Moondrop to jedna z tych marek sprzętu audio, która mimo azjatyckiego pochodzenia utarła się w świadomości konsumentów także poza swoim rodzimym kontynentem. To z pewnością zasługa szerokiej, dobrze przyjętej oferty, do której należą wysokopółkowe Solisy czy S8, znacznie bardziej przystępne cenowo Blessing 2 czy w końcu cała linia produktów, które można by zakwalifikować do tzw. „entry-level”, czyli modeli pozwalających zacząć przygodę z audio bez wydawania znacznych środków. Bohaterki recenzji – Moondrop Aria – należą właśnie do tej ostatniej linii, stanowiąc model zarówno najnowszy, jak i tańszy niż swoje poprzedniczki: docenione Starfield czy KXXS. Czy kontynuują ich dobrą passę i stanowią produkt, który można polecić nie tylko początkującym słuchaczom? Po odpowiedź zapraszam do niniejszego tekstu. Na wstępie warto zaznaczyć, że opis dotyczy modelu z 2021 roku – Moondrop posiada w swojej ofercie inne, starsze Arie, które jak się domyślam mają być zastąpione nowszymi, jako że te nie mają w nazwie żadnego przyrostka czy kolejnej numeracji.

Zestaw

Akcesoria:

REKLAMA
hifiman

  • sześć par tipsów silikonowych (w trzech rozmiarach);
  • kabel 2-pin 0,78 mm > 3,5 mm;
  • opaska na kabel;
  • futerał.

Opakowanie, w którym dostajemy zestaw to w swojej formie już dosyć typowy układ. Od zewnątrz znajduje się czteroboczna tekturka nałożona na główne pudełko. Na jej froncie znajdziemy nazwę modelu, krótką informację na temat zastosowanego przetwornika oraz ilustrację, która w mangowym charakterze kontynuuje dotychczasową stylistykę Moondropa. Od tyłu znajduje się specyfikacja modelu, z której możemy się między innymi dowiedzieć, że mamy do czynienia z konstrukcją opartą na pojedynczym 10 mm przetworniku dynamicznym, którego membrana została wykonana z polimeru ciekłokrystalicznego. Chociaż sam ten fakt niewiele mi mówi, to przywiódł skojarzenie z poprzednio recenzowanymi BQEYZ Summer, gdzie przy produkcji przetwornika dynamicznego również wykorzystano metodę LCP (ang. liquid crystal polimer).

Po zdjęciu tekturki możemy zobaczyć matowoczarne pudełko z połyskującym miedzianym nadrukiem, gdzie ponownie zasygnalizowana została nazwa modelu oraz, poniżej, logo producenta. Całość prezentuje się bardzo elegancko, budząc skojarzenia z modelami wycenionymi znacznie wyżej. W środku znajdziemy wyposażenie, które, chociaż bardzo podstawowe, to niczego w nim nie brakuje. Znajdziemy tu słuchawki, okrągły czarny futerał zapinany na suwak, kabel zakończony z jednej strony kątowym wtykiem 3,5 mm, z drugiej zaś wtykami 2-pin oraz foliowy woreczek z dwoma kompletami nakładek. Te ostatnie występują w trzech rozmiarach, chociaż raczej określiłbym je jako SS, MS i ML, bo wydają się być trochę mniejsze niż standardowo. Kabel wykończony został materiałowym oplotem, a na jego końcówkach znajdują się gumowe odcinki profilujące.

Ergonomia, budowa, użytkowanie

Pierwsze, co zauważamy biorąc Arie do ręki, to ich ciężar. Nic dziwnego, w końcu całe kopułki zostały wykonane z metalu. Tym samym mamy do czynienia z odwrotnym podejściem niż w przypadku BQEYZ Summer – tam postawiono na lekki plastik, tutaj na trwały, solidny metal. Podejrzewam, że oba materiały znajdą swoich zwolenników i oponentów. Kopułki są w kolorze czarnym, a jedyne akcenty jakie znajdziemy to blado-złote linie na faceplate’ach oraz nadrukowana u góry obu korpusów nazwa modelu.

Korpusy należą do tych mniejszych gabarytowo, czemu trudno się dziwić, jako że w środku znajduje się tylko jeden przetwornik. Od wewnętrznej strony ucha znajdziemy łagodne profilowanie, bez żadnych wyostrzeń czy nieregularnych wypustek. Ergonomicznie oceniam słuchawki bardzo dobrze – w uchu “siedziały” pewnie i nie powodowały żadnego dyskomfortu. Ich ciężar również nie przeszkadzał w użytkowaniu. Jedyne nad czym się zastanawiam to czy czarne, metalowe słuchawki nie będą się zbytnio nagrzewały latem, jednak sam z takim problemem się nie spotkałem. Łączenie faceplate’u z korpusem jest widoczne, znajduje się tam wyczuwalne wgłębienie, potrafią się tam zebrać drobinki kurzu, jednak nie jest to nic, co byłoby uciążliwe do wyczyszczenia. Zarówno nakładki, jak i kabel określiłbym jako “podstawowe, ale dobre jakościowo”. Nie znajdziemy tutaj nakładek różnych rodzajów, wpływających na brzmienie, jednak te dołączone są bardzo adekwatne do ceny zestawu. Tulejka jest odpowiednio gruba, a zewnętrzny płaszczyk cienki i elastyczny, aby dostosować się do kształtu kanału usznego. Kabel jest miękki i elastyczny, sprawia wrażenie trwałego, chociaż na odcinku pomiędzy splitterem a kopułkami zauważyłem tendencję do odkształcania się. Całościowo, biorąc pod uwagę że jest to sprzęt z poziomu entry, ciężko wymagać mi czegokolwiek więcej, a do jakości wykonania samych słuchawek czy dołączonych akcesoriów właściwie nie mam uwag – jest solidnie, trwale i elegancko.

Charakterystyka grania

Jak prezentuje się najnowszy produkt Moondropa od strony brzmieniowej? Przed przystąpieniem do testów słuchawki wygrzewały się minimum 50 godzin oraz jeszcze kilkanaście już w trakcie pisania. Brzmienie zostało opisane na podstawie odsłuchów z wykorzystaniem kabla i nakładek z zestawu, a alternatywy zostały przedstawione w kolejnych punktach. Główny sprzęt odsłuchowy stanowił DAP HiBy R6 2020.

Pisząc najogólniej, Arie, podobnie jak swoje poprzedniczki, grają charakterystyką zbliżoną do krzywej Harmana, z pewnymi autorskimi zmianami. Oznacza to, że w ogólnej prezencji możemy spodziewać się zaznaczenia dolnego pasma basu, jak i środkowej/wyższej średnicy.

Bas

Wspomniałem, że trzymanie się krzywej Harmana oznaczałoby przyłożenie głównego akcentu w rejonie subbasu. W Ariach ten jednak został podciągnięty nieco wyżej, tak, że środek tego pasma również został podkreślony, stawiając na bardziej “konsumencki” model rysowania dźwięku. Uważam, że osiągnięto odpowiedni balans pomiędzy jakością, a ilością. Jest to bas wyważony – nie jest go zbyt dużo, ciężko nazwać słuchawki pozycją dla bassheadów, ale nie jest go również zbyt mało, żeby odczuwać jego braki w przypadku nowoczesnych brzmień. Używając bardziej utartej audiofilskiej terminologii, można dodać jeszcze takie określenia jak: pełny, zaoblony czy rysowany grubą, twardą kreską, jednak nie zamulony czy misiowaty. Odwołując się z pamięci do wyższego modelu tego samego producenta, Blessing2, mogę stwierdzić, że o ile tam pełnił rolę konturującą, dopełniającą czy też był prezentowany bardziej analitycznie, to w przypadku Arii jest zdecydowanie pełnoprawnym zakresem. Jakościowo dużo dobrego robi jego odcięcie w górnych rejonach tego pasma. Bas trzyma się swojego zakresu i nie wchodzi na średnicę. Jakościowo wypada również bardzo dobrze, w szczególności przy uwzględnieniu półki cenowej, w której się poruszamy. Dźwięk schodzi wystarczająco nisko, żeby zaoferować więcej niż samo midbasowe pulsowanie, chociaż jednocześnie nie jest to zejście znane z topowych modeli. Takiego jednak wśród modeli ‘wejściowych’ raczej nie oczekuję. Dołowi nie brakuje sprężystości, a postawienie na szybkość i twardość pozwala kolejnym uderzeniom nie zlewać się ze sobą. Tym samym pasmo to oceniam pozytywnie, jako dobrze wyważone i z adekwatnymi możliwościami technicznymi.

Średnica

W przypadku Arii średnica pozostaje w spójnej relacji z basem. Odcięcie na górze dolnego pasma jest kontynuowane także w dole zakresu średniego. Tym samym zarówno instrumenty, które tam operują, jak i męskie niskie wokale są prezentowane w sposób odchudzony, lekki, cofnięty i wygładzony, a te ostatnie brzmią nieco bardziej gardłowo, czasem ze szklistym nalotem. W gruncie rzeczy brzmią dosyć neutralnie – nie jest to jeszcze prezencja przerysowana czy karykaturalna, jednak dobrze znając swoje utwory testowe czuję lekkie braki męskiej siły przebicia, wyeksponowania czy, tu i ówdzie, wydobytej chrypki. Wszystko co wyżej, w tym głosy żeńskie czy wysokie męskie, zostało należycie zaznaczone, tak, że spokojnie mogę ten zakres określić jako zaprezentowany naturalnie, melodycznie, w nieco podkolorowany sposób. Akcent został rozciągnięty aż do podbicia w okolicach przełomu średnicy i góry. Tym samym głosy również swobodnie ciągną się ku górze, czasem uderzając w krzykliwość, jednak to raczej kwestia nagrań niż maniery opisywanych słuchawek. Instrumenty akustyczne brzmią raczej wiernie, chociaż faworyzowane są te operujące w wyższych częstotliwościach. Scenicznie wokale stoją pół kroku przed. Bardzo dobrze na Ariach słuchało mi się K-popu i brzmień zbudowanych na połączeniu podstawy basowej, na tle której do przodu wychodził jasny, rozświetlony damski wokal. To dwa bieguny, na które w podobny sposób został położony nacisk oraz prezencja i które dobrze się uzupełniają, chociaż ciężko powiedzieć, żeby wyraźnie dominowały brzmienie. Całościowo średnica wypada melodyjnie i czarująco.

Góra

Góra to raczej pasmo, gdzie słyszalne jest stopniowe odpuszczenie. Nie brakuje jej, ale jest prezentowana ze złagodzoną manierą. Nie jest to jednak złagodzenie, które kazałoby charakteryzować Arie jako słuchawki ciemne. Przeciwnie, nadal trzymają się one raczej jasnej strony grania, a ilość oraz jakość góry jest bardzo właściwa, biorąc pod uwagę podbicie na środkowo-wyższej średnicy. Myślę, że jeżeli komuś może brakować krystalicznej góry to głównie fanom elektronicznych brzmień, bo tam faktycznie wyczuwalne jest pewne zmatowienie. Podobnie jak w przypadku niskiej średnicy to jeszcze nie przerysowanie dźwięku, jednak Arie czują się znacznie lepiej w przekazywaniu muzyki żywej, akustycznej i do takich zastosowań szczególnie je polecam.

Technikalia

Ten aspekt ogólnie oceniam bardzo dobrze. Dźwięki są rysowane na tyle twardo i szybko, żeby zostawić pomiędzy nimi wystarczającą separację i napowietrzenie. „Dołki” w pasmach, czyli wspomniane odpuszczenia na wysokim basie/niskiej średnicy oraz opadająca góra, zostały tak zaprojektowane, że o ile zapewnimy Ariom wystarczająco dobry materiał źródłowy, na scenie nie jest tłoczno, a pozycjonowanie pozwala spokojnie oddzielić od siebie poszczególne źródła. Jeżeli chodzi o fakturowanie czy wydobywanie mikrodetali, to nasuwa mi się określenie „optymalne”. Jest wystarczające, chociaż czuć, że głównym pomysłem na muzykę była raczej gładkość i muzykalność, a nie wyśrubowana szczegółowość. Scena została zbudowana głównie na szerokość, na planie dosyć wyraźnie spłaszczonej elipsy. Chociaż większość dźwięków rysuje się ciut poza obrysem głowy, to przy utworach wyjątkowo scenicznych część źródeł odrywała się nieco dalej bądź pojawiała na planie niewielkiej, jednak wyczuwalnej głębi przód-tył.

Źródła

Neutralna prezencja Hiby R6 2020 wydawała się odpowiadać Ariom. Nie znalazłem w dźwięku żadnych wynaturzeń czy przerysowań, nie czułem potrzeby korygowania pasm, a dobre aspekty techniczne pozwalały wyciągnąć możliwie dużo technikaliów takich jak sceniczność czy szczegółowość. Zmiana na tańszego iBasso DX160 nie była bolesna, chociaż różnice były dosyć czytelne. Najbardziej brakowało mi rozciągnięcia subbasu, bo jednak produkt HiBy dużo lepiej zaprezentował skraje. Również pełniej zabrzmiała niższa średnica, co przesunęło punkt ciężkości w dół, a góra zaprezentowała się ostrzej. Ogólny poziom technikaliów takich jak separacja pomiędzy dźwiękami nieco spadł, muzyka zabrzmiała mniej trójwymiarowo, z mniejszą liczbą szczegółów, co pokazało, że Arie potrafią skalować się wraz ze źródłem. Co do samego połączenia z DAP-em iBasso to uważam, że nie było złe, ale synergia z neutralno-skrajowym R6 2020 była lepsza. Dużym pozytywnym zaskoczeniem był natomiast Alo Audio Pilot. Ten również zaakcentował skraje, ale w rozrywkowy, twardy, V-kujący sposób. Z nim Arie zagrały znacznie energiczniej, z potężniejszym wygarem i przyznam, że biorąc pod uwagę cenę poszczególnych zestawów, ten wydaje się być najracjonalniejszy, o ile oczywiście taki efekt jest pożądany. Jeśli nie, szukałbym sprzętu możliwie neutralnego, mało ingerującego w prezencję, za to dobrego scenicznie. Dodatkowo z Pilotem atrakcyjnie urosła głębia sceny przy małej redukcji szerokości.

Porównania

Do porównań wybrałem moje ulubione słuchawki dokanałowe z podobnego przedziału finansowego, czyli Shozy Form 1.1 oraz TinHifi T2.

Te pierwsze to hybryda dynamika i armatury, wykończona efektownie wyglądającą żywicą z zanurzonym brokatem i nazwą producenta. Chociaż estetycznie robią wrażenie, a w swoim kształcie są bardzo komfortowe, to jednocześnie żywica jest znacznie bardziej podatna na zarysowania i zbieranie śladów użytkowania. Co ciekawe kabel dołączony do Shozy jest bardzo podobny do tego, który dostajemy z Ariami. Jeżeli zignorować różnice we wtykach, spliterze i jacku, oba sprawiają wrażenie identycznych. Takie same za to nie są, jeżeli chodzi o prezencję dźwięku. Pierwsze wrażenie po założeniu Shozy to znacznie mocniejsza i pełniejsza podstawa basowa. Maleje przy tym napowietrzenie sceny, dźwięki się do siebie zbliżają, a źródła robią się większe. Shozy muzykę prezentują na planie pełnego, ocieplonego V. Oprócz pełniejszego basu także niska średnica nabrała kształtów, a góra złapała znacznie więcej światła. Podbicie góry niesie za sobą również wrażenie większej szczegółowości i wydobywania większej liczby detali. Które z tej pary są lepsze? „Obiektywnie”, bazując na technikaliach, Arie oferują więcej, szczególnie jeżeli chodzi o wymiary sceny czy jej napowietrzenie. Wybór to jednak bardziej kwestia oczekiwań dźwiękowych pomiędzy muzykalnymi, łagodnymi, dobrze ułożonymi Ariami, a gorszymi technicznie, za to bardziej rozrywkowymi Shozy o mocniej podkreślonej podstawie basowej, wypchniętej niskiej średnicy i czytelniejszej górze.

TinHifi T2 to również nieco inna konstrukcja niż Moondrop Aria, chociaż podobnie skryta w metalowej obudowie. W tym przypadku w środku każdej ze słuchawek znajdziemy po dwa przetworniki, jednak oba to dynamiki. Również w kształcie znajdziemy pewne różnice. T2 mimo podobnego prowadzenia kabla za uchem, swoim wyglądem zewnętrznym raczej przypominają małe beczułki, które w moim odczuciu są mniej komfortowe niż produkty Moondropa czy Shozy. Ciężej mi też o złapanie poprawnego seala. Słuchając T2 od razu wyczuwalne jest przesunięcie balansu tonalnego w stronę wyższych tonów. Podstawa basowa została potraktowana w sposób bardziej szkicowy i analityczny, jest mniej obecna niż w Ariach. Więcej za to dostajemy góry, która śmiało skrzy się i świeci, ponownie budując wrażenie wyciągania większej ilości detali. Arie w tym porównaniu wypadają gładziej oraz zarówno ciemniej, jak i cieplej. Ciekawie przy tym wypada obszar od niskiej do środkowej średnicy. Arie traktowały ten zakres z pewnym odpuszczeniem i wycofaniem, robiąc miejsce po zaakcentowanym basie. T2 nie mają takiej potrzeby, bo sam bas jest w nich mniej obecny. Dzięki temu wspomniany spód średnich tonów mógł zostać bardziej wypchnięty i podany w sposób bardziej naturalny. Scenicznie znajduję w obu modelach pewne podobieństwa – to podobny plan płaskiej elipsy, gdzie szerokość jest faworyzowana ponad głębokość. Podobnie również wyczuwalne jest dążenie do otwierania i napowietrzania sceny, co w przypadku brzmienia o mniej akcentowanej podstawie jest jeszcze czytelniejsze.

Porównywane słuchawki to właściwie opcje tonalnie znajdujące się po przeciwnych stronach, zaś Arie w wielu aspektach plasują się pomiędzy nimi. Mają najbardziej wyważony dolny zakres oraz walory sceniczne, chociaż bezpośrednie zestawienia uwypukliły „dołki” tonalne – niską średnicę oraz na paśmie wysokim. Myślę, że Arie stanowią dobry sprzęt na początek przygody z audio, a gdyby słuchający szukał rozwinięć w którąś konkretną stronę – ma ku temu możliwości.

Podsumowanie

Moondrop Aria to produkt, który chociaż nie stanowi rewolucji, to bardzo dobrze prezentuje się w całokształcie. W cenie poniżej 100 dolarów otrzymujemy eleganckie i solidnie wykonane słuchawki, pełen komplet sprawiających dobre wrażenie akcesoriów oraz dosyć uniwersalne brzmienie, typowe dla linii budżetowej tego producenta. Dodatkowy satysfakcjonujący element stanowią technikalia, jak napowietrzenie sceny czy jej szerokość. Arie muzykę prezentują w sposób melodyjny, gładki, raczej preferując żywe instrumenty i damskie wokale nad elektroniczne brzmienia. Na pochwałę zasługują przede wszystkim podkreślony dół, nadający utworom energii, oraz atrakcyjna średnica. Łyżkę dziegciu w całości stanowią przede wszystkim dwa zakresy: złagodzenie na przełomie basu i średnicy oraz pasma wysokiego. Mimo to całościowo ciężko o inne zakończenie niż przyznanie opisywanemu modelowi rekomendacji. Arie to sprzęt bardzo udany oraz przystępny cenowo, a aspekty na które zwracam uwagę to nie wyłącznie niedoskonałości, ale również pochodne określonego pomysłu Moondropa na brzmienie.

Dla Moondrop Aria

Towar można kupić w oficjalnym sklepie Moondropa na AliExpress

Sprzęt dostarczył:

REKLAMA
fibae

1 KOMENTARZ

  1. kupiłem, jestem zadowolony. niepokojące jest że podobnie jak w przypadku starfield już teraz, dwa miesiące po premierze można znaleźć komentarze osób którym po kilku tygodniach używania padł przetwornik (co również było dość częste dla modelu cnt).

DODAJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here