Apogee Groove to mobilny przetwornik do zastosowań profesjonalnych oraz melomańskich, który jest dostępny w sprzedaży od wielu lat. Urządzenie zostało wyposażone w ośmiokanałowy DAC od ESS Technology, diodowy wskaźnik oraz sprzętową regulację głośności. Groove ma zapewnić wierne, klarowne i szczegółowe brzmienie, a także zapas mocy.

Apogee Groove zadebiutował dawno, jak na standardy elektroniki użytkowej, bo w 2015 roku, a wciąż jest dostępny w sprzedaży. Nie miałem wówczas okazji, żeby go przetestować, więc przetwornik trafił na listę urządzeń „do nadrobienia”. Niestety rzadko się ona zmniejsza, ale gdy już sięgam po przegapione hity, to zazwyczaj nie jestem zawiedziony. Tak było ostatnio z Questyle’em M15, który także trafił do mnie z opóźnieniem, ale nie tak znacznym, jak w przypadku bohatera testu, niejako wyprzedzającego swoje czasy.

REKLAMA
final

Tytułowy Apogee Groove to protoplasta Questyle’a M15, bo mowa o produkcie tej samej kategorii, czyli przenośnym przetworniku czy też mobilnym urządzeniu typu DAC/AMP. Wyszedł on spod dłuta producenta zajmującego się sprzętem do zastosowań profesjonalnych, więc zamiast audiofilskich uniesień ma zapewnić możliwie neutralne i wierne brzmienie. Nie zaskakują więc lakoniczne opisy marketingowe oraz to, że Groove bazuje na kostce ESS Technology, bliżej nieokreślonym, ośmiokanałowym przetworniku.

Pytania nasuwają się same: Czy Apogee Groove jest wciąż warty zainteresowania? Jak urządzenie wypada na tle nowszych rozwiązań? Odpowiedzi poniżej.

Wyposażenie

Zestaw zawiera:

  • kabel USB-A – micro USB (długość 96 cm);
  • kabel USB-C – micro USB (długość 96 cm);
  • pokrowiec.

Zaskoczyła mnie obecność kabla z wtyczką USB-C, ale producent dorzucił go z czasem – pierwotnie przetwornik był dostarczany jedynie z kablem USB-A – micro USB. Oprócz przewodów otrzymujemy także prosty woreczek z aksamitnego materiału, który jest zaciskany na sznurek.

Konstrukcja

Apogee Groove nadal wygląda świetnie, ale trudno się dziwić – minimalistyczne wzornictwo się nie starzeje. Obudowa ma lekko zaoblony kształt, dominuje matowa czerń, a oznaczenia są biało-srebrne. Pozytywnie oceniam także jakość wykonania, bo obudowę skonstruowano z grubego aluminium o szorstkim wykończeniu, a wszelkie nadruki naniesiono precyzyjnie. Co więcej spód został niemal w całości pokryty warstwą silikonu, z którego wykonano także pokrywki przycisków.

Te ostatnie znajdują się na froncie i służą oczywiście do regulacji głośności. Pomiędzy nimi umieszczono rząd trzech, wielokolorowych diod. Z kolei na krótszych ściankach znajdziemy wyjście 3,5 mm oraz gniazdo micro USB. Dobór złącz nie zaskakuje – w świecie profesjonalnego audio dominują słuchawki niezbalansowane, a w momencie premiery modelu Groove standard USB-C dopiero raczkował. Warto zauważyć, że w jednym z rogów, tym tuż przy złączu micro USB, znajduje się także uchwyt na smyczkę, której jednak nie znajdziemy w zestawie.

Ergonomia i użytkowanie

Apogee Groove nie należy ani do najmniejszych (9,5 x 3 cm), ani najsmuklejszych (1,5 cm) przetworników mobilnych, ale jego wymiary są wciąż dość kompaktowe. Zatem transport nie przysparza problemów, a odsłuchy w podróży jak najbardziej wchodzą w grę. Podoba mi się także kształt obudowy – jej krawędzie nie są ostre, a urządzenie zwęża się ku dołowi, więc w dłoni Groove przypomina niewielki pilot. Urządzenie jest też dość masywne (57 g), a silikonowy spód świetnie je stabilizuje na blacie mebla, dzięki czemu przetwornik nie przesuwa się w trakcie odsłuchów.

Duże i odstające przyciski łatwo wyczuć, a ich klik jest bez zarzutu, więc regulacja głośności jest komfortowa. Nie rozczarowuje także sama skala regulacji, ponieważ jest odpowiednio gęsta, co pozwala precyzyjnie dostosować moc. Sygnalizują ją diody, zapełniające się stopniowo kolorem różowym. Nie jest to ich jedyna funkcja, bo gdy nie korzystamy z przycisków, diody wskazują kolorem zielonym poziom sygnału w czasie rzeczywistym – praktyczna funkcja dla muzyka czy realizatora i dość efektowna dla melomana czy audiofila. Niestety diody są zbyt jasne i nie można ich wyłączyć, więc mogą przeszkadzać po zmroku.

Apogee Groove został zaprojektowany z myślą o współpracy z komputerami. Z tego też powodu oba interkonekty cyfrowe są dość długie (ok. 100 cm), a producent zaleca również zainstalowanie sterowników, jeśli korzystamy ze sprzętu na Windowsie. Okazało się, że nie były one potrzebne, ale i tak warto po nie sięgnąć, jeśli chcemy dostosować rozmiar bufora (64-1024 próbki). Według producenta Groove nie będzie działał z urządzeniami przenośnymi ze względu na niewystarczające napięcie wyjściowe, ale to już nieaktualne, bo współczesne smartfony sobie z nim poradzą. Z moim Samsungiem Galaxy S21 FE nie było problemów.

Groove nagrzewa się podczas użytkowania, ale temperatury mieszczą się w graniach normy – zmierzyłem maksymalnie 39°C. Nie stwierdziłem też problemów z zakłóceniami, na które cierpiał wspominany we wstępie Questyle M15. Trzaskami czy szumem również nie musiałem się przejmować, a mocy nigdy mi nie zabrakło – dokanałówki brzmiały głośno już na pierwszych stopniach skali, a dla wymagających i wysokoomowych słuchawek wystarczało 30-40% głośności. Warto wiedzieć, że regulacja głośności jest sprzętowa – w przypadku smartfona regulujemy ją niezależnie względem tej systemowej.

Specyfikacja

  • przetwornik: ośmiokanałowy ESS Sabre DAC (Quad SUM DAC)
  • wzmacniacz: Constant Current Drive
  • obsługa: PCM 24 bit/192 kHz
  • wejście cyfrowe: micro USB
  • wyjście analogowe: 3,5 mm
  • pasmo przenoszenia: 10 Hz-20 kHz
  • zakres dynamiki: 117 dB
  • moc: 225 mW @ 30 Ω; 40 mW @ 600 Ω
  • THD+N: -100 dB @ 30 Ω
  • wymiary: 95 x 30 x 15 mm
  • masa: 57 g

Brzmienie

Apogee Groove zasłużenie zyskał przychylne opinie. Nie dziwię się też, że sprzęt jest wciąż dostępny w sprzedaży, bo brzmienie jest nadal świetne – zrównoważone, bezpośrednie i zróżnicowane, a do tego przestrzenne. Co ciekawe sygnatura nie jest stereotypowa dla rozwiązań ESS Technology – tak, Groove brzmi równo i neutralnie, ale jest tym samym przystępny w odbiorze i muzykalny. Nie ma mowy o maksymalnie sterylnym, skrajnie laboratoryjnym dźwięku. Wszystko za sprawą klarownej, ale jednocześnie łagodnej góry pasma. Zacznijmy jednak od początku.

Bas nie jest wybrakowany – Groove schodzi w subbas, przekazuje masywny średni bas, jak i punktowy oraz zwiewny wyższy. Niskie tony charakteryzują się też odpowiednio energicznym atakiem, są podtrzymywane oraz sprawnie wygasają, gdy wymaga tego repertuar. Nie rozczarowuje także faktura instrumentów operujących basem – dół pasma jest zróżnicowany i szczegółowy. Gitary basowe, kontrabasy, syntezatory czy cyfrowe sample nie są więc zlaną masą. Myślę, że detali nikomu nie będzie brakowało, a zadowoleni będą także szukający w muzyce relaksu czy źródła rozrywki.

Pasmo średnie nie jest ani oddalone, ani wypchnięte, bo zrównoważono jego niższy oraz wyższy podzakres. Środek nie jest też bezwzględnie techniczny – słychać barwy i pewną gładkość, ale nie kosztem szczegółowości. Nie miałem też wrażenia wyostrzenia wyższej średnicy, ani nie narzekałem na agresywny charakter dźwięku, co często ma miejsce w przypadku przetworników ESS Technology. Rzadko też mam okazję postawić obok siebie nazwę „ESS Technology” oraz zwrot „naturalne brzmienie”, a tak jest w tym przypadku, bo Groove nie brzmi cyfrowo czy syntetycznie. W dźwięku jest coś „organicznego”, a może nawet lekko „analogowego”. Nie wszystkim producentom przetworników mobilnych udaje się ta sztuka.

Wysokie tony to największe zaskoczenie. Góra pasma rozbrzmiewa klarownie i wyraziście, jest rozciągnięta i selektywna, ale nie sprawia wrażenia wyżyłowanej. Moim zdaniem Groove nie brzmi ostro, nie syczy i nie kłuje. Oczywiście nie ma mowy o przyciemnieniu czy zgaszeniu dźwięku, a wciąż łatwo ocenić jakość realizacji czy też charakter podłączonych słuchawek. Niemniej Groove z pewnością nie męczy ilością sopranu, mogłem z niego korzystać bez uczucia zmęczenia przez długie godziny. Można więc liczyć na dźwięcznie rozbrzmiewające gitary, smyczki czy wokale, a także metaliczne i wibrujące talerze perkusyjne, ale prezentowane z dyscypliną i kontrolą.

Scena dźwiękowa jest szeroka, głęboka i wysoka, więc określiłbym ją jako kulistą, a nie elipsoidalną. Brzmienie sprawia też wrażenie trójwymiarowego, co zawdzięcza się mocnej separacji instrumentów i odpowiedniemu napowietrzeniu – pomiędzy dźwiękami są duże dystanse, nic się ze sobą nie zlewa. Nie skarżyłem się także na holografię, bo instrumenty zasługują na miano kształtnych, zajmują w scenie nie punkty, a obszary. Jedynie separacja kanałów mogłaby być lepsza – stereofonia nadal satysfakcjonuje, ale Groove nie rozstawia instrumentów tak kontrastowo na boki, jak urządzenia z interfejsami zbalansowanymi.

Apogee Groove – synergia
Groove jest wysoce synergiczny, zgrywa się z przeróżnymi słuchawkami, co także nie jest pewnikiem w urządzeniach z kostkami ESS Technology. Nie znaczy to jednak, że sygnatura samych słuchawek nie jest ważna, bo zabrzmią one zgodnie ze swoim charakterem – Groove nie złagodzi tych ostrych i nie uratuje modeli z wybrakowanymi wysokimi tonami. Niemniej w trakcie testów z satysfakcją korzystałem z wielu modeli słuchawek o zróżnicowanym charakterze.

Dobrze słuchało mi się zarówno łagodniejszych Sennheiserów HD 6XX, jak i klarowniejszych HiFiMAN Ananda Nano. Groove z łatwością napędzał każde słuchawki bez względu na ich impedancję i skuteczność – tak, jak wspomniałem wcześniej, mocy nie brakowało mi ani przez chwilę. Co więcej czułe, niskoomowe słuchawki dokanałowe w ogóle nie szumiały – nawet Campfire Audio Andromeda Emerald Sea czy Solaris Stellar Horizon brzmiały zdecydowanie czyściej, niż zazwyczaj, a to słuchawki wyjątkowo wrażliwe na poziom szumu.

Według obiektywnych testów impedancja wyjściowa modelu Groove jest dość wysoka i wynosi ponad 20 omów. Obawiałem się tego, ale okazało się, że nie stanowi to problemu – niskoomowe dokanałówki nie wykazywały problemów z dampingiem, nie słyszałem charakterystycznego przytkania basu i zniekształcenia sygnatury, a podłączałem do Groove słuchawki o wyjątkowo niskiej impedancji, nawet rzędu 6 omów. Zakładam, że to zasługa zastosowanego wzmacniacza prądowego (Constant Current Drive).

Apogee Groove – porównania
W pierwszej kolejności sięgnąłem po kilkukrotnie wspominanego Questyle’a M15, który okazał się również brzmieć w sposób zrównoważony i przystępny, ale różnił się charakterem. Otóż Apogee Groove mocniej zarysowuje brzmienie i jest bliższy neutralności, gdy Questyle M15 ma w dźwięku więcej ciepła i gładkości. Uważam, że Groove wygrywa szczegółowością, bo przekazuje więcej informacji w poszczególnych pasmach. W bezpośrednim porównaniu Questyle M15 przegrywa zróżnicowaniem faktury, ale za to jest jeszcze przyjemniejszy w odbiorze. Werdykt to kwestia gustu i potrzeb – sam nie mógłbym się zdecydować, szczególnie że cena obu modeli jest zbliżona (ok. 1090 zł).

Podobnie sprawa ma się z Cayinem RU6, również oscylującym wokół równowagi i dość klarownym. W tym porównaniu Groove także sprawia wrażenie wierniejszego, bo RU6 jest w brzmieniu bardziej efektowny – lekko potęguje bas i górę pasma oraz ma gładsze niskie tony. Znowu szukający możliwie płaskiego i zróżnicowanego dźwięku powinni sięgnąć po Groove, a preferujący bardziej efektowną i zrelaksowaną sygnaturę postawią znak wyższości przy Cayinie RU6. Warto pamiętać, że ten ostatni ma ekran, dodatkowy tryb dźwięku i wyjście 4,4 mm, ale jest droższy (1090 zł vs 1290 zł).

Sięgnąłem jeszcze po Astell&Kerna AK HC2 (mocne i zarysowane brzmienie z podkreślonym basem) oraz FiiO BTR7 (zrównoważony, neutralny, ale mniej naturalny dźwięk). Model od FiiO stanowi mocnego konkurenta Groove, bo to także adapter Bluetooth z wyświetlaczem i interfejsem zbalansowanym, dostępny w trochę niższej cenie (1090 zł vs 999 zł). Niemniej Groove może mieć pewną przewagę, gdy nie przepadamy za Bluetoothem, wolimy minimalistyczny sprzęt i zależy nam na bardziej naturalnym oraz zróżnicowanym dźwięku. W takich porównaniach słychać, że Groove to dzieło producenta nastawionego na rynek profesjonalny, a nie audiofilski.

Podsumowanie

Sprawa jest prosta – Apogee Groove to wciąż świetny przetwornik. Urządzenie wyróżnia się pancerną obudową, wygląda świetnie i jest wygodne w obsłudze. Szybko doceniłem duże przyciski o świetnym kliku, czytelne diody oraz ogumowany spód. Nie natrafiłem też na problemy z działaniem i nie brakowało mi mocy, a w pełni usatysfakcjonowała mnie także czystość sygnału. Zrównoważone, ale przystępne i naturalne brzmienie również momentalnie przypadło mi do gustu – Groove nie szczędzi detali, mocno różnicuje instrumenty i brzmi w sposób zarysowany, ale wciąż pozwala odprężyć się przy muzyce.

Wady wynikają w dużej mierze z wieku tego modelu i specyfiki urządzeń profesjonalnych – złącze USB jest przestarzałe, a wyjść zbalansowanych nie uświadczymy. Szkoda, że w międzyczasie producent nie wymienił gniazda micro USB na USB-C, ale dobrze, że przynajmniej dorzucono stosowny kabel. Szkoda też, że diod nie można wyłączyć lub chociaż przyciemnić – są zbyt jasne.

Apogee Groove kosztuje 1090 zł, czyli jego cena nie jest wygórowana, jak na dzisiejsze standardy. Mnie testowało się go z przyjemnością i uważam, że jest warty zakupu, szczególnie gdy lubimy wyraziste, precyzyjne i rozdzielcze brzmienie. Uważam, że Groove może śmiało konkurować nie tylko z nowszymi przetwornikami, a także odtwarzaczami muzyki i stacjonarnymi kombo. Warto wiedzieć, że w sprzedaży jest także wersja Anniversary Edition, wydana z okazji 40-lecia marki Apogee, wyposażona w 32-bitowy przetwornik.

Dla Apogee Groove

Zalety:
+ niezłe wyposażenie
+ solidne wykonanie
+ uniwersalne wzornictwo
+ wygodna obsługa
+ dobre przyciski
+ czytelne diody
+ stabilna praca
+ czysty sygnał
+ multum mocy
+ zrównoważone, wyraziste, ale naturalne i przestrzenne brzmienie

Wady:
– micro USB
– brak wyjścia zbalansowanego
– za jasne diody

Sprzęt dostarczył:

SPRAWDŹ AKTUALNE CENY NA CENEO.PL

REKLAMA
hifiman

DODAJ KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj