Sennheiser Momentum True Wireless 5 przynoszą diametralne zmiany. Flagowe dokanałówki zostały przeprojektowane, zminiaturyzowane oraz ulepszone – niemiecki producent odświeżył interfejs Bluetooth, dopracował ANC i umożliwił łatwą wymianę akumulatorów. Imponuje także potencjalny 12-godzinny czas pracy.
Kilka miesięcy temu przetestowałem Momentum 5 Wireless, czyli najnowszą iterację nagłownych słuchawek Sennheisera. Okazało się, że stanowią one raczej ewolucję niż rewolucję – producent bazował na słuchawkach czwartej generacji i dopracował braki, czyli m.in. ulepszył aktywną redukcję hałasu oraz zwiększył funkcjonalność. Rezultat? Mimo recyklingu konstrukcji otrzymaliśmy niemal kompletne słuchawki mobilne, które kosztują mniej od audiofilskich HDB 630 (1700 zł vs 2150 zł), a depczą im po piętach. Świetnie mi się z nich korzystało, więc z optymizmem wyczekiwałem premiery Momentum True Wireless 5.
Spodziewałem się, że również przejdą one subtelny lifting, a tymczasem dokanałowe „piątki” mają niewiele wspólnego z „czwórkami”. Przeprojektowano oraz zminiaturyzowano wszystkie elementy zestawu, wprowadzono brakujące funkcje oraz ponadprogramowe, takie jak… wymienne akumulatory w słuchawkach oraz etui! W porządku, Sennheiser został niejako przyparty do ściany, bo to pokłosie dyrektywy Unii Europejskiej, ale dzięki temu zyskaliśmy zupełnie nową konstrukcję. Tych dzisiaj jak na lekarstwo, więc rychło capnąłem paczkę z rąk kuriera, grzecznie mu podziękowałem i pobiegłem słuchać.
Po dwóch tygodniach testów wiem już, że Momentum True Wireless 5 to udane TWS-y, ale jeden aspekt wymaga poprawki.
Wyposażenie
Zestaw zawiera:
- 4 pary tipsów silikonowych (rozmiary S, 2x M, L);
- kabel ładujący USB-C > USB-C (długość ok. 40 cm);
- etui ładujące;
- przyrząd do wymiany baterii;
- instrukcję obsługi.

Wygląda na to, że słuchawki są naprawialne nie tylko w teorii, ponieważ w zestawie oprócz standardowych dodatków otrzymujemy tzw. otwierak, który ułatwia podważenie elementów obudowy w celu wymiany akumulatorów. Miłym dodatkiem są także zapasowe tipsy w rozmiarze M, najpewniej najczęściej używanym.
Konstrukcja i jakość wykonania
Producent stopniowo upraszczał dokanałówki serii Momentum, ale pozostawał wierny ergonomicznym haczykom czy etui obszytemu tkaniną. To już nieaktualne, bo po dodatkowych nakładkach czy obszyciu nie ma śladu. Wciąż widać jednak, że Momentum True Wireless 5 to dzieło Sennheisera – świadczą o tym metaliczne wykończenie, wyżłobione logo czy też tipsy z sitkami. Efekt? Wzornictwo jest eleganckie i stonowane, jak przystało na produkty z półki premium. Jeśli jednak obawiamy się nudy, to do wyboru są odważniejsze warianty kolorystyczne, m.in. grafitowy, lawendowy czy miedziany.
Koliste znaczki na obu słuchawkach to oczywiście przyciski dotykowe, a towarzyszą im szczeliny odpowietrzające oraz dość duże maskownice z mikrofonami. W połowie obudów widać także wcięcia umożliwiające otwarcie słuchawek, a od wewnętrznej strony dostrzeżemy tym razem standardowe śrubki krzyżakowe – piękny widok! Nie obyło się także bez poczwórnych styków ładujących (pozłoconych), czujników zbliżeniowych i niewielkich oznaczeń kanałów, czyli standardowych literek „L” i „R”.
Etui jest tym razem zgodne z modą, czyli nie płaskie i szerokie, a wąskie i wysokie. Z przodu umieszczono niewielką diodę, powyżej klasyczne wieczko, a pod nim płytkie foremki na słuchawki z widocznymi magnesami i złączami typu pogo-pin. Gdzie jest port USB-C? Na spodzie etui wraz z pojedynczą śrubką po przeciwnej stronie od złącza. Warto zauważyć, że zrezygnowano z melanżowej tkaniny na rzecz nakrapianego tworzywa, które wygląda jak zroszone wodą.

Jakość wykonania jest typowa dla słuchawek tej klasy. Wykończenie materiałów czy spasowanie elementów nie budzą zastrzeżeń, a nie sposób narzekać także na magnesy, te przyciągające słuchawki oraz wieczko etui. Zawias tego ostatniego także można opisywać w samych superlatywach. Warto jednak zauważyć, że szczeliny są dość szerokie i wyraźnie widoczne, więc może zbierać się w nich brud, ale to konsekwencja zastosowania wymiennych akumulatorów. Kanty rowków zostały jednak zaokrąglone, więc są przyjemne w dotyku i nie drażnią skóry.
Ergonomia
Przeprojektowane obudowy uważam za sukces – Momentum TW 5 są wyraźnie mniejsze od poprzednika, nie odstają tak z uszu i nie rozpierają małżowin usznych. Z kolei tulejki mają optymalną długość, więc zakładanie słuchawek nie jest wyzwaniem. W moich uszach trzymały się one perfekcyjnie – podczas testów nie mogłem spowodować, aby wypadły z uszu. Jestem jednak świadomy, że nie wszyscy mogą być zadowoleni z braku dodatkowych nakładek z haczykami – wiem, że docenia je wielu melomanów, którym dokanałówki wypadają.

Etui nareszcie zmalało! Krytykowałem za to „czwórki”, więc doceniam smukły kształt nowego pudełka. Podoba mi się także jego chropowate wykończenie, bo akcesorium nie ślizga się w dłoni. Jego otwieranie czy wyjmowanie słuchawek to również sama przyjemność – zawias stawia odpowiedni opór, a słuchawki mocno odstają, więc łatwo je wyciągnąć. Na plus oceniam także płaski spód, dzięki któremu etui się nie przewraca. Wątpliwości budzi jednak umiejscowienie złącza USB-C na dolnej krawędzi, co utrudnia ładowanie, ale najpewniej wymusiła to wspominana „naprawialność”. No cóż, każdy kij ma dwa końce.
Użytkowanie i funkcjonalność
Sennheiser „umie” w przyciski dotykowe. Są one po pierwsze odpowiednio duże i czułe, więc łatwo w nie trafić i nie gubią one dotknięć. Po drugie dotknięcia czy poszczególne operacje są potwierdzane intuicyjnymi sygnałami dźwiękowymi, więc łatwo wyczuć, czy komenda „weszła”. Doceniam szczególnie narastające dźwięki, które towarzyszą regulowaniu głośności za pomocą przytrzymywania paneli. Tradycyjnie możemy też przeprogramować przyciski, jeśli fabryczne kombinacje nam nie odpowiadają.

Funkcji jest bez liku, a „piątki” przynoszą kilka nowości. Hybrydowe i adaptacyjne ANC to oczywistość, podobnie jak tryb transparentny. Automatyczna pauza, redukcja szumu wiatru, wsparcie dla kodeków aptX Adaptive i Lossless to także już standard, podobnie jak obsługa dźwięku 24 bit. Nowością jest interfejs Bluetooth w wersji 6.0, a tym razem słuchawki wspierają także dźwięk Dolby Atmos ze śledzeniem ruchu głowy lub bez, o którym więcej w dalszej części testu.
Warto wspomnieć, że za rozmowy odpowiadają zarówno mikrofony typu MEMS, jak i czujniki przewodnictwa kostnego – umożliwiają one m.in. wyodrębnienie naszego głosu w hałaśliwych warunkach, jak i usprawniają tzw. nasłuch (sidetone). Ani mnie, ani moich rozmówców mikrofony nie rozczarowały – rozmowy były krystalicznie czyste, zewnętrzny hałas ich nie utrudniał. Technologie Google Fast Pair (Android) i Microsoft Swift Pair (Windows) także są na swoich miejscach, podobnie jak multipoint czy ładowanie indukcyjne.
Czegoś jednak brakuje w departamencie łączności. Popularny i otwarty standard kodowania LDAC nadal nie jest dostępny, ponieważ Sennheiser postawił na Snapdragon Sound, czyli jest wierny rozwiązaniom Qualcomma. Kodek aptX Lossless to nie byle co, ale tylko flagowe smartfony go wspierają, więc LDAC byłby bardziej praktyczny. Na tę chwilę brakuje także wsparcia dla LE Audio czy transmisji Auracast, ale producent zazwyczaj dorzuca je po premierze w ramach aktualizacji oprogramowania układowego.

Zauważyłem także pewien problem we współpracy z nadajnikiem Bluetooth Creative BT-W6. Transmisja aptX Lossless była wyjątkowo wrażliwa, dźwięk się często zrywał. Pomagało przełączenie się na standard aptX Adaptive i powrót do tego bezstratnego, ale tylko tymczasowo. Nagłowne Momentum 5 takiego problemu nie miały. Mam nadzieję, że to również kwestia stosownej aktualizacji firmware’u, bo skarżą się na to także użytkownicy Reddita korzystający z sennheiserowskiego nadajnika, czyli modelu BTD 700.
ANC i tryb transparentny
Chwaliłem ANC w Momentum TW 4, ale z zaznaczeniem, że redukcja wyższych częstotliwości oraz rozmów jest przeciętna. Moim zdaniem nastąpił progres, bo tym razem słuchawki z powodzeniem redukują zarówno niskie, jak i średnie częstotliwości, w tym rozmowy osób postronnych. Wciąż docierają one do naszych bębenków słuchowych, ale są mocno zgaszone i oddalone, więc giną pod naporem muzyki. Szkoda tylko, że nie mamy wpływu na intensywność ANC, ale algorytm adaptacyjny działa bez zarzutu. Nie inaczej jest z trybem redukcji wiatru.
Tryb transparentny również robi robotę! Jest on aż pięciostopniowy, a na maksymalnym poziomie wręcz wzmacnia otoczenie, a nie tylko przepuszcza zewnętrzne dźwięki. Słuchawki wydają się znikać z uszu i świetnie słyszymy także siebie. Jedynie delikatny szum zdradza, że to sztuczka mikrofonów. Rzadko jestem naprawdę usatysfakcjonowany z nasłuchu, zazwyczaj i tak wolę wyciągać słuchawki z uszu, ale nie tym razem.
Czas pracy
Producent obiecuje do 12 godzin pracy, ale… z wyłączonym ANC. Z aktywną redukcją hałasu osiągi są znacznie gorsze, jednakże wciąż w normie. W moim teście baterii słuchawki z aktywnym kodekiem aptX Adaptive i włączoną redukcją hałasu wytrzymały dokładnie 6 godzin, bo po takim czasie „padała” lewa słuchawka. Dla porównania w tym samym teście „czwórki” uzyskały 5 godzin i 30 minut.
Niestety ze względu na wspomnianą niestabilność transmisji aptX Lossless nie mogłem sprawdzić osiągów z kodekiem bezstratnym.
Aplikacja Sennheiser Smart Control Plus
Sennheiser Smart Control Plus to udana aplikacja mobilna – wszystkie ważne funkcje są na ekranie głównym, umożliwiają one swobodne przestrojenie słuchawek, jak i skonfigurowanie poszczególnych aspektów. Nie przekonuje mnie tylko samouczek wciskany na siłę, czyli musimy przeklikać „Explore features”, żeby widżet zniknął z interfejsu. Trudno także usprawiedliwić ciągły brak spolszczenia.





Szczegółowe opisywanie funkcji mija się z celem – wystarczy spojrzeć na zrzuty ekranu. Napomknę tylko o dwóch, najważniejszych nowościach, czyli dźwięku Dolby Atmos z opcjonalnym śledzeniem ruchu głowy, który schowano w widżecie „Immersive audio”, a także bardziej rozbudowanym EQ, bo ośmiopasmowym, a nie trzypasmowym. Pierwsza funkcja zakotwicza dźwięk przestrzennie, wirtualna scena pozostaje przed nami bez względu na ruch głową. Druga pozwala precyzyjnie dostosować pasma od 40 Hz do 15 kHz.
Warto wiedzieć, że Dolby Atmos Head Tracking wyklucza się z dźwiękiem 24 bit, a EQ nie jest jeszcze tak zaawansowane, jak to parametryczne w nagłownych Sennheiserach HDB 630. Niemniej brzmienie można już łatwo skorygować, o ile poczujemy taką potrzebę.
Specyfikacja
- konstrukcja: dokanałowa, TWS
- przetworniki: dynamiczne 7 mm
- interfejsy: Bluetooth 6.0 (kodeki SBC, AAC, aptX, aptX Adaptive, aptX Lossless)
- pasmo przenoszenia: 5 Hz-21 kHz
- THD: <0,08%
- skuteczność: 107 dB
- mikrofon: 4 mikrofony na stronę (w tym kostny), pasmo 50 Hz-16 kHz
- funkcje: adaptacyjne i hybrydowe ANC, Dolby Atmos z Head Tracking, tryb transparentny, sterowanie dotykowe, Google Fast Pair, Microsoft Swift Pair, redukcja wiatru, szybkie ładowanie, aplikacja Sennheiser Smart Control Plus, wymienne akumulatory, odporność na pył i zachlapania (IP54)
- akumulatory: litowo-jonowe (słuchawki: 72 mAh, etui: 760 mAh)
- czas pracy: do 6 godzin z ANC (jednorazowo); do 40 godzin (łącznie z etui)
- masa: 7 g (pojedyncza słuchawka); 55 g (etui)
Brzmienie
Momentum 5 bazują na dobrze znanych, 7-milimetrowych przetwornikach dynamicznych i nie posiadają dodatkowych przetworników armaturowych czy xMEMS. Mnie ich nie brakowało, bo bas schodzi nisko, pasmo średnie jest czytelne, a góra pasma pozostaje bezpośrednia, ale nie wyostrzona. Słuchawki zapewniają więc gęsty, przyjemny w odbiorze i gładki dźwięk. Czego innego oczekiwać od mobilnych dokanałówek?
Ostateczny rezultat będzie jednak zależał od aktywnego kodeka czy wybranego trybu przestrzennego Dolby Atmos, a nowy korektor dźwięku także pozwala swobodnie dostroić brzmienie do preferencji czy też repertuaru. Zacznijmy od fabrycznej konfiguracji z kodekiem aptX Adaptive, a następnie przejdźmy do wariantu bezstratnego i innych ulepszaczy brzmienia.

Sennheiser Momentum True Wireless 5 – sygnatura dźwiękowa (aptX Adaptive)
Słuchawki brzmią muzykalnie i rozrywkowo, czyli bas jest oczywiście podkreślony. Niskich tonów jest sporo i schodzą nisko w subbas, ale wciąż podawane są w łatwostrawnych ilościach. Nie ma też problemów z kontrolą basu, a faktury instrumentów są przyzwoicie zróżnicowane. Dół pasma nie przytłacza tym samym średnicy, która brzmi ciepło i blisko, więc instrumenty oraz wokale nie giną w tle. To częściowo zasługa wysokich tonów – spokojnych i łagodnych, ale na tyle wyrazistych, że muzyka nie sprawia wrażenia zamulonej czy zgaszonej.
Zatem prosto z pudełka sygnatura dźwiękowa jest niejako typowa dla sprzętu przenośnego, czyli przyjemna w odbiorze i uniwersalna. Słychać też charakterystyczną miękkość oraz gładkość, typową dla słuchawek Bluetooth. Podobnie sprawa ma się ze sceną dźwiękową – kanały są od siebie mocno odseparowane, a muzyka wydaje się otaczać słuchacza, jak przystało na słuchawki TWS z wyższej półki. Ponadto absolutnie nic się ze sobą nie zlewa za sprawą wzorowej separacji dźwięków – każdy instrument łatwo wydzielić z całości.
Sennheiser Momentum True Wireless 5 – aptX Adaptive vs aptX Lossless
Kodek aptX Lossless ma wpływ na brzmienie, a szczególnie skrajne pasma. Bas zaczyna rozbrzmiewać jeszcze swobodniej, wydaje się masywniejszy i chętniej osiąga najniższe zakresy, a zyskuje także na dynamice i szczegółowości. Z kolei wysokie tony stają się bardziej precyzyjnie i klarowniejsze – talerze perkusyjne, smyczki czy gitary solowe oraz wokale sprawiają wrażenie czystszych. Uważam, że największy wpływ słychać właśnie w sopranie, na drugim miejscu jest bas, a na trzecim scena dźwiękowa – nieco szersza niż z kodekiem aptX Adaptive.
Daje się ponadto wychwycić, że brzmienie jest mniej wygładzone, a bardziej wyraziste i twardziej zarysowane. Przełączając się pomiędzy kodekami miałem wrażenie, że z aptX Adaptive dźwięk jest wręcz lekko mdły. Czy ma to znaczenie na co dzień? W wygodnym fotelu z kawą lub herbatą w dłoni jak najbardziej – aptX Lossless oferuje brzmienie w wyższej rozdzielczości, co sprzyja rozkładaniu utworów na czynniki pierwsze. W trakcie podróży czy spaceru po zatłoczonym mieście nie będzie to jednak miało specjalnego znaczenia, więc w takim scenariuszu lepiej wybrać aptX Adaptive dla stabilniejszego połączenia.
Sennheiser Momentum True Wireless 5 – Dolby Atmos, Bass Boost i EQ
Aplikacja mobilna zapewnia szereg narzędzi do tuningu brzmienia. Pierwszym jest Dolby Atmos, dostępny w wariancie podstawowym lub ze śledzeniem ruchu głowy. Standardowy tryb ulepszacza rzeczywiście powiększa scenę na boki i w pionie, ale kosztem naturalności – dźwięk staje się bardziej cyfrowy i trochę ostrzejszy. Niemniej efekt jak najbardziej może się podobać, gdy zależy nam na bardziej koncertowej przestrzeni.
Z kolei funkcja Head Tracking zakotwicza scenę przed nami, co sprawdza się nieźle do oglądania koncertów czy filmów lub seriali, ponieważ wtedy dźwięk wydaje się dobiegać z ekranu i „zostaje” tam, gdy poruszamy głową. Trzeba się do tego przyzwyczaić, ale po kilku chwilach taka prezentacja staje się dość naturalna. Natomiast w zastosowaniach typowo melomańskich śledzenie pozycji głowy mocno rozprasza, a już szczególnie gdy jesteśmy w ruchu.
Mnie basu ani przez moment nie brakowało, ale jeśli poczujemy niedosyt, to wystarczy jedno kliknięcie w aplikacji, by niskie tony wyszły przed szereg i zaczęły dominować. Bass Boost znacznie zwiększa ilość dołu – akcentuje zarówno jego średni, jak i niski zakres, co spodoba się fanom cięższej elektroniki, a może pomóc także w niektórych realizacjach metalowych. Muszę przyznać, że funkcja została zaimplementowana poprawnie, bo bas wciąż nie dudni, mimo jego hojnych ilości.
Sam jednak wolałem iść w innym kierunku, czyli nieznacznie rozjaśniałem brzmienie. Z łatwością udało się to uzyskać za pomocą ośmiopasmowego korektora dźwięku – lekkie przesunięcie trzech ostatnich suwaków w górę dodało klarowności i wyrównało brzmienie, ale nie kosztem przyjemności z muzyki. Momentum True Wireless 5 nie stawały się sykliwe, wciąż brzmiały łagodnie i przystępnie, ale przekazywały więcej informacji w wysokich tonach.
Jeśli nie czujemy się pewnie, możemy spersonalizować brzmienie automatycznie za pomocą funkcji Sound Personalization. Sennheiser podchodzi do tematu inaczej od reszty, czyli personalizujemy odsłuchując odpowiednio spreparowane utwory, wybierając próbki brzmiące dla nas najlepiej. Uważam, że to lepsze niż „testy słuchu”, które trwają długo, są nieprzyjemne i nie zawsze dają satysfakcjonujące rezultaty.
Sennheiser Momentum True Wireless 5 – porównanie z Sennheiser Momentum True Wireless 4
Momentum True Wireless 5 to pewny krok naprzód względem poprzednika. Nie należy oczekiwać zupełnie innej sygnatury, ale zdążyliśmy się już do tego przyzwyczaić – osiągnięto na tyle wysoki poziom dźwięku, że kolejne iteracje słuchawek jedynie dopieszczają poszczególne aspekty. Tak jest i w tym przypadku, ponieważ „piątki” oferują bardziej zwarty i dynamiczny bas, który chętniej schodzi w subbas, a do tego brzmią klarowniej w sopranie.
To tyle i aż tyle, ponieważ nie wiąże się to z negatywnymi konsekwencjami – Momentum 5 są równie przyjemne w odbiorze, co „czwórki”, czyli nie syczą i nie zalewają muzyki basem. W górę poszła strona techniczna, ale słuchawki pozostały po muzykalnej stronie mocy. Co innego, że aktualnie poprzednik wymaga znacznie mniejszego wydatku (700 zł vs 1300 zł), więc trudno usprawiedliwić różnicę w cenie samym progresem w jakości dźwięku.
Podsumowanie
Ryzyko się opłaciło – nowe obudowy oraz etui to sukces. Słuchawki zmalały, pudełko stało się bardziej poręczne, co wpłynęło pozytywnie na ergonomię i użytkowanie. Nie muszę też przekonywać, że możliwość łatwej wymiany akumulatorów to atut nowych Momentumów. Producent ponadto dopieścił ANC i tryb transparentny, rozbudował EQ z trzech do ośmiu pasm oraz zaimplementował Dolby Atmos w dwóch smakach. Czas pracy lekko się wydłużył, a brzmienie pozostało muzykalne, ale jest teraz bardziej zwarte w basie i klarowniejsze w sopranie.
Mam tylko nadzieję, że Sennheiser rozwiąże problemy ze stabilnością transmisji aptX Lossless. Początkowo założyłem, że to wina nadajnika Creative BT-W6, ale nagłowne Momentum 5 działały z nim bez problemu. Wciąż brakuje też spolszczenia aplikacji, a mimo wszystko intensywność ANC powinna być konfigurowalna, tak dla zasady.

Sennheiser Momentum True Wireless 5 kosztują około 1300 zł. Trudno więc nazwać je opłacalnymi, ponieważ aktualnie Momentum True Wireless 4 są dostępne za połowę ceny nowości. Jeśli więc szukamy jak najwięcej za jak najmniej, to lepiej sięgnąć po „czwórki”. Gdy jednak cena nie gra roli, to bezsprzecznie wygrywają Momentum True Wireless 5. Przynoszą one progres w wielu aspektach i są tym samym długo wyczekiwanym powiewem świeżości.

Dla Sennheiser Momentum True Wireless 5
Zalety:
+ wysoka jakość wykonania
+ wzorowa ergonomia
+ poręczne etui
+ skuteczne ANC
+ znakomity tryb transparentny
+ wysoka jakość rozmów
+ wymienne akumulatory
+ funkcjonalna aplikacja
+ ośmiopasmowe EQ
+ dobry czas pracy
+ kodek aptX Lossless
+ gęste, ciepłe, gładkie i przyjemne brzmienie
+ duża scena dźwiękowa
Wady:
– problemy ze stabilnością aptX Lossless
– brak regulacji poziomu ANC
– brak spolszczenia aplikacji
Sprzęt dostarczył:



![EarFun Wave Pro X [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2026/10/EarFun-Wave-Pro-X-218x150.jpg)
![Sennheiser Momentum 5 Wireless [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2026/06/Senneiser-Momentum-5-218x150.jpg)
![FiiO EH13 [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2026/06/FiiO-EH13-218x150.jpg)
![Sennheiser RS 275 [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2026/05/Sennheiser-RS-275-218x150.jpg)
![Sennheiser HDB 630 [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2025/12/Sennheiser-HDB-630-218x150.jpg)
Recenzja jak zwykle fachowa i szczegółowa.
Interesuje mnie od jakiegoś czasu, i Ty też o tym wspomniałeś że ,,aptX Lossless oferuje brzmienie w wyższej rozdzielczości”.
No więc jak muzyka w 16bitach i 44,1 kHz może mieć większą rozdzielczość niż muzyka w 24 bitach o 192 kHz? Że jest bezstratna przy Aptx Losles to rozumiem. Może ktoś wytłumaczy.
„Rozdzielczość” to w tym kontekście audiofilski żargon. Nie przepadam za nim, ale akurat dobrze oddaje to, że z kodekiem aptX Lossless słuchawki przekazują więcej detali i nie słychać już kompresji typowej dla interfejsu Bluetooth, a szczególnie w wysokich tonach. Dzięki za komentarz i trafne pytanie – postaram się na przyszłość lepiej definiować tę „rozdzielczość” lub w ogóle unikać słowa 🙂
Ok, teraz wszystko jasne.
Gdybym nie miał Czwórek, to pewnie bym kupił Piątki. Chyba że cena za rok spadnie do akceptowalnego poziomu.