Burson Playmate to następca modelu Play, czyli nowa integra słuchawkowa z wejściem mikrofonowym oparta na przetworniku Sabre ES9038, odbiorniku XMOS oraz dyskretnych wzmacniaczach operacyjnych Burson Supreme Sound V6.

Przy projektowaniu Playmate’a, Burson postawił sobie założenia zbliżone do tych z modelu Play. Ich nowe dzieło to również audiofilsko-gamingowy DAC/AMP, który może być używany na biurku lub zostać zamontowany wewnątrz komputera PC. Na tym podobieństwa się jednak kończą – Playmate to nowa konstrukcja, a właściwie fuzja przetwornika Burson Swing ze wzmacniaczem Fun. Urządzenie ma wyświetlacz LCD, dodatkowe wejścia cyfrowe pod urządzenia mobilne i konsole do gier oraz przebudowany układ wzmacniacza z czterema (a nie pięcioma) wymiennymi wzmacniaczami operacyjnymi. Kostkę Sabre ES9018 zastąpiono wersją ES9038Q2M, bazującą na topowej ES9038PRO, a nowy wzmacniacz również generuje 2 W mocy, ale tym razem dla słuchawek o impedancji 32 Ω, a nie 16 Ω. Jak to wszystko sprawdza się w praktyce?

REKLAMA
fiio

Opcje

Playmate jest dostępny w czterech wersjach, różniących się zastosowanymi OPAMP-ami. Trzy z nich są nazwane Noir, a czwarta najwyższa to Everest. Poszczególne konfiguracje wzmacniaczy operacyjnych są następujące:

  • Playmate Noir Basic – 4x NE5532 (1849 zł);
  • Playmate Noir V6 Vivid – 4x V6 Vivid (2999 zł);
  • Playmate Noir V6 Classic – 4x V6 Classic (2999 zł);
  • Playmate Everest – 2x V6 Vivid + 2x V6 Classic (3399 zł).

Podstawowa wersja została oparta na wzmacniaczach operacyjnych Texas Instruments i nie posiada bezprzewodowego pilota. Kolejne wykorzystują autorskie „opki” Bursona z serii Supreme Sound V6, które są w pełni dyskretne, a wyposażenie zawiera też pilota. Najwyższą wersję dodatkowo odróżnia kolor obudowy – Playmate Everest jest srebrny, a wersje Noir, jak wskazuje sama nazwa, są matowoczarne.

Do testu otrzymałem wzmacniacz Everest, ale dysponuję dodatkowymi wzmacniaczami operacyjnymi Bursona, więc przetestowałem również konfiguracje Noir V6 Classic oraz Noir V6 Vivid.

Wyposażenie

Wzmacniacz jest zapakowany w estetyczne pudełko i bogato wyposażony. Akcesoria są w dużej mierze identyczne, jak w modelu Play. W zestawie znajdziemy zatem:

  • kabel USB typu A-USB typu B (140 cm);
  • kabel USB typu B-USB 2.0 wewnętrzne (44 cm);
  • kabel 2x RCA (56 cm);
  • zasilacz (1,1 m + 1,7 m);
  • pilot;
  • adapter 6,3 mm;
  • śledź PCI-e z dwoma gniazdami RCA;
  • klucz imbusowy;
  • zapasowy bezpiecznik.

Tym razem zabrakło wkrętów do montażu wewnątrz obudowy komputerowej w zatoce 5,25”, co nie jest specjalną stratą, gdyż kompatybilne obudowy są zazwyczaj w takowe wyposażone. Silikonowe nóżki są już przyklejone na spodzie urządzenia, więc producent zakłada, że domyślnie Playmate będzie używany na biurku. W przypadku modelu Play użytkownik sam o tym decydował, a silikonowe podkładki należało przykleić samodzielnie.

Okablowanie pozwoli na podłączenie Playmate’a w obudowie komputera stacjonarnego (wewnętrzne USB 2.0), jak i na zewnątrz (kabel USB typu B). Nie zabrakło dwóch kabli RCA z wtyczkami Palicsa oraz śledzia PCI-e, który pozwoli wyprowadzić wyjścia RCA przedwzmacniacza na tylny panel komputera. Zadbano także o adapter słuchawkowy 6,3 mm oraz kluczyk imbusowy, który umożliwi demontaż pokrywy w celu wymiany wzmacniaczy operacyjnych.

Konstrukcja

Wykonanie jest niezłe, spasowanie elementów bez zarzutu, a obróbka dobra. Wizualnie Playmate ponownie prezentuje się jednak dość skromnie. Co prawda przedni panel jest gruby i precyzyjnie wyszczotkowany, ale już sama obudowa wygląda przeciętnie, niczym z wielu wzmacniaczy DIY – do uroku Bursonów z linii Conductor brakuje sporo. Szkoda też, że najwyższa konfiguracja Everest nie jest dostępna w wersji matowoczarnej, która moim zdaniem wygląda lepiej od srebrnej.

Mimo podobnej obudowy Playmate oferuje bardziej rozbudowany interfejs oraz nowy wyświetlacz. Ekranik znajduje się w centrum frontu i wyświetla niebieskie czcionki. Nie wygląda tak ładnie, jak diodowy wyświetlacz z modelu Play, znany także z Conductorów, ale jego funkcjonalność jest znacznie wyższa, więc na zmianę trudno narzekać. Pokrętło regulacji głośności jest skokowe oraz bezoporowe i zostało połączone z przyciskiem, więc służy także do nawigowania po menu ustawień, które to wyzwala się małym przyciskiem ulokowanym tuż przy pokrętle. Pod wyświetlaczem jest także gniazdo USB C do podłączenia urządzenia mobilnego z obsługą USB OTG, a z jego lewej strony są gniazda: słuchawkowe 6,3 mm oraz mikrofonowe 3,5 mm.

Tylny panel również zawiera jeden nowy element i składa się łącznie z: dwóch wyjść RCA przedwzmacniacza, włącznika, dwóch gniazd zasilania (współosiowe i MOLEX), wejścia USB typu B oraz wejścia optycznego, którego nie było w modelu Play. Panel tylny jest znacznie cieńszy, niż ten frontowy, ale również szczotkowany.

Pilot z zestawu prezentuje się tak, jak ten z modelu Play. To podłużny blok z zaoblonego aluminium, na którym są trzy przyciski – jeden wyciszania oraz dwa regulacji głośności.

Ergonomia i użytkowanie

Po detale użytkowe odsyłam do testu Bursona Play – ze względu na zastosowanie takiej samej obudowy i podobnej filozofii, większość wrażeń się pokrywa. W starej recenzji zawarłem też swoją opinię na temat montażu urządzenia wewnątrz obudowy komputera PC i tego, dlaczego ów pomysł uważam za nietrafiony. Moim zdaniem lepiej korzystać z urządzenia rozstawionego na biurku, co będzie wygodniejsze także dla graczy. Skupmy się zatem na różnicach.

Wyświetlacz na froncie wygląda przeciętnie – widać niską częstotliwość odświeżania, a czcionki są niestety trochę za małe. Możliwości ekraniku są jednak duże, a nawigację łatwo opanować. Po wciśnięciu małego przycisku z prawej strony frontu włącza się pionowe menu, które składa się z opcji:

  • INPUT (wybór wejścia sygnału);
  • OUTPUT (wybór wyjścia sygnału);
  • HP OUTPUT (wybór wzmocnienia: low lub high);
  • FIRFILTER (wybór filtra cyfrowego: brickwall, CMFR, reserved, AP Fast, MP Slow, MP Fast, LP Slow, LP Fast);
  • DPLL DSD (regulacja jitteru DSD: off, low, medium, high);
  • DPLL PCM (regulacja jitteru PCM: off, low, medium, high);
  • DE-EMPHASIS (roll-off wysokich tonów: off lub on)
  • RESET SET (przywrócenie ustawień fabrycznych).

Niestety instrukcja obsługi jest enigmatyczna – producent nie pokusił się o szczegółowy opis poszczególnych funkcji i filtrów wbudowanych w przetwornik Sabre. Większość opcji trzeba odkodować samemu, a konfiguracji dokonać metodą prób i błędów. Na szczęście nie będzie to stanowiło specjalnego problemu, bo obsługa jest wygodna. Pokrętło przełącza pomiędzy opcjami, a kliknięcie nim pozwala na edycję parametrów oraz potwierdzanie wyborów. Łatwo to opanować i dzięki temu swobodnie poeksperymentować.

Warto zwrócić uwagę na filtry cyfrowe oraz opcję DE-EMPHASIS. Filtry w mniejszym lub większym stopniu wpływają na brzmienie, a szczególnie na charakter wysokich tonów. Natomiast DE-EMPHASIS mocno wpływa na ilość góry pasma. Opcja DPLL reguluje tolerancję na jitter – im niższe ustawienie, tym mniej zakłóceń. Ustawienie „low” może jednak nie działać z każdym komputerem, natomiast „off” w ogóle wyłącza transmisję PCM lub DSD.

Świetnie, że rozbudowano interfejs. Szczególnie miłym dodatkiem jest obecność USB C na froncie, co pozwoli wykorzystać smartfona lub tablet w roli transportu sygnału. Dzięki temu można wygodnie korzystać z serwisów strumieniujących muzykę bez potrzeby włączania komputera, laptopa lub konsoli. Graczy konsolowych ucieszy natomiast złącze optyczne, które przyda się również w przypadku innych urządzeń RTV. Do obsługi z poziomu kanapy będzie potrzebny pilot, który nie zawodzi działaniem, ale trzeba pamiętać, że jest on dostępny tylko w wyższych konfiguracjach Playmate’a. Nadal nie zamienimy Bursona Playmate w zewnętrzny wzmacniacz, ponieważ sprzęt nie posiada wejść analogowych – urządzenie można rozbudować jedynie o zewnętrzny wzmacniacz lub podłączyć do niego głośniki (funkcja przedwzmacniacza). Do możliwości Conductorów zatem jeszcze daleko, ale cena też jest znacznie niższa.

Demontaż pokrywy daje dostęp do czerwonej płytki PCB oraz schludnie ulokowanych elementów, które są wymienne – modularny jest np. odbiornik USB XMOS. Zastosowano kondensatory ELNA, rezystory Dale oraz tranzystory Toshiba. Wzmacniacze operacyjne ponownie montuje się za pomocą gniazd DIP8, ale tym razem są to cztery OPAMP-y podwójne (2x dla LP Stage/Headamp oraz 2x I/V Stage). Producent ułatwił więc sprawę – wymagany jest jeden wzmacniacz operacyjny mniej, a są one teraz tego samego typu, w przeciwieństwie do mieszanki „opków” pojedynczych i podwójnych w modelu Play.

Specyfikacja

  • przetwornik: ESS Sabre32 ES9038
  • wzmacniacze operacyjne: Texas Instruments NE5532 lub Burson Supereme Sound V6 Vivid i V6 Classic
  • odbiornik: XMOS
  • wejścia: USB B, USB C, Toslink, mikrofonowe 3,5 mm
  • wyjścia: słuchawkowe 6,3 mm, 2x RCA przedwzmacniacza
  • obsługa: PCM 32-bit/768 kHz, Native DSD 64, 128, 256 i 512, DoP 64, DoP 128, DoP 256
  • wsparcie: Windows XP, 7, 8, 10, MAC OS X, iOS i Android (OTG)
  • pasmo przenoszenia: 0-35 kHz (+/- 1 dB)
  • THD wzmacniacza: <0,002%
  • impedancja wyjściowa (6,3 mm): <2 Ω
  • impedancja wyjściowa (RCA): 15 Ω
  • SNR: 96 dB@16 Ω, 97 dB@32 Ω, 98 dB@100 Ω, 96 dB@150 Ω, 95 dB@300 Ω
  • THD+N (DAC): 0,0018%
  • przesłuchy międzykanałowe: 132 dB@1 kHz, 121 dB@20 kHz
  • moc: 1,8 W na kanał (16 Ω), 2 W (32 Ω), 500 mW (100 Ω), 300 mW (150 Ω), 100 mW (300 Ω)
  • wymiary: 210 x 145 x 45 mm
  • masa: 2 kg

Brzmienie

  • Słuchawki: Audeze LCD-2 (Double Helix Fusion Complement4), MrSpeakers Ether 1.1 (Forza AudioWorks HPC Mk2 i DUM), AKG K612 Pro, HyperX Cloud Alpha, Final Sonorus III, Focal Spirit Professional, 1MORE H1707, Sony WH-H900N
  • DAC/AMP i wzmacniacze: DAART Aquila, Burson Conductor Virtuoso (Sabre ES9018), Burson Play, FiiO Q5 (AM3B), Leckerton UHA-760
  • DAP: Astell&Kern AK70 MKII, iBasso DX200, FiiO M9, OnePlus 6T
  • Interkonekty: Forza AudioWorks Copper Series, Klotz
  • Muzyka: wiele gatunków, różne realizacje, w tym 24-bit oraz nagrania binauralne

Podczas odsłuchów korzystałem z różnych filtrów cyfrowych. Moim zdaniem filtry typu „slow” są łagodniejsze w wysokich rejestrach i przyjemniejsze w odbiorze, a „fast” trochę ostrzejsze w przekazie, bardziej techniczne i na dłuższą metę męczące. Większość filtrów nie wprowadza specjalnych zmian lub są one kosmetyczne. Co innego tyczy się opcji „DE-EMPHASIS”, która jest domyślnie włączona, a moim zdaniem powinna być wyłączona, gdyż drastycznie ścina wysokie rejestry. Opcja ta może jednak być przydatna w przypadku gdy słuchawki są wyjątkowo ostre, ale na czas odsłuchów ją wyłączyłem. W większości przypadków niskie wzmocnienie było w pełni wystarczające – nawet słuchawki planarne nie wymagały więcej.

Burson Playmate Everest
Za punkt wyjścia obrałem najdroższą konfigurację, złożoną z „opków” V6 Vivid i V6 Classic. Playmate Everest oczarował mnie od pierwszych chwil, a producent z antypodów podniósł poprzeczkę względem modelu Play. Rozdzielczość jest znakomita, brzmienie zrównoważone, bezpośrednie i zarysowane, ale nieprzesadnie twarde. Dźwięk pozostaje dość gładki i przyjemny w odbiorze. Playmate Everest nie brzmi agresywnie, mimo że wysokie rejestry nie są wycofane, prezentowane jest dużo detali, a pierwszy plan jest rysowany blisko, bez specjalnego dystansu. Muzykę dostajemy jak na dłoni, ale dźwięk nie przytłacza, nie osacza i nie irytuje.

Niskie rejestry cechują się niezłym zejściem. Bas potrafi efektownie zamruczeć, ale słychać także przyjemne ciepło średniego i wysokiego podzakresu niskich tonów. Dynamika nie zawodzi – bas jest przekazywany żwawo, potrafi mocno zaatakować, szybko wygasnąć lub wybrzmiewać dłużej, a do tego dobrze różnicuje fakturę instrumentów. Detali jest dużo, ale nie są one priorytetowe. Bas cechuje się też wzorową kontrolą, nie gubi się w skomplikowanych fragmentach, jest trzymany w ryzach, ale jednocześnie nie sprawia wrażenia ograniczonego.

Średnica wypada bardzo dobrze. Jest gładka, bliska i bezpośrednia. Słychać nutkę ciepła i pewną gładkość, ale jeszcze nie ma mowy o rozmyciu lub zmiękczeniu dźwięku, a tym bardziej o muleniu. Everest świetnie radzi sobie z żywymi instrumentami, ale gdy trzeba, to potrafi zabrzmieć także bardziej efektownie i syntetycznie, np. w nowoczesnej elektronice lub eksperymentalnym metalu. Świetnie słuchało mi się także jazzu, różnych odmian fusionowych, klasyki, bluesa czy muzyki wokalnej. Jest w średnicy Everesta coś klasycznego, analogowego, ale nadal w tranzystorowej, rozdzielczej formie.

Góra bez opcji „DE-EMPHASIS” wybrzmiewa klarownie, wzorowo doświetla brzmienie, jest czysta i rozdzielcza. Nieźle wspomaga ją wyższy zakres średnicy, ale nie jest on wyostrzony – Everest nie męczy, mimo że podaje muzykę bez dystansu, mgiełki, woalu lub zgaszenia. Po wysokich tonach słychać, że Playmate to już brzmienie z wysokiej półki – słuchawki z platformy testowej nie brzmiały szklisto lub sztucznie, nie szeleściły, a rozbrzmiewały selektywnie, precyzyjnie i swobodnie. Jest co podziwiać.

Przestrzeń również nie zawodziła. Scena nie należy do potężnych, ale słychać wyraźną separację kanałów, czego efektem jest mocna stereofonia. Głębia również prezentowała się nieźle, a nie słyszałem problemów z wysokością przestrzeni. Holografia także nie budziła wątpliwości – źródła pozorne były kształtne, zajmowały w przestrzeni obszar, a nie punkty i były wzorowo odseparowane. Podoba mi się bliska prezentacja pierwszego planu – miałem wrażenie zanurzenia w muzyce, a nie słuchania jej z dystansu.

Burson Playmate Noir V6 Vivid
Następna w kolejności była konfiguracja Noir złożona z czterech wzmacniaczy operacyjnych V6 Vivid. Szybko wyszło na jaw, że brzmienie, mimo niższej ceny, nie jest wcale gorsze, a po prostu inne. Może okazać się, że Playmate Noir V6 Vivid zabrzmi lepiej od wersji Everest, co będzie kwestią gustu i zgrania ze słuchawkami, a także repertuaru. Moje wrażenia pokrywają się z testem modelu Play wyposażonego w konfigurację V6 Vivid. Brzmienie Playmate w tej konfiguracji jest neutralne, analityczne, bezpośrednie i zarysowane, ale jednocześnie, paradoksalnie, bardziej efektowne. Już tłumaczę dlaczego.

Bas jest głębszy, chętniej schodzi w subbas i potrafi zabrzmieć bardziej masywnie. Już nie słychać akcentu w średnim basie – dół jest bardziej neutralny barwowo, ale jednocześnie sprawia wrażenie lekko napompowanego, bardziej energicznego, chętniej pokazującego swoje oblicze. Pasmo średnie robi mały krok wstecz, jednocześnie balansując całą tonalność – znowu znika ciepły akcent, brzmienie staje się bardziej liniowe, typowo tranzystorowe i „bursonowe”. Jest krystalicznie czysto, jasno i bezpośrednio, jak na kostki Sabre przystało. Słychać dużo detali, dźwięk nie jest już tak łagodny i spokojny, brzmienie jest mniej gładkie, a kontur dźwięku jest twardszy i bardziej wyrazisty. Zrównoważenie średnicy wydaje się wpływać na górę – dźwięk sprawia wrażenie bardziej klarownego, ale jednocześnie chłodniejszego. Znika analogowość na rzecz bardziej laboratoryjnego charakteru. Do tego powiększa się scena (głównie wszerz), a pierwszy plan staje się jeszcze bardziej bezpośredni – do muzyki nie ma dystansu. Momentami miałem wrażenie, że nie słucham muzyki na słuchawkach, tylko podłączam Playmate’a bezpośrednio w… mózg.

Noir V6 Vivid bardzo mi się podoba, trafia w mój gust, ale jednocześnie jest mniej uniwersalny od konfiguracji Everest. Skraje pasma są mocniejsze, a średnica mniej prominentna, przez co dźwięk staje się bardziej efektowny, mimo bardziej analitycznego charakteru. Moim zdaniem w takiej konfiguracji lepiej brzmi muzyka elektroniczna, rock i metal, a tracą na tym klasyka, jazz lub blues. Noir V6 Vivid nadal radzi sobie z żywymi instrumentami, ale znika ten „czar” średnicy, jej bliskość i lekkie ciepło, gładkość i łagodność. Za to Noir V6 Vivid lepiej radzi sobie z elektroniką lub metalem, kiedy to potrafi zabrzmieć bardziej energicznie i syntetycznie. Wybór jest więc trudny – teoretycznie V6 Vivid brzmi bardziej bezpośrednio i wydaje się oferować wyższą rozdzielczość, ale jednocześnie staje się lekko bezduszny, mniej przyjemny w odbiorze.

Burson Playmate Noir V6 Classic
Widziałem czego spodziewać się po konfiguracji złożonej w pełni ze wzmacniaczy V6 Classic i nie myliłem się – wpływ na brzmienie był taki sam, jak w przypadku modelu Play. Dźwięk znowu nie jest gorszy od Noir V6 Vivid lub Everesta, a zwyczajnie inny. Średnica jest stawiana znacznie bliżej, tonalność wyraźnie cieplejsza, a brzmienie bardziej klasyczne i analogowe. Tak jak stwierdziłem w teście modelu Play, nazwy wzmacniaczy operacyjnych Bursona są strzałem w dziesiątkę.

Akcent w basie przenosi się z subbasu na średni bas. Dźwięk dołu jest znacznie cieplejszy, nadal masywny, ale zabarwiony midbasowo, więc już nie tak głęboki, jak w konfiguracji V6 Vivid. Nadal słychać multum detali, nie ma problemów z dynamiką, ale dźwięk robi większe wrażenie barwą niż stroną techniczną. To samo tyczy się średnicy, rysowanej dużo bliżej, bardziej miękko i soczyście. Słychać większe nasycenie i ciepłotę, będącą efektem łagodniejszego przekazu wyższej średnicy i wzmocnienia jej niższego zakresu. Wokale są bliżej, żywe instrumenty wychodzą na prowadzenie, dęciaki wybrzmiewają mocno, a tembr jest bardziej naturalny. Tendencja ta jest kontynuowana w górze pasma: łagodnej, zaoblonej, spokojnej, ale nadal bezpośredniej. Brzmienie nie jest już tak jasne, ale za to mniej natarczywe, łatwiejsze w odbiorze i bardziej relaksujące.

Teoretycznie V6 Vivid oraz konfiguracja Everest są lepsze technicznie. Pełniejszy bas, więcej energii, mocniej zarysowany dźwięk nastawiony na detal – wszystko to można uważać za lepsze. Z drugiej strony jednak V6 Classic brzmi znacznie bardziej muzykalnie, relaksująco i przyjemnie. Nasycenie dźwięku jest najbardziej intensywne w wersji Noir V6 Classic, a Playmate w tej konfiguracji najlepiej radzi sobie z żywą muzyką. Teoretycznie V6 Vivid to moje brzmienie, a jednak jazzu słuchało mi się znacznie lepiej z „opkami” V6 Classic.

Burson Everest vs Noir V6 Vivid vs Noir V6 Classic w pigułce
Moim zdaniem:

  • Playmate Everest – wypadkowa V6 Vivid i V6 Classic. Brzmienie zrównoważone, dobre pod względem technicznym i muzykalnym. Minimalnie ciepłe, dość naturalne, lekko wygładzone, ale nadal rozdzielcze, dynamiczne i przestrzenne. Dobre rezultaty w przeróżnej muzyce, konfiguracja dość uniwersalna pod względem synergii. Optymalna scena dźwiękowa – bliski pierwszy plan, ale dobra głębia i stereofonia, bez problemów w separacji i holografii. Dobre brzmienie zarówno do muzyki rozrywkowej, jak i tej spokojniejszej.
  • Playmate Noir V6 Vivid – dźwięk neutralny tonalnie, bardziej analityczny, a jednocześnie efektowny. Sygnatura na planie litery „U” – mocniejsze skrajne pasma, głębszy subbas, nieznacznie oddalona średnica, klarowna i mocna góra. W efekcie dźwięk jest bardziej rozrywkowy, energiczny, ale jednocześnie techniczny. Słychać więcej detali, brzmienie jest rysowane twardszą kreską, ale barwa jest mniej nasycona, mniej „audiofilska”. Szeroka, głęboka i wysoka scena, wyjątkowo bezpośredni pierwszy plan. Świetne brzmienie do gatunków elektronicznych, metalowych, rockowych.
  • Playmate Noir V6 Classic – dźwięk na planie odwróconej litery „U”. Pierwsze skrzypce gra tu średnica, która jest gładka, ciepła, nasycona i barwna. Kontur dźwięku jest miększy, ale nadal nie rozmyty. Bas jest cieplejszy i płytszy w subbasie, góra łagodniejsza, a jej krawędzie bardziej zaokrąglone. To sygnatura muzykalna, przyjemna w odbiorze, łagodna i relaksująca. Scena dźwiękowa jest mniejsza od Noir V6 Vivid i V6 Classic, węższa i płytsza, ale nadal poukładana i odseparowana. Znakomite zgranie z klasyką, jazzem, bluesem, gatunkami skoncentrowanymi wokół pasma średniego.

Burson Playmate zgranie ze słuchawkami i porównania
Podczas testów nie natrafiłem na totalne pudła – synergia była ogólnie bardzo dobra. Trzeba jednak zważyć na różnice w charakterze konfiguracji. Słuchawki równe zgrają się właściwie ze wszystkimi wersjami Playmate’a. Te V-kujące powinny współpracować lepiej z V6 Classic lub Everest, a mocno średnicowe z Everest lub V6 Vivid. Wszystko zależy jednak od pożądanych efektów i gustu.

Zgranie z planarami z platformy testowej zrobiło na mnie duże wrażenie. Playmate znakomicie współpracował z Etherami 1.1, którym spodobał się zarówno mocniejszy bas V6 Vivid, gładko-zrównoważony charakter Everesta, jak i średnicowo-ciepły V6 Classic. Audeze LCD-2 również nie narzekały, brzmiały w sposób rozdzielczy, szczegółowy i bezpośredni. Nie miałem wątpliwości, że obcuję z DAC/AMP-em z wysokiej półki. Słuchawki z przetwornikiem dynamicznym również współpracowały bez zarzutu, ale mimo regulowanego podbicia lepiej unikać dokanałówek, szczególnie armaturowych – sygnał nadal nie jest dostatecznie czysty.

Producent bazował na brzmieniu Playa, ale poprawił dynamikę, rozdzielczość i holografię. Brzmienie Playmate’a jest bardziej dojrzałe, przechyla się w stronę Conductora Virtuoso (szczególnie w konfiguracji Everest) – słychać większy rozmach, lepszą precyzję, wyższą dynamikę. Rozdzielczość Playmate’a jest moim zdaniem wyższa, a świetne wrażenie robi bezpośredni charakter, bliski pierwszy plan oraz poukładana scena. Ogólnie kupno modelu Play po premierze Playmate’a straciło sens, zarówno funkcjonalnie, jak i brzmieniowo. Nie znam niestety nowych Conductorów, ale stawiam Playmate’a wyżej od modelu Conductor Virtuoso (z DAC-iem Sabre) – kontur dźwięku jest twardszy, brzmienie bardziej kontrolowane i zarysowane. Jedynie scena dźwiękowa nie jest jeszcze tak duża, jak w Virtuoso, czym Playmate ustępuje droższemu bratu.

Porównałem Playmate’a także z DAART Aquila, czyli rozbudowanym kombo od Yulonga, opartym na kostce Asahi Kasei AK4497. Okazało się, że Aquila brzmi bardziej technicznie, równo jak deska, wyjątkowo precyzyjnie, mniej gładko i mocno konturowo. Scena w Aquili jest trochę większa, ale za to bas jest bardziej zdyscyplinowany, a dźwięk mniej przyjemny w odbiorze. Playmate w każdej konfiguracji brzmiał bardziej muzykalnie, podczas gdy Aquila była dość bezduszna, bez wątpienia analityczna. Gdy zależało mi na najdrobniejszych szczegółach, rozkładałem brzmienie na czynniki pierwsze, to wolałem sprzęt DAART-a. Jeśli jednak chciałem odpocząć, zrelaksować się, to Playmate przychodził z pomocą, będąc bardziej muzykalnym w każdej konfiguracji.

Podsumowanie

Nie mam wątpliwości odnośnie pozytywnej oceny Playmate’a. To świetny sprzęt, czyli kompaktowa integra o dużej mocy i potężnych możliwościach konfiguracji. Dźwięk można dostosować zarówno cyfrowo, jak i za pomocą wzmacniaczy operacyjnych. Pilot jest wygodny, pokrętło nie irytuje, a łatwo docenić także dodatkowe wejścia sygnału. Duże wrażenie robi szczególnie USB C na frontowym panelu – złącze tak wygodne w użytkowaniu, a tak rzadko implementowane w sprzęcie audio. Graczom spodoba się solidny interfejs mikrofonowy, a niektórzy docenią opcję montażu wewnątrz komputera. Moim zdaniem Playmate może śmiało konkurować z droższymi i większymi integrami.

Niestety do Playmate’a nie podłączymy innego źródła dźwięku. Urządzenie nie posiada też wyjścia zbalansowanego, ale brzmienie z tego niesymetrycznego stoi na tak wysokim poziomie, że wcale nie brakowało mi XLR-a. Niestety czcionki na ekranie są małe, a instrukcja obsługi enigmatyczna. Trzeba poeksperymentować, ale uważam, że opcja „DE-EMPHASIS” powinna być domyślnie wyłączona.

Nie potrafię ocenić, która konfiguracja jest najlepsza, którą warto wybrać. Moim zdaniem to kwestia gustu, bo wszystkie konfiguracje reprezentują podobny poziom. Szkoda, że Everest jest najdroższy, ale rozumiem dlaczego – ta wersja łączy dwa światy (V6 Vivid i V6 Classic), jest najbardziej uniwersalna i elastyczna. Jeśli słuchamy różnej muzyki i mamy wiele słuchawek, to Everest będzie najlepszym wyborem, podczas gdy wersje Noir są bardziej specjalistyczne i specyficzne. Jeśli wolimy mocniejsze skraje pasma, bardziej techniczne i dynamiczne brzmienie, Vivid będzie idealnym wyborem. Jeśli jednak priorytet mają średnica i ciepło, wariant Classic stanie na wysokości zadania.

Na dobrą sprawę najlepiej… mieć wszystkie konfiguracje i dostosowywać sprzęt do humoru oraz słuchawek. Nie namawiam do jednorazowego zainwestowania w najdroższą konfigurację i dodatkowe wzmacniacze V6 – można wyposażyć się w nie z czasem. Sam prawdopodobnie wybrałbym Everesta i stopniowo uzupełniał kolekcję wzmacniaczy operacyjnych, w pierwszej kolejności sięgając po dodatkową parę V6 Vivid.

rek

Dla Burson Playmate

Zalety:
+ solidne wykonanie
+ kompaktowe wymiary
+ skromne, ale estetyczne wzornictwo
+ możliwość montażu wewnątrz komputera
+ wbudowany interfejs mikrofonowy i przedwzmacniacz
+ dużo mocy z możliwością regulacji podbicia
+ wiele filtrów cyfrowych i dodatkowych opcji konfiguracyjnych
+ wejście optyczne z tyłu oraz USB C na froncie
+ wymienne wzmacniacze operacyjne, wiele opcji do wyboru
+ znakomite brzmienie w wysokiej rozdzielczości, dynamiczne, przestrzenne, szczegółowe i bezpośrednie

Wady:
– małe czcionki na wyświetlaczu
– montaż wewnątrz komputera budzi wątpliwości
– brak wejścia analogowego
– lekki szum przy korzystaniu ze słuchawek dokanałowych

Sprzęt dostarczył:

REKLAMA
mp3store

8 KOMENTARZE

      • Kilka dni temu do mnie przyszedł Playmate Vivid. Ten sprzęt to bajka. Słuchając muzyki mam wrażenie jakbym był w jej środku. Bardzo szczegółowa. Aktualnie odsłuchuję na nędznych Sennheiserach Game One – ale już za jakiś czas będę zmieniał na, prawdopodobnie, Sennheisery HD 700. Dziękuję za recenzję !

    • Nie powinno być problemu. To zwykłe wejście optyczne Toslink, które będzie współpracować z różnymi transportami cyfrowymi.

DODAJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here