Deva to nowe słuchawki HiFiMAN-a, które mogą działać analogowo, przez Bluetooth, jak i przez interfejs USB. Są planarne i wokółuszne, mają konstrukcję otwartą i zostały wyposażone w dodatkowy adapter bezprzewodowy Bluemini.

Przetestowałem niedawno stacjonarne słuchawki HiFiMAN Sundara, które zachwyciły mnie wzornictwem, ergonomią oraz brzmieniem. Teraz przyszła pora na sprawdzenie nowości azjatyckiego producenta, podobnie wycenionych i również otwartych słuchawek planarnych, czyli HiFiMAN Deva. Ze słuchawek można korzystać na trzy sposoby – podłączyć je zwykłym kablem analogowym, sparować za pomocą interfejsu Bluetooth z obsługą kodeków aptX, aptX HD oraz LDAC lub połączyć kablem USB typu C. Dzięki temu słuchawki mogą być napędzane ze stacjonarnego wzmacniacza, bezprzewodowo ze smartfona lub za pomocą połączenia USB z ultrabookiem. Sprawdźcie, czy Deva to logiczny krok naprzód i dobry następca modelu Sundara, czy jednak coś zupełnie innego.

REKLAMA
mp3store

Wyposażenie

Słuchawki są zapakowane podobnie do modelu Sundara – Deva również spoczywają bezpiecznie w dużym pudełku z piankową formą, która została wyścielona aksamitnym materiałem.

Zestaw składa się z:

  • kabla analogowego 3,5 mm (195 cm);
  • adaptera 6,3 mm;
  • kabla cyfrowego USB typu A-USB typu C (190 cm);
  • adaptera Bluemini;
  • instrukcji obsługi;
  • karty gwarancyjnej.

Konstrukcja

Mimo że Deva, podobnie jak Sundara, również wpisują się w minimalistyczny trend, to tym razem konstrukcja jest bardziej efektowna – kształty są trochę nowocześniejsze, a matową czerń zastąpiono srebrem oraz jasnym brązem. W efekcie Devy rzucają się w oczy, prezentują się bardziej prestiżowo. Przyznaję, że wolę wzornictwo modelu Sundara, nie przepadam za takim zestawieniem barw, ale to kwestia gustu, bo słuchawki są i tak atrakcyjne wizualnie. Szkoda jednak, że producent nie zdecydował się na drugą, bardziej dyskretną wersję kolorystyczną.

Musze są również okrągłe, ale tym razem bardziej owalne i zaoblone. Zrezygnowano też z aluminium na rzecz tworzywa sztucznego, gładszego w dotyku, mniej surowego i tym samym lżejszego. Inna jest także maskownica, bo grill z modelu Sundara zastąpiono perforowanymi pokrywkami. Obie strony zdobią znaczki producenta, ale tym razem gniazdo 3,5 mm jest tylko na lewej muszli.

Na pierwszy rzut oka nauszniki wyglądają podobnie do tych z modelu Sundara, bo są również kątowe i hybrydowe – zostały od zewnątrz obszyte sztuczną skórą, a na rancie siatką. Okazuje się jednak, że materiały są bardziej szorstkie, a wnętrza padów nie są już perforowane – wypełnia je gąbka zamiast pianki pamięciowej. Mam też wrażenie, że materiały skóropodobne oraz siateczki są trochę niższej jakości od tych z modelu Sundara, bo wyglądają bardziej sztucznie.

Widełki pałąka są już aluminiowe, mają kształt proc i zostały przytwierdzone do słuchawek śrubami z płaskimi łbami. Pozwalają one na ruch słuchawek na boki oraz w pionie. Widełki są także rozsuwane, a na każdą ze stron przypada osiem skoków. Opaska pałąka jest obustronna i masywna, a od spodniej strony została wypełniona grubą warstwą gąbki. Pałąk spinają dwa, plastikowe elementy ozdobione od zewnątrz logo modelu, a od wewnątrz oznaczeniami kanałów. Dla porównania w modelu Sundara zastosowano zupełnie inny, hybrydowy pałąk z podwieszoną opaską.

Kable z zestawu mają grube i elastyczne izolacje. Ten analogowy ma plastikowe wtyczki i pozłocone końcówki, prostą wpinaną w słuchawki oraz kątową zwieńczającą przewód. Kabel USB posiada zaś smukłe, ale także plastikowe wtyki USB typu A oraz USB typu C. Świetnie, że producent postawił na „nowy” standard złącza, bo nie wybaczyłbym, gdyby zastosowano przestarzałe micro USB.

Ciekawie prezentuje się adapter Bluetooth, wykonany z matowego tworzywa sztucznego. To zewnętrzny, łukowaty moduł, który został przystosowany do wpięcia w lewą muszlę. Ma zbalansowaną wtyczkę 3,5 mm oraz specjalną blokadę/klips, wyłożony warstwą pianki i ozdobiony logo producenta. Na urządzeniu można dostrzec dwa przyciski, gniazdo USB typu C, diodę oraz otwór z mikrofonem.

Wykonanie słuchawek jest dobre. Szkoda, że tym razem muszle nie są aluminiowe, ale tworzywa zostały wzorowo obrobione, są sztywne i przyjemne w dotyku. Konstrukcja jest dobrze spasowana, a pady i opaska są zszyte precyzyjnie. Moim zdaniem w tym aspekcie Sundary górują, robiąc większe wrażenie metalowymi muszlami, ale Devy wcale im mocno nie ustępują.

Ergonomia i użytkowanie

Rozumiem zastosowanie trochę innej konstrukcji i zrezygnowanie z aluminium na rzecz muszli z tworzyw sztucznych – Deva mają być bardziej uniwersalne, a tym samym mobilne. W efekcie uproszczono pałąk i odciążono konstrukcję, bo Deva są lżejsze od modelu Sundara o… całe 12 g – ważą 360 g. To niewielka różnica, ale trzeba wziąć pod uwagę, że moduł Bluemini to dodatkowe 25 g, więc producent starał się jak najbardziej odchudzić samą konstrukcję, by dało się komfortowo korzystać ze słuchawek z wpiętym adapterem Bluetooth.

Ergonomia jest jednak bardzo dobra. Nauszniki modelu Deva nie są tak miękkie, jak w Sundarach, ale za to nacisk pałąka jest mniejszy, zatem słuchawki nie ugniatają głowy, policzków czy styku szczęk. Pady równo przylegają i dobrze dostosowują się do kształtu twarzy, a słuchawki nadal pewnie trzymają się głowy. Regulacja rozmiaru jest szeroka, ja rozsuwałem pałąk jedynie na drugi poziom z ośmiu dostępnych, więc Devy powinny pasować zarówno na małe, jak i na większe czaszki. Sam moduł Bluemini nie dawał się we znaki, nie czułem dodatkowego ciężaru.

Trzeba jednak pamiętać, że konstrukcja jest pełnowymiarowa, czyli wokółuszna. Dzięki temu pady swobodnie okalają małżowiny uszne, ale Devy nie są sensu stricto mobilne. Typowe, przenośne słuchawki są zazwyczaj dużo mniejsze i składane, a do tego zamknięte. Devy to jednak otwarta konstrukcja, która praktycznie w ogóle nie przytłumia otoczenia i tym samym mocno „przecieka” – muzykę słyszą wszyscy dookoła. W praktyce słuchawki pozwalają na użytek mobilny, ale raczej… stacjonarnie, czyli w domu lub hotelu. Nie wyobrażam sobie korzystania z nich w podróży czy na spacerze w mieście, bo wówczas zewnętrzny hałas odbierze jakąkolwiek przyjemność z muzyki.

Funkcjonalność jest wysoka. Deva mogą służyć podłączone do stacjonarnego sprzętu lub odtwarzacza. Mają gniazdo 3,5 mm TRRS, więc mimo że w zestawie jest kabel z końcówką 3,5 mm, to można wyposażyć się także w przewód zbalansowany. W to samo gniazdo wpina się adapter Bluemini, który pewnie blokuje się o wcięcie w muszli. Bez problemu sparowałem adapter ze smartfonem OnePlus 7 Pro i z powodzeniem korzystałem z kodeka LDAC. Nie miałem powodów do narzekania na jakość rozmów, zasięg czy stabilność połączenia, ale nadal trzeba mieć ze sobą smartfona, jeśli chcemy przemierzać większe odległości np. w hotelu.

Szkoda tylko, że dioda na adapterze Bluetooth jest tak jasna i po zmroku zachowuje się wręcz jak lampka. Przydałaby się też bardziej precyzyjna regulacja głośności, ponieważ pojedyncze skoki są trochę za duże – zdarza się, że jeden jest zbyt cichy, a następny już za głośny, co jest niestety częstym problemem w sprzęcie Bluetooth. Mile widziane byłyby również przyciski do sterowania muzyką oraz głośnością, tymczasem do tych czynności trzeba wykorzystywać smartfona.

Bardzo podoba mi się opcja słuchania przez USB. W ten sposób można podłączyć słuchawki np. do laptopa wyposażonego w wątpliwej jakości moduł Bluetooth, który nie obsługuje dodatkowych kodeków audio. Świetnie, że producent zaimplementował przycisk pozwalający wyłączyć ładowanie modułu Bluemini, co wydłuży żywotność akumulatora urządzenia, oszczędzi akumulator laptopa lub smartfona i tym samym odetnie nas od często „brudnego” zasilania z USB. By wyłączyć ładowanie należy jednak wcisnąć dedykowany przycisk na dwie sekundy przed podłączeniem słuchawek przez USB, nie można tego dokonać już w trakcie korzystania z nich. Uwaga, przez USB głośność jest domyślnie ustawiona na 100%!

Adapter może działać 7-10 godzin na jednym ładowaniu, gdy korzystamy z trybu Bluetooth i 4-5 godzin, gdy słuchamy ich przez USB z wyłączonym ładowaniem. Będzie to zależało od głośności i używanego kodeka, w moim przypadku czasy działania były bliżej tych niższych wartości.

Specyfikacja

HiFiMAN Deva

  • przetworniki: magnetoelektryczne, planarne
  • pasmo przenoszenia: 20 Hz-20 kHz
  • czułość: 93,5 dB
  • impedancja: 18 Ω
  • kabel analogowy: 195 cm, wtyczka 3,5 mm + adapter 6,3 mm
  • kabel USB: 190 cm, USB typu A-USB typu C
  • masa: 360 g

HiFiMAN Bluemini

  • interfejsy: Bluetooth 4.2 i USB typu C
  • wsparcie dla kodeków: SBC, AAC, aptX, aptX HD, LDAC
  • obsługa: 24 bit/192 kHz (przez USB)
  • pasmo przenoszenia: 20 Hz-20 kHz
  • moc wyjściowa: 230 mW
  • THD: <0,1%
  • SNR: 95 dB
  • czas działania: 7-10 godzin (Bluetooth), 4-5 godzin (USB)
  • masa: 25 g

Brzmienie

  • Słuchawki: Audeze LCD-2 (Double Helix Fusion Complement4), Dan Clark Audio Ether 1.1 (Forza AudioWorks HPC Mk2 i DUM), HiFiMAN Sundara, Sennheiser HD 6XX, AKG K612 Pro, Focal Spirit Professional
  • DAC/AMP i wzmacniacze: DAART Aquila i Canary II, Burson Playmate Everest, FiiO Q5s (AM3E), FiiO BTR5 i BTR3K, EarStudio ES100 i HUD100, Oriolus BD20, BA20 i 1795
  • DAP: FiiO M15 i M11 Pro, Astell&Kern AK70 MKII, iBasso DX220 (AMP1 MKII) i DX200 (AMP1), OnePlus 7 Pro
  • Okablowanie: Forza AudioWorks Copper Series, Klotz, Canare Starquad

HiFiMAN Deva w trybie Bluetooth
Odsłuchy rozpocząłem od trybu Bluetooth, czyli z adapterem Bluemini. Kiedyś nigdy bym nie uwierzył, że duże planary będzie można napędzić z niepozornego urządzenia wpiętego bezpośrednio w muszlę, a jednak – Deva z adapterem Bluetooth brzmią donośnie, przestrzennie i w wysokiej rozdzielczości. Słychać trochę bardziej efektowny charakter, ale nie zrozumcie mnie źle – nadal daleko do typowego, V-kowego grania znanego ze słuchawek konsumenckich. Bas nie zalewa muzyki, brzmienie nie jest zbitą masą, słuchawki brzmią neutralnie, może lekko chłodno, są niezwykle bezpośrednie i szczegółowe, a do tego selektywne. Jest w nich coś technicznego, raczej analitycznego, ale przy tym brzmią dość przystępnie i barwnie, a tym samym nadal angażująco.

Bas jest raczej liniowy, ale nie został mocno podbity. Słuchawki osiągają częstotliwości subbasowe, potrafią lekko zawibrować, ale niski dół także nie jest zaakcentowany. Moim zdaniem Devy z adapterem Bluemini nie są słuchawkami wyjątkowo dociążonymi, nie brzmią gęsto i masywnie. Dla porównania mobilne słuchawki Bluetooth od Bose, Sennheisera czy Sony pompują znacznie większe ilości basu. Devy stawiają raczej na jakość, bo dół jest dynamiczny, świetnie zróżnicowany, szczegółowy i sprężysty. Z przyjemnością śledziłem poczynania basistów, wsłuchiwałem się w drżenie strun kontrabasu, uderzenie perkusyjnej stopy czy niski, wibrujący fortepian. Nadal da się posłuchać zarówno starszych, lżejszych, jak i nowszych oraz bardziej efektownych brzmień. Nie można jednak liczyć na wyjątkowo głębokie i obfite brzmienie w nowoczesnej elektronice czy masywne granie w ciężkim rocku i metalu. Audiofil doceni przekaz basu, zaś meloman może czuć niedosyt w jego ilości.

Pasmo średnie jest neutralne i także liniowe, ale nie zostało wypchnięte. Mam wrażenie nieznacznego wycofania, ale nazwanie sygnatury mianem V-kującej byłoby przesadą. To jakby scenicznie odsunięta średnica, która nadal pozostaje klarowna, ciągle blisko przekazuje wokale i wszelkie instrumenty, ale jest tym samym bardzo wyrazista, wręcz krystaliczna. Rozdzielczość jest również wysoka, żaden detal nie schowa się przed słuchaczem, słuchawki rozkładają muzykę na czynniki pierwsze. Podzakresy niższy i wyższy mają podobny priorytet, dźwięk nie został ani mocno ocieplony i złagodzony, ani przesadnie wyostrzony w wyższych rejonach średnicy. Brzmienie jest jasne, techniczne, nie uświadczymy krzty przyciemnienia, zamulenia czy zgaszenia dźwięku – nie ma najmniejszego dystansu do muzyki. Co ciekawe mimo raczej analitycznego charakteru, nie brakuje barw i nasycenia – słuchawki nie brzmią sucho, surowo czy szaro.

Góra jest zaakcentowana i tym samym mocno rozciągnięta. Słychać w niej lekki chłodek, mocno doświetla ona brzmienie, nadaje muzyce wyjątkowo klarownego charakteru. Co ciekawe uzyskano to bez sykliwości, przesadnej ostrości – dźwięk jest bardzo jasny, ale nie męczy, nie osacza i nie irytuje. Byłem wielokrotnie skonsternowany, słuchawki sprawiały wrażenie chłodnych i zbyt jasnych, ale nie miało to negatywnych konsekwencji. Nie czułem zmęczenia, Devy nie kłuły uszu, pozostawały przystępne w odbiorze, mimo krystalicznego dźwięku. Świetnie słuchało się smyczków, talerzy perkusyjnych, wysokich wokali, solówek gitarowych czy instrumentów dętych. Dźwięk nie był do końca naturalny, wszystko brzmiało bardziej wyraziście i czysto, niż w rzeczywistości, ale nie odbierało to przyjemności z muzyki.

Adapter Bluemini jest zbalansowany, co łatwo wychwycić – scena jest duża, separacja kanałów kontrastowa, a powietrza mnóstwo. Nie ma jednak wrażenia faworyzacji stereofonii nad głębią czy wysokością, bo przestrzeń jest kulista i trójwymiarowa – instrumenty eksponowane są w różnych punktach, nie zlewają się w całość, a dystans pomiędzy nimi jest duży. Źródła pozorne są dość kształtne i spore, pierwszy plan jest blisko, a tło jest czarne, co w połączeniu z otwartą konstrukcją daje wrażenie zawieszenia instrumentów w przestrzeni. Muzyka nie jest ani wbijana w centrum głowy, ani usilnie z niej wyciągana. Brzmienie jest niezwykle bezpośrednie – miałem wrażenie, że podłączam słuchawki w mózg, że ignorują one małżowiny uszne. Muzyka nie dobiegała z zewnątrz, wydawało mi się, że jestem w niej zanurzony.

HiFiMAN Deva w trybie USB
Brzmienie przez USB nie jest identyczne w porównaniu do trybu Bluetooth, ale bardzo podobne. Na tyle, że ponowny opis poszczególnych pasm nie ma sensu. Uważam jednak, że słuchawki brzmią trochę lepiej, gdy podłączymy Bluemini nie za pomocą interfejsu Bluetooth, a kabla USB z zestawu. Dźwięk robi się wtedy mniej nowoczesny i efektowny, a bardziej audiofilski i zrównoważony. Słychać mocniejszy kontur, jeszcze bardziej precyzyjne i zarysowane brzmienie.

Przez USB słuchawki stają się bardziej naturalne i tym samym trochę łagodniejsze. Słychać mniej chłodu, więc po USB charakter dźwięku robi się neutralny, lepiej zrównoważony, wręcz idealnie liniowy. „Po USB” bas sprawiał wrażenie bardziej dociążonego, średnica była bliższa, a góra nadal zapierająca dech w piersiach, ale nieznacznie spokojniejsza, mniej wybijająca się ponad przekaz. Dźwięk jest jednak nadal krystalicznie czysty, i to dosłownie. Mimo dość analitycznego przekazu, ponownie nie brakuje barw i nasycenia instrumentów czy wokali, więc słuchawki są jednocześnie muzykalne.

Przez USB rozdzielczość również zachwyca. Detali jest multum, dźwięk prezentowany jak na dłoni, bez najmniejszego dystansu czy woalu. Jest rześko, jasno, wyraziście i przestrzennie – również szeroko, głęboko i wysoko. Pierwszy plan jest nadal blisko słuchacza, ale scena wydaje się być znowu nieograniczona, instrumenty są zawieszane gdzieś poza słuchawkami. Nie brakowało też mocy – gdy przez Bluetooth potrzebne było 50-60% skali głośności, to w trybie USB wystarczało 30-40% do komfortowych odsłuchów.

HiFiMAN Deva w trybie analogowym i synergia
Nie wiedziałem czego spodziewać się po podłączeniu słuchawek kablem analogowym do odtwarzaczy, innych adapterów Bluetooth czy stacjonarnych wzmacniaczy zintegrowanych. Bluemini zaoferował na tyle wysoką rozdzielczość przez Bluetooth i zrównoważony, bardziej naturalny dźwięk po USB, że nie sądziłem, że w przypadku połączeń analogowych może być dużo lepiej

Okazało się, że charakter słuchawek wcale mocno się nie zmienił, że adapter Bluetooth jest stosunkowo neutralny. Producent bez wątpienia się postarał, Bluemini wcale nie jest tylko gadżetem z zestawu, połączenia analogowe nie deklasują tych cyfrowych. W przypadku podłączenia kablem 3,5 mm z zestawu słuchawki brzmią więc również klarownie, jasno, przestrzennie i bezpośrednio. Słychać po prostu dodatkowo narzut samego sprzętu, sygnaturę dźwiękową urządzeń.

W efekcie słuchawki zabrzmiały technicznie i klarownie z FiiO M11 Pro, dociążyły się z iBasso DX200 czy DX220 oraz były łagodniejsze i masywniejsze z FiiO M15. Zareagowały na gładki, masywny i w miarę zrównoważony charakter Bursona Playmate Everest, jak i doceniły nowego Yulonga DAART Aquila II, dociążonego, przestrzennego i rozdzielczego, ale muzykalnego. Devy w żadnej konfiguracji nie stawały się basowe, ciągle brzmiały uparcie krystalicznie, analityczne i bezpośrednio, trzymały się swojego charakteru. Synergią da się je zmodulować na tyle, że zabrzmią uniwersalniej i łagodniej. Wtedy poradzą sobie lepiej z dubstepem, trance’em, muzyką drum and bass czy cięższym graniem gitarowym. Nie zrobimy z nich jednak „basotłuków”, nie podbijemy mocno dołu i raczej mocno ich nie przyciemnimy. Owa klarowność to niejako ich cecha immanentna, integralna, wpisana w charakter dźwięku – jeśli nam nie pasuje, to raczej się jej nie pozbędziemy.

Do użytku analogowego warto rozważyć zakup kabla zbalansowanego. Co prawda przy użyciu kabla z wtyczką 3,5 mm nadal nie brakuje przestrzeni, ale separacja kanałów jest trochę mniej kontrastowa, niż z adapterem Bluemini. Nie zdziwię się jednak, jeśli nabywca modelu Deva w ogóle zrezygnuje z połączeń analogowych – mnie przez USB słuchało się ich tak dobrze, że wcale nie czułem potrzeby korzystania ze wzmacniaczy czy odtwarzaczy. Devy można więc potraktować jako swoiste słuchawkowe all-in-one, korzystać jedynie z adaptera Bluemini i zapomnieć o dodatkowych urządzeniach czy szukaniu synergii.

HiFiMAN Deva vs Sundara i inne słuchawki
Po wstępnych porównaniach w połączeniach analogowych, stwierdziłem, że wolę Sundary, że są lepsze, bo brzmią trochę łagodniej, bardziej gładko i bliżej w niskiej średnicy, a do tego przestrzenniej, gdyż stawiają pierwszy plan dalej, stąd scena wydaje się być szersza, nawet w połączeniach niesymetrycznych. Sundary wydały mi się bardziej muzykalne, przystępniejsze w odbiorze, mimo również klarownego przekazu góry. Jednak z każdym kolejnym porównaniem nie byłem już tak pewny wyższości jednego modelu nad drugim, coraz bardziej doceniałem charakter modelu Deva i znacznie trudniej było mi jednogłośnie wyłonić faworyta.

Słychać, że Deva to dzieło tego samego producenta, da się wychwycić podobieństwa takie, jak również bezpośredni charakter, precyzyjny kontur dźwięku i multum detali. Okazuje się jednak, że Deva są trochę bardziej dociążone w basie, brzmią pełniej i swobodniej schodzą w subbas, a tego właśnie brakowało mi w Sundarach. Basu nadal nie ma dużo więcej, ciągle nie jest on wyjątkowo głęboki, ale już nie wygasa tak szybko, jak w modelu Sundara – zostaje on dłużej w muzyce, więc lepiej dociąża dźwięk, ale jest przy tym równie szybki i kontrolowany. Devy brzmią dzięki temu jakby pełniej od Sundara, bardziej kształtnie w niskich tonach. Ponadto okazało się, że średnica jest bardziej neutralna w Devach – jest równiejsza, a brzmienie, mimo iż pozornie jaśniejsze, jest trochę łagodniejsze. Trudno to opisać, ale w bezpośrednim porównaniu góra modelu Deva sprawiała wrażenie mniej wyostrzonej, co jest dziwne, bo nowsze słuchawki brzmią w ogólnej ocenie jaśniej, bardziej technicznie i bezpośrednio od modelu Sundara. To moim zdaniem efekt bardziej liniowego przekazu góry w Devach – podpasma tego jest całościowo więcej, ale jest ono bardziej zrównoważone. W Sundarach góry jest mniej, ale jest tam pewien „peak”, lekkie podbicie, przez które słuchawki są mniej przystępne w sopranie.

Po kilku tygodniach używania na zmianę obu modeli, nie byłem już w stanie wskazać lepszych słuchawek, z obu korzystało mi się równie dobrze. Sundary i Devy są podobne, a zarazem inne, ale jedne i drugie robią równie dobre wrażenie, nie odstają od siebie jakościowo. Sundary polecam fanom muzykalnego, bezpośredniego, przestrzennego i szczegółowego brzmienia, gustującym w spokojniejszej muzyce, chcącym się zrelaksować, ale nie kosztem rozdzielczości. Devy to z kolei propozycja dla osób lubiących liniowy dźwięk z ciut głębszym i swobodniejszym basem, klarowny i bezpośredni przekaz z mnogością detali, bardziej analityczny, jaśniejszy, nowoczesny, ale ciągle angażujący dźwięk. To słuchawki, które są bardziej techniczne, ale i tak sprawiają mnóstwo frajdy z rozkładania muzyki na czynniki pierwsze. Mam pewne skojarzenia z konfrontacją kultowych już Sennheiserów HD 600 z modelem HD 650, bo Sundary i Devy to także zbliżone, ale zarazem inne wizje dźwięku.

Ponownie nie miałem wrażenia przepaści, potężnego dystansu względem posiadanych przeze mnie Audeze LCD-2 czy Dan Clark Audio Ether 1.1. Devy jednak mocniej się od nich różniły, brzmiały w sposób bardziej liniowy, neutralny i klarowny. LCD-2 bardziej dociążały dźwięk, stawiały bliżej tony średnie oraz nie brzmiały tak wysoko i tak otwarcie w scenie. Ethery natomiast brzmiały łagodniej, cieplej, spokojniej w sopranie, wręcz ciemniej i bliżej w paśmie średnim, szczególnie w niskiej średnicy. W Etherach dało się też wychwycić faworyzację średniego basu, który był znacznie bliżej. Devy brzmiały jakby bardziej transparentnie, liniowo w całym zakresie.

Podsumowanie

Początkowo byłem na nie – Devy wydały mi się za jasne i zbyt chłodne. Z czasem jednak okazało się, że dźwięk jest jednocześnie przystępny i barwny, nie męczy, a angażuje i sprawia przyjemność. Przez Bluetooth brzmienie jest bardziej efektowne, przez USB lepiej zrównoważone i bardziej naturalne, a analogowo jest krystalicznie, bezpośrednio z lekką podatnością na synergię, co pozwala dodać Devom muzykalności. Funkcjonalność robi wrażenie, podobnie jak jakość wykonania, ergonomia oraz pozostałe aspekty soniczne, czyli duża, otwarta scena, wysoka dynamika oraz rozdzielczość, w tym mocny kontur i świetne różnicowanie faktury instrumentów. Ogólny poziom jest imponujący, Devy to brzmienie z wysokiej półki.

Basu nadal mogłoby być trochę więcej, chociaż w przypadku Deva słychać pełniejszy subbas i dłuższe wybrzmiewanie dołu względem modelu Sundara. Przez Bluetooth da się wychwycić lekką cyfrowość, która jednak nie psuje humoru. Sam adapter ma pewne wady użytkowe, np. zbyt jasną diodę i brak przycisków regulacji głośności. Szkoda też, że zastosowano plastiki, a nauszniki są trochę twardsze i pozbawione pianki pamięciowej. Mile widziana byłaby też czarna wersja kolorystyczna.

HiFiMAN Deva kosztują 1695 zł, czyli około 100 zł drożej od Sundara. Uważam, że oba modele mają rację bytu i oba warto kupić. Sundary to dobra opcja stacjonarna, bardziej klasyczna. Devy to z kolei świetne brzmienie i zarazem niezły gadżet, za sprawą adaptera Bluemini. Uważam, że Devy są ciut lepsze technicznie, ale Sundary bronią się muzykalnością i jeszcze większą sceną. W takim pojedynku nie umiem jednak wyłonić zwycięzcy, jestem pod wrażeniem obu modeli.

Rekomendacja dla HiFiMAN Deva

Zalety:
+ bogate wyposażenie
+ adapter Bluemini w zestawie
+ dobre wykonanie
+ ciekawe wzornictwo
+ wysoka ergonomia
+ interfejs Bluetooth z obsługą zaawansowanych kodeków audio
+ tryb DAC-a USB z możliwością zasilania z akumulatora
+ świetne, klarowne, nowoczesne i rozdzielcze brzmienie przez Bluetooth
+ neutralne i naturalne, zrównoważone i precyzyjne brzmienie przez USB
+ klarowne i podane na umuzykalnienie brzmienie w trybie analogowym
+ spora, holograficzna scena dźwiękowa

Wady:
– zbyt jasna dioda
– brak przycisków regulacji głośności
– pewne braki w jakości wykonania względem Sundara
– basu mogłoby być trochę więcej

Sprzęt dostarczył:

SPRAWDŹ AKTUALNE CENY NA CENEO.PL

REKLAMA
fiio

1 KOMENTARZ

DODAJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here