NXEars to nieznana młoda marka, która 1 kwietnia 2020 r. weszła na rynek z trzema modelami słuchawek dokanałowych. Jednak anonimowość marki wcale nie znaczy, że stają za nią ludzie nowi w branży. Wręcz przeciwnie, jest to zespół inżynierów odpowiedzialny za dobrze znane w Polsce słuchawki marki NuForce. Tym razem, działając na własne konto, postanowili stworzyć dokanałówki charakteryzujące się brzmieniem delikatnym, niemęczącym i przestrzennym, przy czym całość ma być przystępna cenowo.

W nasze ręce trafił najniższy model, czyli NXEars Sonata, oparty na jednym przetworniku zbalansowanym na stronę, produkcji dobrze znanej firmy Knowles. W obecnych czasach jest to rozwiązanie dość nietypowe, jak na cenę 199 dolarów w preorderze, gdzie konkurencja celuje raczej w wieloprzetwornikowe hybrydy. Ale skoro pojedyncze dynamiki zaczęły odżywać na rynku, to może jest i miejsce także dla armatur… Postanowiliśmy to sprawdzić.

Wyposażenie


Tym razem nie mam wiele do powiedzenia na temat opakowania, gdyż… model testowy jest go pozbawiony. W chwili pisania niniejszego tekstu nie było jeszcze do końca wiadomo jak będzie ono wyglądać. Akcesoria powinny być natomiast te same, co w naszym egzemplarzu testowym, czyli:

REKLAMA
mp3store

  • trzy pary silikonowych nakładek w rozmiarach S, M oraz L,
  • dwie pary pianek Comply w rozmiarach S oraz M,
  • wymienny przewód ze złączami MMCX.

Zapewne zostanie jeszcze załączone jakieś etui ochronne, więc jeśli nic się nie zmieni, będziemy mieli dość standardowe wyposażenie, bez żadnej niespodzianki. Mam jednak nadzieję, że same gumki będą zastąpione czymś lepszym niż obecnie, gdyż te z zestawu testowego są zrobione z cienkiego, zbyt miękkiego materiału, przez co średnio sobie radzą z dobrym uszczelnieniem ucha. Przyjemny dodatek stanowią natomiast pianki w dwóch rozmiarach, bo nawet w droższych słuchawkach z reguły dodawana jest tylko jedna para w rozmiarze M.

Wykonanie


NXEars Sonata, które trafiły w nasze ręce, są wykonane czerwonego lakierowanego tworzywa, a dokładniej z biokompatybilnej żywicy, jednak można wybrać również wersję ciemnozieloną lub czarną, z zewnętrzną powłoką karbonową. Taki materiał w połączeniu z tylko jednym przetwornikiem daje konstrukcję niebywale lekką, wręcz sprawiającą wrażenie delikatności. Gdy weźmiemy słuchawki do ręki, lekko kłóci się to z ich dość dużą bryłą. Mamy więc kopułki o konstrukcji typowej dla słuchawek z kablem prowadzonym za ucho, czyli całość jest w kształcie „łezki”, z wyraźnie wyprofilowanym kształtem, który praktycznie wyklucza ich złe założenie. Całość stanowi jednolitą i gładką bryłę, która została pozbawiona jakichkolwiek widocznych łączeń, co dobrze świadczy o jakości druku 3D jaki wykorzystuje producent, jedynie z dwoma widocznymi otworami – jeden na gniazdo MMCX, a drugi, drobny, wentylujący obudowę. W połączeniu z zaoblonymi przejściami pomiędzy ściankami daje to konstrukcję przyjemnie siedzącą w uszach nawet przy dłuższych odsłuchach. Osoby o węższych kanałach słuchowych mogą mieć jednak problem z długą i szeroką tulejką, gdyż ta należy do jednych z największych jakie spotkałem w ostatnim czasie.

Od strony wizualnej jedynym dodatkiem jest srebrne logo NXEars. Nie ma żadnego oznaczenia modelu czy kanału. Jest prosto i dość ascetycznie, choć w nietypowej czerwonej kolorystyce kopułek, całość i tak dość mocno rzuca się w oczy.

Dodawany do zestawu kabel to czterożyłowa posrebrzana miedź zabezpieczona elastyczną i całkiem przyjemną w dotyku izolacją, skutecznie ograniczającą efekt mikrofonowy. Co prawda ta elastyczność sprawia również, że przewód ma trochę większe tendencje do plątania się, ale dzięki obecności rzepowej opaski można nad tym zapanować. Zastosowane wtyki MMCX mają ergonomicznie zakrzywione obudowy, dzięki czemu wygodnie wyprowadzają kabel za ucho – ani razu nie miałem potrzeby, bo poprawić jego ułożenie. Kanały oznaczono zarówno literami, jak i za pomocą kolorowych pierścieni (tradycyjnie czerwony dla prawej słuchawki oraz niebieski dla lewej). Na drugim końcu znajdziemy łamany wtyk mini-jack 3,5mm, dodatkowo zabezpieczony solidną odgiętką. Może nie jest on nadzwyczaj piękny, ale daje wrażenie solidności i powinien służyć przez długi czas. Jedynym elementem, który zdecydowanie wymaga poprawy przed premierą, jest ściągacz kabla przy rozgałęźniku – niby fizycznie jest obecny, ale swobodnie opada za pomocą grawitacji. Jest o wiele za szeroki dla takiego przewodu, więc tylko przeszkadza.

Pod względem tłumienia odgłosów otoczenia, z racji głębokiej aplikacji, szerokiej tulejki oraz wyprofilowanych kopułek, stoi ona na naprawdę dobrym poziomie. Co prawda oryginalne silikonowe nakładki trochę ograniczają Sonaty pod tym względem, ale po wymianie gumek na bardziej sprężyste, zauważalnie odcinamy się od dźwięków zewnętrznych w stopniu, który pozwala na niezbyt głośne słuchanie muzyki nawet w hałaśliwym (choć niekoniecznie w obecnych czasach) centrum miasta.

Brzmienie


Źródła wykorzystane podczas testów: iBasso DX160, ikko Zerda, Radsone EarStudio ES100, Samsung Galaxy S10e, Shanling M0, xDuoo X3 II, Zorloo Ztella.

NXEars Sonata pod względem brzmienia zdaje się być duchowym następcą starych konstrukcji armaturowych i takie wrażenie pojawia się już przy basie. Nie jest to dłużej wybrzmiewające i mocne uderzenie przetwornika dynamicznego ani surowa precyzja wielu dokanałówek opartych na armaturach. Ilościowo dołu nie ma jakoś specjalnie dużo i stanowi on raczej tło dla reszty składowych muzyki. Przy czym ma on, zgodnie z deklaracjami producenta, całkiem przyjemną barwę i lekko zmiękczony, niemęczący charakter. I choć schodzi naprawdę nisko, gdzie 30 Hz jest wyraźnie wyczuwalne, to cały czas ma się wrażenie, że pozostaje on gdzieś z tyłu, nienatarczywy, ale zwarty i dość szczegółowy. Brakuje mu natomiast większej głębi – wyraźnie czuć, że przetwornik nie do końca sobie radzi z pełnym przekazem niskich tonów, grając głównie pierwszą warstwą i częściowo gubiąc informacje z tła, co dość mocno odbija się na muzyce elektronicznej, gdzie kolejne bity dają wrażenie spłaszczenia. Natomiast jeśli mamy dość prostą konstrukcję podstawy basowej, choćby przy bardziej surowym metalu, dół potrafi być już całkiem satysfakcjonujący, mimo pewnych ilościowych niedomagań w takich gatunkach.

Tony średnie to główna atrakcja Sonat. Znów odzywa się duch przeszłości i mamy nieco słodkie, ale nie misiowate granie, lekkie w odbiorze i dające wrażenie swobody, a jednocześnie dość wyrównane, z lekkim akcentem na wokalach. W połączeniu ze skromniejszą podstawą basową, nie jest to idealne połączenie do nowoczesnej muzyki radiowej, gdyż na podstawowym modelu NXEars wydaje się ona nieco pozbawiona życia, gdzieś wycofana i przyciemniona. W dużej części odpowiada za to delikatnie poprowadzona wyższa średnia, nie do końca korespondująca z nagraniami nastawionymi na atakowanie słuchacza skrajami. Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy włączymy coś spokojnego i opartego na żywych instrumentach. Wówczas całość nagle ożywa, nabiera głębi i wyrazistości, nie tracąc przy tym swojego łagodnego charakteru, a poszczególne dźwięki balansują pomiędzy naturalnością, a czarowaniem. Są lekko oddalone, momentami wręcz oniryczne, nieodmiennie wciągające. Często problemem bywa przekaz instrumentów dętych, ale w Sonatach mają one swoje wyraźne brzmienie, oddające cechy materiału, z jakiego zostały wykonane i dobrze komponujące się z fortepianem czy gitarą akustyczną. I tak jak w czymkolwiek mocniejszym czy nowoczesnym popie Sonaty po prostu nie dają rady, tak w klasyce, soulu czy poezji śpiewanej potrafią od pierwszych dźwięków zauroczyć.

Gdy już mowa o śpiewie, bardzo istotną kwestią są tutaj wokale. Podobnie jak średnica niezbyt nadaje się do ciężkich brzmień, tak i głosy z niskich rejestrów nie są przekazane nadzwyczaj naturalnie. Są złagodzone i lekko podciągnięte do góry, co odbiera część ich charakteru, przez co fani np. Barry’ego White’a mogą być niepocieszeni. Natomiast już taki Bill Withers, by pozostać w soulowych klimatach, wypada bardzo dobrze, z przyjemnym rozciągnięciem i naturalną barwą. Jednak opisywane NXEars błyszczą tak naprawdę dopiero gdy skierujemy uwagę na delikatne kobiece głosy – te po prostu czarują. Ze względu na ich oddalenie od słuchacza nie mamy poczucia dużej intymności, ale dzięki temu iż jednak stoją przed linią instrumentów, dają wrażenie otaczania słuchacza, jednak bez niepotrzebnych pogłosów, trochę jakbyśmy słuchali ich na jakiejś malutkiej polanie w środku lasu. Nie jest to idealny przykład pełnej naturalności, ale uroku tu tyle, że przy długich odsłuchach uśmiech praktycznie nie schodził mi z ust.

Tony wysokie zaczynają się lekko rozświetlone, ale ze względu na delikatne przejście ze średnicy, nie uświadczymy tu męczącego iskrzenia, nawet mimo tego, że soprany są nieco szkieletowe. Czasami brakuje im odpowiedniego wypełnienia przez szybkie wygaszanie poszczególnych dźwięków, choć i tak są one dość wysoko rozciągnięte. Trochę cierpią na tym talerze perkusji, gdyż pojawia się na nich delikatne zapiaszczenie, co wybija je nieco ze spójności muzyki. Nie są przy tym agresywne, więc nie trzeba się martwić, że zaczną nas męczyć sykliwością. Ciekawie przekłada się to na skrzypce, choć w tym wypadku trochę zależy też od ręki trzymającej smyczek: Mariko Senju prowadzi go z reguły w stronę cieplejszego i pełniejszego brzmienia, więc Sonaty dodają tu blasku i szybkości, co jest bardzo przyjemnym efektem, podczas gdy np. Hilary Hahn, prezentująca trochę bardziej techniczne podejście do muzyki, na NXEars momentami bywa zbyt surowa i kliniczna.

Odnośnie sceny, producent wspomina o zbliżeniu się do dużych słuchawek i tu jednak marketing rozmija się ze stanem faktycznym. Co prawda nie jest ona ściśnięta, wręcz przeciwnie – ze względu na odsunięcie pierwszego planu i wyczuwalne (choć nieco rozmyte) kolejne warstwy, mamy wrażenie swobody i dużej ilości powietrza, na rzadko spotykanym poziomie jak na pojedynczą armaturę. Jest zatem dość szeroko, a i głębia jest obecna, choć tu już trzymająca się znacznie bliżej słuchacza. Podział na strony lewą i prawą jest dość dobry, ale nie idealny, przez co kanały zbliżając się do siebie wyraźnie zaczynają się przenikać, co zaburza holografię na bliższych planach.

Szczegółowość jest dobra, ale nie zachwycająca – to dość przeciętny poziom analityki jak na ten przedział cenowy, więc nie ma też rozczarowania. Z jednej strony pasuje to do tego lekkiego i spokojnego charakteru brzmienia słuchawek, gdzie zalewanie słuchacza mikrodetalami mogłoby okazać się męczące, jednak z drugiej czuć, że pewne rzeczy umykają, skryte pod płaszczykiem czarowania muzyką. Jeśli więc ktoś szuka słuchawek do monitoringu, Sonata to niekoniecznie właściwa droga.

Dobierając źródła pod NXEars Sonata, warto wiedzieć o dwóch rzeczach. Po pierwsze, lubią one prąd. Im go więcej, tym lepiej, gdyż podpięcie ich do telefonu to nie do końca dobry pomysł – wówczas całość zaczyna się rozmywać i przyciemniać, co odbiera całą radość z odsłuchów. Po drugie, mimo apetytu na moc, słuchawki są dość czułe, więc wyraźnie wyciągają szumy elektroniki, co przy cichych sesjach z muzyką potrafi dać się we znaki. Nie trzeba za to zbytnio przejmować się charakterem brzmienia odtwarzacza, gdyż na to Sonaty nie zwracają większej uwagi, niemal zawsze grając po swojemu, z niewielkimi odchyłami ku cieplejszemu czy bardziej technicznemu brzmieniu. Nie skalują się też specjalnie przy przeskokach na wyższe poziomy jakościowe po stronie źródła, więc nie musimy obawiać się czekających nas inwestycji w sprzęt towarzyszący. Jeśli jest sporo prądu, a szumy zostaną ograniczone, to mamy problem z głowy i niezależnie czy będzie to zewnętrzny przetwornik podpinany do smartfona, czy tańszy odtwarzacz, czy coś z wyższej półki, za każdym razem wiemy czego się spodziewać.

Pod względem konkurencji, najbliżej NXEars Sonata postawiłbym Campfire Audio Orion. To również pojedyncza armatura o dość przestrzennym graniu, choć trochę droższa. W przeciwieństwie do bohaterów niniejszej recenzji nie skupia się ona na czarowaniu, lecz idzie w stronę bardziej rzetelnego, nieco monitorowego brzmienia o większej ilości detali i lepszej holografii, choć jednocześnie niższej ergonomii, ze względu na kanciasty kształt kopułek.

W identycznej cenie możemy nabyć Periodic Audio Beryllium, czyli słuchawki oparte na pojedynczym przetworniku dynamicznym na stronę. Mimo że i one nie stawiają na możliwie najbardziej rzetelne odtworzenie rzeczywistości, to w porównaniu do Sonat są niczym ogień przy wodzie. Mamy więc sporo mocnego basu, lekko wycofaną średnicę i znów podciągniętą górę, co daje energetyczne i nowoczesne brzmienie, świetnie odnajdujące się w mocnych i nowoczesnych gatunkach.

Kolejną pozycją z tego przedziału cenowego są Dunu Falcon-C. One również zgłaszają duże zapotrzebowanie na prąd, tylko w zdecydowanie większym stopniu, a dodatkowo są bardziej wymagające pod względem synergii. Jeśli jednak dostarczymy to ostatnie, dostaniemy przestrzenne i detaliczne granie o jaśniejszym przekazie oraz świetnej holografii.

Trochę drożej mamy już konstrukcje wieloprzetwornikowe, takie jak iBasso AM05 czy Dunu DK-2001, gdzie przeskok jakościowy na poszczególnych składowych muzyki jest już wyraźny, choć żadna z tych par nie jest odpowiednikiem Sonat. iBasso również oferują mniej basu i nieco szkieletowe granie, ale w przeciwieństwie do NXEars idą mocno w stronę brzmienia monitorowego, nastawionego mocniej na neutralność i detale. Z kolei Dunu dają dźwięk bardziej rozrywkowy, również podkolorowany, ale pełniejszy, szczególnie w niższych rejestrach i z większą ilością szczegółów.

Prawdziwym problem dla NXEars może okazać się natomiast firma Akoustyx ze swoim modelem R-110. To pojedyncza armatura o trochę jaśniejszym charakterze, mniej koloryzującym, oferująca więcej szczegółów, ale też mniejszą scenę. R-110 są wygodniejsze niż Sonaty, ale słabiej izolują. I choć wydaje się, że wybór ogranicza się do szczegółów, to jeden element dość mocno zwraca na siebie uwagę – Akoustyxy są dwa razy tańsze…

Podsumowanie


NXEars Sonata to słuchawki z jednej strony ciekawe, nieco nostalgiczne w brzmieniu, a z drugiej bardzo wyspecjalizowane i pełne sprzeczności. Potrafią zagrać pięknie gdy dobierzemy im spokojną muzykę, gdzie znajdziemy żywe instrumenty i delikatne wokale, ale przy niskiej uniwersalności wiele gatunków wypada na nich przeciętnie lub wręcz słabo. Pod względem konstrukcyjnym występują podobne dylematy: ergonomiczne i wygodne kopułki zakończone bardzo długimi i szerokimi tulejkami. Wizualnie słuchawki są niemal pozbawione ozdobników, chociaż kolor czerwony testowanego egzemplarza mocno rzuca się w oczy. W zestawie są co prawda dwie pary pianek Comply o różnych rozmiarach, ale też i przeciętnej jakości nakładki silikonowe.

Ze względu na specyficzną i czarującą średnicę można te minusy wybaczyć, o ile nastawimy się, że poszukujemy słuchawek typowo do klasyki czy poezji śpiewanej, bo w tych gatunkach odnajdują się świetnie. Jest jednak jeszcze jedno „ale”, a mianowicie cena. 199 dolarów amerykańskich to wcale nie tak mało jak za podstawowy model, który jest specyficzny i wymagający dla słuchacza, szczególnie że konkurencja w podobnym budżecie potrafi zaoferować więcej. Oczywiście mamy tu małą ilość egzemplarzy, ręcznie składane słuchawki i wykorzystany druk 3D, co wszystko podnosi koszty, jednak ostatecznym wyznacznikiem wartości powinno być brzmienie.

Oczywiście testowany egzemplarz pochodzi jeszcze sprzed oficjalnej premiery, więc teoretycznie można patrzeć na całość przez palce, ale ostatnie szlify miały dotyczyć akcesoriów i opakowania, a nie zmiany strojenia.

Zalety:
+ czarująca średnica, świetnie oddająca brzmienie żywych instrumentów,
+ bardzo przyjemne w odsłuchu wokale,
+ rozbudowane scenicznie (jak na pojedynczą armaturę),
+ niemęczące przy długich odsłuchach,
+ ergonomiczny kształt kopułek,
+ wymienny przewód,
+ mało wrażliwe na charakter brzmienia źródła.

Wady:
– niska uniwersalność przez słabiej podkreślone skraje pasma,
– zaburzona holografia,
– wrażliwość na szumy i niedostatki mocy źródła,
– długie i grube tulejki mogą powodować uczucie dyskomfortu,
– pod względem brzmienia niska opłacalność na tle konkurencji.

Sprzęt dostarczył:

REKLAMA
yulong

2 KOMENTARZE

    • Niestety z mojej strony nie ma i nie będzie, gdyż po prostu ich nie znam, a po cudzych opisach wolę nie porównywać 🙂

Pozostaw odpowiedź Grzegorz Fabianowicz Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here