Sivga Lyrebird nie są zwyczajnymi hybrydami. W metalowo-drewnianych obudowach upakowano cztery typy przetworników, a kabel skonstruowano z trzech rodzajów miedzi OFC i zwieńczono wtyczką 4,4 mm. Mimo zaawansowanej konfiguracji, cena nie przeraża, bo Lyrebird plasują się w dolnych rejonach średniej półki.
Raptem miesiąc temu przetestowałem pierwsze „kwadbrydy”, czyli świetne SIMGOT-y SuperMIX 4. Zachwyciłem się ich zrównoważonym, ale muzykalnym charakterem, a także udanym zestrojeniem przetworników – dynamik, armatura, mikro-planar oraz piezoelektryk wzorowo ze sobą współpracowały. Słuchawki nie podpadły mi ergonomią czy stroną użytkową, ale kręciłem nosem na niezbalansowany kabel, co ostatecznie wybaczyłem, gdy wziąłem pod uwagę niewygórowaną cenę modelu SuperMIX 4 (ok. 700 zł).
Wszystko wskazuje na to, że tytułowe Lyrebird to odpowiedź na SuperMIX 4. Sivga podniosła jednak poprzeczkę, ponieważ nie poskąpiła kabla zbalansowanego i to nie byle jakiego. Podobnie jak w nagłownych słuchawkach Egret czy Apollo Pro od Sendy Audio, submarki Sivga, wykonano go z trzech rodzajów miedzi OFC – zwykłej, posrebrzonej oraz pozłocono-posrebrzonej, a za pierwszy przewodnik odpowiada Furukawa. Jakby tego było mało, obudowy są metalowo-drewniane, jak przystało na słuchawki Sivga.
Cena modelu Lyrebird wynosi… ok. 700 zł. Czyżby SuperMIX 4 straciły rację bytu?
Wyposażenie
Zestaw zawiera:
- 7 par tipsów silikonowych (rozmiary S, M, L);
- kabel 2-pin 0,78 mm > 4,4 mm (długość ok. 120 cm);
- futerał;
- dokumentację.
Zestaw jest bogatszy od SuperMIX 4, bo oprócz zbalansowanego kabelka otrzymujemy nie jeden, a dwa komplety tipsów. Końcówki pierwszego typu są zwyczajne, a te alternatywne kojarzą się z tipsami SpinFit – są przezroczyste, przyjemne w dotyku i mają elastyczne trzpienie. Nie zabrakło także skóropodobnego etui w charakterystycznej dla Sivga złoto-brązowej kolorystyce.
Konstrukcja i jakość wykonania
W słuchawkach o tak zaawansowanej konfiguracji przetworników i z trójkompozytowym kablem nie spodziewałem się wyszukanego wzornictwa, ale myliłem się. Obudowy Lyrebird wykonano z aluminium klasy lotniczej, a faceplate’y z drewna stabilizowanego, czyli odpowiednio spreparowanego żywicą, najpewniej akrylową. Rezultat jest niczego sobie – pokrywki słuchawek mają unikalny układ słojów, wyjątkową fakturę i ciekawą kolorystykę.


Trudno oderwać wzrok od faceplate’ów, ale jeśli się nam uda, na obudowach dostrzeżemy także otwory odpowietrzające, niewielkie oznaczenia kanałów, standardowe tulejki oraz gniazda 2-pin 0,78 mm. Zostały one jednak wpuszczone w obudowy, więc wymagają wydłużonych wtyczek – te w fabrycznym kablu skonstruowano tak, że chowają się we wnękach, więc wyglądają równie estetycznie, co wtyczki MMCX.
Kabel robi nie lada wrażenie. Spleciono go z dwóch żył zabezpieczonych półprzezroczystą izolacją, która odsłania ekranowanie. Do jego produkcji wykorzystano aż 30 drucików miedzi OFC od Furukawa, 10 drucików posrebrzonej miedzi oraz 10 drucików emaliowanej i pozłoconej miedzi posrebrzonej (!). Wszelkie elementy na kablu zostały wykonane z aluminium, a odcinek tuż przy wtyczce 4,4 mm zabezpieczono sprężyną.
Na oko jakość zastosowanych materiałów, ich obróbka i spasowanie nie budzą choćby najmniejszych wątpliwości. Fotografie makro wykazują już minimalne niedoskonałości, jak ryski w obrębie gniazd 2-pin 0,78 mm czy delikatnie wyszczerbione ranty tulejek, ale nie ma to jakiegokolwiek znaczenia na co dzień. Sivga Lyrebird i tak wyglądają na droższe, niż w są rzeczywistości.
Ergonomia i użytkowanie
Lyrebird to maleństwa, jak na „kwadbrydy”. Wprawdzie SuperMIX 4 także nie należą do dużych, ale bohater testu cechuje się smuklejszymi obudowami, ponieważ w przeciwieństwie do konkurenta nie nadano im ergonomicznego kształtu. Czy to problem? Moim zdaniem nie, ponieważ Lyrebird wciąż wzorowo trzymają się uszu, nie odstają i nie wypadają, a przynajmniej w moim przypadku. Nie przepadam jednak za chłodem aluminium – żywiczne SuperMIX 4 są przyjemniejsze w kontakcie ze skórą.
Izolacja akustyczna jest przeciętna – słuchawki wyciszają otoczenie, pozwalają już skupić się na dźwięku, ale jeszcze nie odcinają od hałasu, więc zachowujemy kontakt ze światem. Nie inaczej było w przypadku konkurenta marki SIMGOT. Jednak w przeciwieństwie do SuperMIX 4 nie musiałem precyzyjnie aplikować słuchawek, wkładać ich na odpowiednią głębokość, by uszczelnić kanały słuchowe. SuperMIX 4 były w tym aspekcie bardziej wymagające.
Kabel można ocenić dwojako. Przewód sprawia wrażenie solidnego, jest odpowiednio ciężki oraz śliski za sprawą wysokiej jakości izolacji, która nie zahacza o ubrania i nie hałasuje. Z kolei zausznice zostały optymalnie odgięte, więc nie spadają z małżowin usznych. Doceniłem także wyprofilowaną wtyczkę 4,4 mm, którą wygodnie się wpina i wypina, a także smukły rozdzielacz z pasującym do niego suwakiem.

Co jest zatem nie tak? Żyły są sztywniejsze niż zazwyczaj w IEM-ach, a już szczególnie w odcinku od wtyczki Pentaconn do splittera – taka jest cena trójkompozytowej konstrukcji. Wprawdzie kabel jest nadal cieńszy i lżejszy od tego ze słuchawek stacjonarnych Sendy Audio, modeli Egret i Apollo Pro, ale kabel nie układa się perfekcyjnie – nie jest tak lejący się i elastyczny, jakby się chciało. Zawiodłem się także suwakiem, który jest zbyt luźny, więc nie utrzymuje pozycji.
Specyfikacja
- przetworniki: dynamiczny 10 mm + armaturowy + mikro-planarny + piezoelektryczny 9,2 mm
- pasmo przenoszenia: 20 Hz-20 kHz
- impedancja: 14 Ω
- czułość: 108 dB
- THD: <1%
- kabel: miedź Furukawa OFC + posrebrzona miedź + pozłocona posrebrzona miedź, 2-pin 0,78 mm > 4,4 mm, długość ok. 120 cm
- masa: 6 g (pojedyncza słuchawka); 40,9 g (obie słuchawki z kablem, tipsami itd.)
Brzmienie
Nie ukrywam, że miałem obawy odnośnie Lyrebird. Testowane jakiś czas temu, planarne Sivga Nightingale i Nightingale Pro nie przypadły mi do gustu – ich średnicowo-sopranowe strojenie było oryginalne, ale mało uniwersalne. W przypadku Lyrebird producent poszedł w innym kierunku – słuchawki brzmią równiej, bardziej uniwersalnie i muzykalnie od Nightingale Pro, ale przy zachowaniu wysokiego poziomu technicznego.
Na pochwałę zasługuje także zestrojenie przetworników. Wprawdzie słychać, że Lyrebird to hybrydy – wychwycimy, że bas (dynamik) jest miększy od średnicy (armatura), a wysokie tony są zarysowane (mikro-planar) oraz rozciągnięte (piezolektryk). Niemniej tworzą one spójną całość, czyli pomiędzy pasmami nie ma dziur, a poszczególne przetworniki wzajemnie się uzupełniają.
Nie inaczej opisywałem SuperMIX 4, ponieważ pomiędzy modelami jest wiele podobieństw, ale nowość Sivga to nie kopiuj-wklej. Najpierw skupmy się jednak na brzmieniu i scenie dźwiękowej modelu Lyrebird.
Sivga Lyrebird – tipsy
Oba komplety nakładek różnią się przede wszystkim kształtem i rozmiarem, bo końcówki przezroczyste są wyraźnie większe od tych standardowych. Otwory wylotowe mają jednak zbliżoną i tym samym dość dużą średnicę, więc nie słychać specjalnej różnicy w brzmieniu – tipsy nie nadają się więc do tuningu słuchawek.

Spodobał mi się elastyczny silikon w tipsach przezroczystych, ale niestety nie mogłem z nich korzystać. Końcówki w rozmiarze S były dla mnie trochę za małe, zaś M-ki za duże – trudno było mi uzyskać trwałe uszczelnienie kanałów słuchowych. Do testu wykorzystałem więc standardowe końcówki.
Sivga Lyrebird – sygnatura dźwiękowa
Niskie tony są odpowiednio dociążone – Lyrebird potrafią wygenerować masywny średni bas oraz punktowy wyższy. Częstotliwości subbasowe są osiągane, ale mają mniejszy priorytet. Niemniej bas potrafi już zabrzmieć efektownie w gatunkach elektronicznych, co jest także zasługą wysokiej dynamiki, mocnego ataku, szybkiego wybrzmiewania oraz długiego podtrzymywania, gdy wymaga tego repertuar. Do czego można się przyczepić? Bas jest zróżnicowany, ale jego charakter pozostaje dość gładki i miękki – nie jest bezkształtną masą, ale priorytet ma muzykalność, a nie szczegółowość.
Pasmo średnie nie daje się przytłoczyć, ma neutralny i zrównoważony charakter – niższy i wyższy podzakres nie walczą ze sobą. Lyrebird potrafią więc przekazać zarówno ciepło i nasycenie instrumentów czy tembr wokali, jak i zabrzmieć w sposób zarysowany, wyrazisty i klarowny. Słuchawki są elastyczne, w trakcie testów bez problemu przeskakiwałem z jazzu na elektronikę. Słychać jednak, że średnica to sprawka przetwornika armaturowego – szczegółowość jest wysoka, dźwięk konturowy i precyzyjny. Wciąż współgra to z miękkim basem, ale nie ma wątpliwości, że Lyrebird to hybrydy.
Sopran ma wiele do powiedzenia. Duet przetworników mikro-planarnych oraz piezoelektrycznych zapewnia mocno doświetlone, klarowne i bezpośrednie brzmienie – o zgaszeniu czy przyciemnieniu muzyki nie ma absolutnie mowy. Dźwięk jest jasny, niezłagodzony i pozbawiony woalu. Na szczęście nie przedobrzono – sybilizacja nie jest problemem, o ile słuchamy dobrze zmasterowanej muzyki, ponieważ słuchawki nie usuną sykliwości zawartej w nagraniach. W dobrych realizacjach wokale będą pięły się wysoko, podobnie jak gitary solowe, smyczki czy dęciaki, a talerze perkusyjne zabrzmią metalicznie i selektywnie.
Sivga Lyrebird – scena dźwiękowa
Lyrebird mogą pochwalić się także dużą, elipsoidalną sceną dźwiękową – słuchawki rozciągają instrumenty daleko na boki. Zawdzięcza się to przede wszystkim połączeniu zbalansowanemu, które zapewnia mocno odseparowane kanały dźwiękowe. Głębia i wysokość sceny Lyrebird zajmują kolejne miejsca w hierarchii, ale pozostałe płaszczyzny są na tyle rozległe, że źródła pozorne są już pozycjonowane trójwymiarowo.
Holografia jest dobra, ale nie wybitna – instrumenty są mocno odseparowane, wydają się już zajmować w scenie obszary, a nie punkty. Słuchawki nie brzmią więc szkicowo czy płasko, ale do poziomu z wyżej pozycjonowanych słuchawek jeszcze trochę brakuje, ponieważ źródła pozorne w Lyrebird nie są jeszcze tak duże i „namacalne”, jak i w hi-endowych dokanałówkach. Niemniej łatwo przymknąć na to oko, gdy mowa o słuchawkach za ułamek ceny topowych modeli.
Sivga Lyrebird – porównania z SIMGOT SuperMIX 4 i Kefine Arnar
SIMGOT SuperMIX 4
Lyrebird i SuperMIX 4 mają ze sobą wiele wspólnego – jedne i drugie słuchawki celują w równowagę, zapewniają wysoki poziom techniczny oraz pozwalają zarówno na krytyczne odsłuchy, jak i czysty relaks. Daje się też wychwycić, że oba modele to „kwadbrydy” – miększy bas zestawiono z twardszą średnicą, a całość dopełnia zarysowany, rozciągnięty i swobodny sopran.

Okazuje się jednak, że w SuperMIX 4 średni bas jest trochę bliższy, a wysokich tonów nieznacznie więcej. Moim zdaniem słuchawki od Sivga brzmią też kapkę gładziej w całym zakresie, nie są tak twarde w przekazie, nie zarysowują tak mocno dźwięku, ale może to wynikać z zastosowania innych przewodników. Kabel ma też ewidentny wpływ na przestrzeń – SuperMIX 4 z niesymetrycznym przewodem generują kulistą scenę, a Lyrebird z symetrycznym mają ją elipsoidalną za sprawą mocniejszej separacji kanałów.
Werdykt? Poziom jest naprawdę zbliżony, charakter słuchawek również zaskakująco podobny. Różnice można wręcz zatrzeć, gdy wymienimy kabel w SuperMIX 4 na zbalansowany. Sęk w tym, że Lyrebird mają balans prosto z pudełka i nie wymagają kolejnych wydatków – ode mnie punkt dla Sivga. Jeśli jednak szukamy twardziej zarysowanego dźwięku, a balansu nie potrzebujemy, SuperMIX 4 mogą okazać się lepsze.
Kefine Arnar
Kefine Arnar bazują na mniej zaawansowanej konfiguracji przetworników, bo to planarno-armaturowe hybrydy. Oferują one jednak system tuningu, czyli wymienne tulejki – srebrne, złote i czarne. Pierwsze zapewniają zrównoważony dźwięk, drugie „U-kształtny”, a trzecie cieplejszy i bardziej basowy.

Sivga Lyrebird są bliżej równowagi, mają pełniejszą średnicę i bardziej precyzyjny sopran – słychać, że brzmienie to sprawka wielu przetworników zróżnicowanego typu. Niemniej Arnar to również nie byle co, ponieważ słuchawki Kefine zapewniają mocny, gęsty i dociążony bas za sprawą przetwornika planarnego, twardo zarysowują brzmienie dzięki armaturze i można je dość łatwo dopasować do gustu czy aktualnie słuchanej muzyki. Ponadto Arnar są dostarczane z kablem modularnym, a do wyboru mamy końcówki 4,4 mm oraz 3,5 mm.
Lyrebird nie są modularne – nie przestroimy ich filtrami i nie wymienimy wtyczki, więc mimo podobnej ceny, to Arnar dają większe możliwości. Brzmieniowo stawiam Sivgi wyżej za sprawą świetnego zestrojenia przetworników i ich wzajemnego uzupełniania się – pasmo jest kompletne, przejścia pomiędzy podzakresami płynne. W Arnar jest z tym trochę gorzej, niemniej również zapewniają one rozdzielcze, dynamiczne brzmienie, a do tego brzmią efektowniej w basie i łagodniej w wyższej średnicy oraz sopranie. Wybór jest trudny.
Sivga Lyrebird – wysterowanie i synergia
Lyrebird nie są słuchawkami wymagającymi – wysterujemy je z jakiegokolwiek źródła z wyjściem 4,4 mm i raczej nie będą potrzebowały wyższych poziomów wzmocnienia. W trakcie testów podłączałem je zarówno do mniej wydajnych urządzeń (Tanchjim Space II), jak i potężnych odtwarzaczy (FiiO M17) oraz rozbudowanych kombo (FiiO R9). Wystarczało niskie lub co najwyżej średnie podbicie, sygnał był mocny, ale czysty.

Z synergią jest podobnie – zrównoważone i neutralne tonalnie słuchawki dogadają się z przeróżnymi źródłami. Wspominane wyżej modele zgrały się świetnie z Lyrebird, a i bardziej analogowe w charakterze sprzęty im pasowały. Dla przykładu Cayin RU9 zapewnił słuchawkom wzorowe warunki pracy w każdym trybie – tranzystorowym oraz dwóch lampowych. Unikałbym tylko urządzeń brzmiących jasno czy ostro, ale to w dzisiejszych czasach rzadkość.
Podsumowanie
Sivga Lyrebird nie nudzą. Słuchawki wyróżniają się aluminiowo-drewnianymi obudowy, zjawiskowym wzornictwem oraz wyjątkowym, trójkompozytowym kablem zbalansowanym. Do worka z pozytywami można wrzucić także wysoką ergonomię, a trudno kręcić nosem na brzmienie – zrównoważone, klarowne i precyzyjne, ale wciąż muzykalne oraz przystępne. Producent świetnie zestroił poszczególne przetworniki. Na plus oceniam również scenę dźwiękową, elipsoidalną i napowietrzoną.
Znalazłem kilka wad. Kabel nie jest tak elastyczny, jak te wykonane na bazie jednego czy dwóch rodzajów przewodników, a suwak rozdzielacza jest za luźny. Rozmiarówka alternatywnych tipsów budzi pewne wątpliwości. Z kolei bas mógłby być bardziej fakturowy, a holografia jeszcze lepsza, ale…

…wtedy słuchawki nie kosztowałyby 700 zł. Relacja jakości do ceny jest wzorowa, Lyrebird zdetronizowały mojego niedawnego faworyta, ponieważ są mniejsze i subiektywnie ładniejsze od SuperMIX 4, a do tego mają w zestawie rewelacyjny kabel zbalansowany. Polecam Sivga Lyrebird wszystkim, którzy lubią zrównoważone, precyzyjne, ale wciąż muzykalne brzmienie. Odradzam natomiast fanom skrajności – ekstremalnego basu czy wyżyłowanej góry.
Dla Sivga Lyrebird
Zalety:
+ praktyczne wyposażenie
+ wysoka jakość wykonania
+ oryginalne wzornictwo
+ wysoka ergonomia
+ estetycznie zrealizowane złącza 2-pin 0,78 mm
+ trójkompozytowy kabel zbalansowany
+ przyzwoita izolacja akustyczna
+ zrównoważone, kompletne i precyzyjne brzmienie o muzykalnym sznycie
+ szeroka, elipsoidalna scena dźwiękowa
Wady:
– sztywny kabel i luźny suwak
– alternatywne tipsy mają nietypową rozmiarówkę
– bas mógłby być bardziej zróżnicowany
Sprzęt dostarczył:





![Fosi Audio IM4 [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2026/08/Fosi-Audio-IM4-218x150.jpg)
![Kefine Arnar [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2026/08/Kefine-Arnar-218x150.jpg)
![SIMGOT SuperMix 4 [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2026/07/Simgot-Supermix-4-218x150.jpg)
![Sivga Nightingale Pro [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2026/03/Sivga-Nightingale-Pro-218x150.jpg)
![Oriveti Bleqk Purecaster [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2025/12/Oriveti-Bleqk-Purecaster-218x150.jpg)