrafią zabrzmieć tak szeroko, jak FA19.

Słychać, że nastąpił olbrzymi progres w głębi basu, rozmiarach przestrzeni, ale także zmiana charakteru, ponieważ FA19 to słuchawki bardziej muzykalne i mniej surowe w przekazie. Z drugiej strony poprzednik brzmi bardziej technicznie i precyzyjnie, bo prezentował muzykę niczym szkic. Jestem pod wrażeniem tego, co można wyciągnąć z przetworników armaturowych, ale chciałbym, żeby FA19 miały więcej wspólnego z FA9, brzmiały ciut twardziej/mniej gładko.

Więcej podobieństw można wychwycić w dźwięku FH9, ale FA19 nie są ich armaturowym odpowiednikiem. W fabrycznej konfiguracji „dziewiętnastki” brzmią równiej, ponieważ bliżej w średnicy, a także trochę mocniej w sopranie. FH9 są więc bardziej efektowne, ale mniej wierne. Co innego, że „dziewiątki” można przestrajać filtrami i wtedy uzyskać albo ciemniejsze i bardziej basowe strojenie, albo klarowniejsze. FA19 wygrywają jednak sceną, a w szczególności stereofonią.

Z drugiej strony w FH9 bas robi lepsze wrażenie – niskie tony także są muzykalne i efektowne, ale trochę bardziej zróżnicowane i zwarte, co zawdzięcza się dedykowanym przetwornikom niskotonowym. Hybrydy FiiO brzmią mniej „wooferowo”, więc bas sprawia wrażenie bardziej naturalnego, a nie sztucznie podbitego, jak w FA19. Zatem mimo pewnej przewagi jakościowej modelu FA19, FiiO FH9 nie są deklasowane. Ponadto hybrydy wymagają mniejszego wydatku(2700 zł vs 5200 zł), co także przemawia na ich korzyść.

FX15 mają pewne cechy wspólne z FA19, bo także brzmią gładko, trzymają bas w ryzach, nie wycofują średnicy i mogą pochwalić się klarowną górą pasma. FA19 są jednak lepiej zrównoważone, bo w FX15 siłą rzeczy pewien akcent pada na elektrostaty, a niskie tony są skromniejsze. Tak, trybrydowe FX15 generują płytszy bas od w pełni armaturowych FA19 i to także w trybie „Monitor”. W przypadku FX15 istnieje jednak możliwość wyłączenia elektrostatów, ale wtedy otrzymujemy hybrydy z dynamikami i pojedynczymi armaturami, które brzmią mdło i nie mają szans z FA19.

Lubię FX15, bo to miła odmiana od V-kujących słuchawek FiiO i nie tylko. Doceniłem też wpływ przetworników elektrostatycznych, ale w tej konfiguracji postawiłbym na FA19. Nowe słuchawki mają właściwie wszystko to, co FX15, ale potrafią wygenerować masywniejszy oraz pełniejszy bas i mocniej różnicują średnicę. Z tego powodu rozważałbym dopłatę do FA19 względem FX15. Różnica w cenie jest spora (5200 zł vs 4000 zł), ale w zamian dostajemy mniej kompromisowe dokanałówki.

FiiO FA19 – porównania z Campfire Audio Andromeda Emerald Sea, Craft Ears Aurum i FiR Audio E12
Następnie sięgnąłem po modele pozycjonowane wyżej. Rozpocząłem od emeraldowych Campfire Audio Andromeda, czyli również w pełni armaturowych słuchawek, ale „jedynie” pięcioprzetwornikowych. Andromedy także mają w sobie pewną gładkość, ciepło i nie brzmią anemicznie w basie, ale ich brzmienie jest zdecydowanie bliżej do typowych armatur, bo mniej barwne, nie tak wygładzone i bardziej zarysowane. Ponadto Andromeda Emerald Sea mają mniej wyższej średnicy i góry pasma, więc brzmią łagodniej.

W rezultacie FA19 wygrywają głębszym basem, barwniejszą średnicą i swobodniej rozciągniętą górą, a do tego brzmią w scenie szerzej. Nie można też zapomnieć o drugim, bardziej basowym trybie „HiFi”. W dźwięku armatur FiiO nie wychwytuję też tego dołka w wyżej średnicy, na który narzekałem w najnowszych Andromedach. Ponadto FA19 są tańsze (5200 zł vs 6600 zł), więc to moim zdaniem lepszy wybór. Nie znaczy to jednak, że Andromedy tracą rację bytu – fani twardszego, bardziej wyrazistego i tym samym mniej wygładzonego dźwięku postawią znak wyższości przy słuchawkach Campfire Audio.

Byłem niezmiernie ciekawy porównania z Craft Ears Aurum, testowanymi niedawno trybrydami, które urzekły mnie gładkim, muzykalnym i rozdzielczym brzmieniem. Tak, oba modele mają ze sobą sporo wspólnego, ale Aurum brzmią twardziej w niskich tonach, które mocniej różnicują, podobnie jak pasmo średnie. W dźwięku słuchawek Craft Ears słychać też więcej energii, bo Aurum popisują się dynamiką. Przy nich FA19 sprawiają wręcz wrażenie lekko rozmytych i mniej angażują. Za rodzimymi słuchawkami przemawia także scena dźwiękowa, jeszcze szersza, a wręcz rozerwana na połówki. Zaznaczam jednak, że testowałem model Aurum z lepszym, miedzianym kablem modularnym.

FA19 mają jednak asa w rękawie w postaci dodatkowego trybu, który docenią fani mocniejszego basu. Bohater testu jest też tańszy, bo polskie trybrydy kosztują około 1000 zł więcej w standardowej konfiguracji, czyli ze zwykłym, niesymetrycznym kablem. Zatem Aurum są lepsze technicznie, ale wymagają wyraźnie większego wydatku. Gdybym miał jednak zignorować ceny, to postawiłbym na Aurum – trybrydy przekonały mnie muzykalnym, barwnym, dynamicznym i także gładkim brzmieniem, ale mimo wszystko bardziej zróżnicowanym.

Na koniec sięgnąłem po dość kontrowersyjne słuchawki, bo hi-endowe, a bazujące na pojedynczych przetwornikach dynamicznych. Mowa o FiR Audio E12, które o dziwo brzmią twardziej, mocniej zarysowują brzmienie i lepiej różnicują instrumenty operujące basem oraz średnicą. W bezpośrednim porównaniu FA19 to słuchawki gładsze, mniej wyraziste i albo ciut mniej basowe (tryb „Monitor”), albo masywniejsze w niskich rejestrach od E12-tek (tryb „HiFi”). FA19 to tym samym słuchawki jaśniejsze od FiR Audio E12. W modelu E12 wyższa średnica pasma nie jest tak klarowna, a góra nie rozbrzmiewa tak swobodnie, jak w FA19.

Zatem FiiO FA19 to multiarmatury, które z powodzeniem podrabiają hybrydy, a FiR Audio E12 są słuchawkami dynamicznymi, mogącymi walczyć ze znacznie bardziej zaawansowanymi konfiguracjami. Z tego powodu oba modele są warte uwagi, ale FiR Audio E12 kosztują aż kilka tysięcy więcej od FA19. Wyceniono je na 1800 USD, co bez uwzględniania wysyłki i wszelkich opłat importowych daje 7400 zł.

FiiO FA19 – synergia
FiiO FA19 mają pewne wymagania od źródła. Po pierwsze słuchawki są jedynie 10-omowe, a więc lepiej unikać odtwarzaczy czy kombo o wysokiej impedancji wyjściowej. Po drugie należy zwrócić uwagę na synergię. Tak naprawdę słuchawki nie są specjalnie wymagające w tym aspekcie, ale nie polecam źródeł akcentujących górę pasma – słuchawki nie potrzebują rozjaśniania. Według mnie najlepsze efekty dadzą też odtwarzacze brzmiące twardziej, czyli te mocniej zarysowujące dźwięk.

Na ironię nie są to odtwarzacze FiiO, bo w charakterze M17, M15s czy nawet M23 także słychać pewną gładkość i miękkość. Wprawdzie rezultaty nadal satysfakcjonowały z każdym z trzech odtwarzaczy, a FA19 wykorzystały też potencjał M17-tki, bo zabrzmiały z nim najbardziej przestrzennie i dynamicznie. Niemniej to Astell&Kern Kann Max skontrował gładkość słuchawek, nadał im twardszego, bardziej wyrazistego charakteru i to z nim FA19 słuchało mi się najlepiej.

Mam dobrą wiadomość dla posiadaczy wydajnych sprzętów – FiiO FA19 nie są wrażliwe na szum. Sygnał był satysfakcjonująco czysty z odtwarzaczy FiiO M17 czy Kann Max, gdy korzystałem z wyjść 4,4 mm na niskim poziomie podbicia. To dodatkowa zaleta „dziewiętnastek” na tle opisywanych wcześniej modeli, jak Campfire Audio Andromeda Emerald Sea czy FiR Audio E12, słuchawek zdecydowanie bardziej wrażliwych na czystość sygnału.

Podsumowanie

FiiO FA19 nie są typowymi armaturami. Producent wykonał je solidnie i nadał im ergonomiczny kształt, który w mojej ocenie świetnie odpowiada strukturze małżowin usznych. Razem ze słuchawkami otrzymujemy też bogaty zestaw akcesoriów oraz świetny, modularny kabel, który nie podpada ani użytkowo, ani sonicznie. Doceniłem także uproszczony korektor dźwięku, bo standardowy tryb jest uniwersalny, a ten dodatkowy bardziej basowy, co pozwala łatwo dostosować dźwięk do repertuaru czy nastroju. Brzmienie robi wrażenie – niskie tony są zaskakująco głębokie, pasmo średnie barwne i bezpośrednie, a góra pasma wyrazista, ale nie ostra. Wisienkę na torcie stanowi szeroka, holograficzna scena dźwiękowa.

Mam pewne zarzuty odnośnie FA19. Szkoda, że słuchawki tłumią słabiej od FA9 czy FX15, a brzmienie nie jest trochę twardsze. Wprawdzie gładkość FA19 można ograniczyć odpowiednio dobranym odtwarzaczem, ale mimo wszystko chciałoby się bardziej zróżnicowanej faktury, a szczególnie instrumentów operujących basem. Uważam też, że w zestawie jest za dużo tipsów i ogólnie tworzyw sztucznych.

FiiO FA19 kosztują 5200 zł, a przynajmniej za tyle możne je aktualnie zamówić z zagranicy, bo na tę chwilę nowość nie jest jeszcze dostępna w Polsce. Jeśli mamy spory budżet, to słuchawki warto sprawdzić, bo w ich charakterze można się zakochać. Mnie modelu FA19 słuchało się przyjemnie, ale preferuję trochę bardziej zarysowany dźwięk z mocniej zróżnicowanym basem, więc osobiście szukałbym hybryd czy też trybryd.

Zalety:
+ bogate wyposażenie
+ solidne wykonanie
+ estetyczne wzornictwo
+ wysoka ergonomia
+ świetny kabel
+ modularne wtyczki
+ dwa, użyteczne tryby dźwięku
+ niewrażliwe na czystość sygnału
+ głęboki bas, barwne tony średnie i klarowna góra pasma
+ duża, trójwymiarowa scena dźwiękowa

Wady:
– izolacja akustyczna mogłaby być lepsza
– przeciętne zróżnicowanie niskich tonów
– trochę za gładki dźwięk
– zbyt dużo tipsów w zestawie

Sprzęt dostarczył:

fiio

REKLAMA
hifiman

DODAJ KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj