FiiO QX13 to nowy przetwornik mobilny ze wzmacniaczem słuchawkowym o nietypowej konstrukcji i ponadprzeciętnych parametrach. Urządzenie zostało wyposażone w dwucalowy wyświetlacz, ośmiokanałowy przetwornik oraz wydajny wzmacniacz, który generuje nawet 900 mW na kanał. Całość zamknięto w niewielkiej obudowie z włókna węglowego i hartowanego szkła.
FiiO QX13 reprezentuje nową serię produktów, która ma gromadzić „zaawansowane i wydajne urządzenia typu dongle”. Mam jednak wrażenie, że określenie bohatera testu mianem „dongla” jest nietrafne, a wręcz krzywdzące. Wszak mowa o sprzęcie z ekranem wypełniającym większość powierzchni frontu, wyposażonym w dwa gniazda USB-C oraz wzmacniacz słuchawkowy, który w trybie stacjonarnym generuje niemal 1 W na kanał! Głupio więc wrzucać ten model do worka z prostymi przejściówkami USB-C, które jedynie rozbudowują smartfony o brakującego minijacka.
Zostawmy jednak semantykę i skupmy się na QX13, urządzeniu teoretycznie zdolnym do zastąpienia zarówno DAP-a, jak i biurkowego kombo. Tak, to motyw przewodni wielu moich testów, wynikający zarówno z idei minimalizmu, którą cenię, jak i specyfiki samych urządzeń: mobilnych, ale coraz mniej kompromisowych, bo zdolnych wysterować nie tylko IEM-y, ale także pełnowymiarowe słuchawki. Niedawno z takiej perspektywy rozpatrywałem Questyle’a Sigma Pro, ale tym razem na tapet wziąłem sprzęt znacznie mniejszy i niemal czterokrotnie tańszy (1099 zł).
Czy QX13 to ideał dla melomana-minimalisty? Nie, ale niewiele zabrakło.
Wyposażenie
Zestaw zawiera:
- interkonekt USB-C (długość 8 cm);
- magnetyczne etui;
- magnetyczny pierścień (samoprzylepny);
- dodatkową folię na wyświetlacz;
- naklejkę Hi-Res Audio;
- instrukcję obsługi i dokumentację.

Etui z zestawu to nie byle co, bo jest magnetyczne, czyli pozwala przypiąć urządzenie do smartfona z MagSafe lub Qi2. Producent dorzuca także samoprzylepny pierścień, który umożliwia złączenie QX13 z telefonem pozbawionym magnesów. Świetnie prezentuje się także interkonekt cyfrowy, który przypomina te analogowe – został spleciony z ośmiu żył miedzi i jest bardziej elastyczny od typowych kabli USB.
Konstrukcja i jakość wykonania
Nowości FiiO albo imitują retro, albo są nowoczesne i efektowne. FiiO QX13 plasuje się raczej w tej drugiej kategorii – wprawdzie obudowa ma prosty kształt, ale została wykonana z włókna węglowego. Alternatywnie można wybrać wariant aluminiowy, ale jest on złotawy i ozdobiony wypalonym laserowo wzorem, co także nie każdemu przypadnie do gustu. Oba warianty to nie moja bajka, ale wystarczy wrzucić QX13 w etui, żeby nadać mu wręcz klasyczny wygląd.

Front zajmuje spory, bo prawie 2-calowy wyświetlacz typu IPS z naklejoną fabrycznie folią zabezpieczającą. Kąty widzenia są bez zarzutu, jasność wysoka, a czerń przyzwoita. Widać, że zagęszczenie pikseli jest przeciętne, ale nie ma to specjalnego znaczenia, ponieważ wyświetlacz służy tylko do podglądu ustawień czy parametrów muzyki. Zabrakło interfejsu dotykowego, więc do konfiguracji i obsługi służą fizyczne przyciski o głębokim skoku i wyraźnym kliku. Umieszczono je tuż pod ekranem.
Na krótszej krawędzi znajduje się złącze USB-C, a po przeciwnej stronie dwa wyjścia słuchawkowe – 3,5 mm oraz 4,4 mm. Tutaj zaskoczenia nie ma. Dodatkowe, zasilające USB-C na boku także powoli staje się standardem. Uwagę zwraca natomiast niewielki suwak na przeciwległej ściance, który tym razem nie służy do blokowania przycisków, a aktywacji trybu stacjonarnego. Producent postawił więc na wiele fizycznych elementów, mimo zastosowania stosunkowo dużego ekranu.

Jakość wykonania jest bez zarzutu. Obróbka materiałów czy spasowanie elementów nie budzą zastrzeżeń, gniazda nie mają luzów, a przyciski nie grzechoczą, gdy potrząsamy urządzenie. Wątpliwości powodują jednak same włókna węglowe, które słyną z trwałości, ale wykończono je na wysoki połysk. Powłoka jest gładka i przyjemna w dotyku, ale tym samym podatna na rysy, więc producent rekomenduje korzystanie z etui.
Ergonomia
FiiO QX13 nie podpada ergonomicznie, bo mierzy jedynie 6 cm na 3 cm i ma grubość rzędu 1,3 cm. Urządzenie waży niewiele ponad 30 gramów, więc nie ciąży, gdy dynda z portu USB-C smartfona. Nie musimy przejmować się także przyciskami, które w ogóle nie odstają od bryły, więc nie zahaczają się o kieszeń. Co innego suwak, ale ten stawia tak duży opór, że nie przełączy się przypadkowo. QX13 sprawdza się dobrze także spięty ze smartfonem – znacznie pogrubia urządzenie, ale tylko punktowo, więc taka „kanapka” jest wciąż kieszonkowa.

Pomysł z magnetycznym etui i dedykowanym pierścieniem uważam za udany, ale to nie nowość, bo podobne rozwiązanie stosuje np. Cayin. Magnesy są odpowiednio silne, by dongle trzymał się wzorowo smartfona, ale jednocześnie raczej nie wyrwiemy naklejonego pierścienia, odłączając QX13. Interkonekt cyfrowy także nie będzie utrudniał życia – jest elastyczny i odpowiednio długi, a wtyczki trzymają się pewnie gniazd. Należy jednak pamiętać, że magnesów nie wbudowano w samego QX13, czyli bez etui nie zepniemy ze sobą urządzeń.
Użytkowanie i funkcjonalność
Ekran można ocenić dwojako. Z jednej strony zdecydowanie ułatwia on obsługę, bo przytrzymując środkowy przycisk uruchamiamy czytelne i wielowierszowe menu konfiguracyjne, które pozwala wybrać wzmocnienie i filtry cyfrowe, przestroić brzmienie, wyregulować balans kanałów czy nawet zmienić wygląd interfejsu za pomocą motywów, wśród których znajdziemy zarówno pionowe, jak i poziome. Za pomocą wyświetlacza z łatwością można odczytać także próbkowanie, poziom głośności, jak i dostrzec literkę „D” sygnalizującą aktywny „Desktop Mode”.

Z drugiej strony tak duży i kolorowy wyświetlacz to przesada w mobilnym przetworniku. Mnie zazwyczaj wystarczają niewielkie, monochromatyczne panele OLED, bo tak naprawdę konfiguracji dokonuje się rzadko, a często nawet jednorazowo. Duży i kolorowy wyświetlacz to też dodatkowe obciążenie dla akumulatora smartfona czy laptopa, co może wymusić albo podłączanie zewnętrznego zasilania, albo… dokupienie ESTICK-a, czyli banku energii dedykowanego do KA17 oraz kompatybilnego z QX13. Akcesorium nie jest drogie (99 zł) i zapewnia energii na 5 godzin słuchania.
Możliwości QX13 są ponadprzeciętne. Oprócz trybu stacjonarnego przygotowano szereg presetów korektora oraz dziesięć EQ do dyspozycji użytkownika, które konfiguruje się w aplikacji FiiO Control. Ta ostatnia została nieznacznie odświeżona, ale UI i spolszczenie wciąż nie zachwycają. Nie zabrakło także wyjścia cyfrowego, bo gniazdo 3,5 mm może służyć jako koaksjalne. Świetnie, że wyświetlacz da się obrócić o 180 stopni, co docenią podłączający QX13 do komputera – wtedy kabel USB-C wpina się z tyłu, a słuchawki wygodnie z przodu.

Wady? QX13 nagrzewa się w trybie stacjonarnym i z wymagającymi słuchawkami, ale nie sparzy dłoni ani ciała. Przydałaby się także bardziej precyzyjna regulacja wzmocnienia, która jest tylko dwustopniowa (Low i High). Szkoda też, że gdy obrócimy ekran o 180 stopni, to funkcje przycisków głośności nie są odwracane – lewy przycisk wciąż zwiększa głośność i nawiguje do dołu w menu. Można się do tego przyzwyczaić, ale jest to nieintuicyjne.
Specyfikacja
Ogólna
- wyświetlacz: 1,99 cala, IPS, Gorilla Glass 3
- przetwornik: ESS Technology ES9027SPRO
- wzmacniacz: 4x Texas Instruments INA1620
- odbiornik: XMOS XU316
- próbkowanie: PCM do 32-bit/768kHz, DSD do DSD512
- wejścia: USB-C (sygnał i zasilanie); USB-C (zasilanie)
- wyjścia: 3,5 mm (słuchawkowe/koaksjalne) i 4,4 mm (słuchawkowe)
- funkcje: 10-pasmowe EQ, tryb Desktop, wyjście koaksjalne, dwupoziomowa regulacja wzmocnienia, fizyczne przyciski, dekodowanie MQA, magnetyczne etui
- wymiary: 64,2 x 30,7 x 13 mm
- masa: 33,7 g
Audio (wyjścia słuchawkowe)
- pasmo przenoszenia: 20 Hz-90 kHz
- obsługa słuchawek: 8-350 Ω
- impedancja wyjściowa <1 Ω (3,5 mm); <1,5 Ω (4,4 mm)
- moc: 440 mW + 440 mW @ 32 Ω (3,5 mm); 900 mW + 900 mW @ 32 Ω (4,4 mm)
- THD+N: <0,0004% (3,5 mm); <0,0006% (4,4 mm)
- SNR: 124 dB (3,5 i 4,4 mm)
- przesłuchy międzykanałowe: >77 dB (3,5 mm); >113 dB (4,4 mm)
Brzmienie
FiiO QX13 brzmi świetnie! Sygnatura dźwiękowa jest wciąż neutralna, ale muzykalna, co uzyskano pełnym basem, gładką średnicą i klarowną, ale nie wyostrzoną górą pasma. Wprawdzie wciąż słychać, że to „ESS Technology”, bo o analogowym brzmieniu nie ma mowy, ale dźwięk nie jest już tak sterylny i techniczny, jak niegdyś w urządzeniach z układami amerykańskiego producenta.
Mnie QX13 od razu zaangażował przystępnym i dynamicznym dźwiękiem o wysoce synergicznym charakterze. Wprawdzie do perfekcji kapkę zabrakło, ale od urządzenia tego formatu i tej klasy nie można oczekiwać bezkompromisowego brzmienia.
FiiO QX13 – sygnatura dźwiękowa
QX13 generuje pełny bas, więc słuchawki o mocnym zejściu czy soczystym midbasie rozwijają skrzydła. Bas nie jest też zlaną masą, czyli nie ma problemów ze zróżnicowaniem faktury instrumentów. Pozytywnie oceniam także dynamikę – atak basu jest energiczny, wybrzmiewanie szybkie lub długo podtrzymywane w zależności od repertuaru. Rezultat? Hybrydowe czy dynamiczne dokanałówki, jak i planarne oraz dynamiczne słuchawki nagłowne brzmią swobodnym basem, który buduje fundament muzyki, ale nie zamula brzmienia.
Podobnie sprawa ma się ze średnicą – pełną w niskim podzakresie, ale nie wyciętą w wyższym. Temperatura barwowa jest więc neutralna, nie sprawia wrażenia ocieplonej ani ochłodzonej. W średnicy słychać też przyjemną gładkość, ale nie należy się obawiać zmiękczenia czy rozmycia – QX13 wciąż twardo i precyzyjnie zarysowuje dźwięk. Pasmo pozostaje czytelne, instrumenty i wokale nie znikają w tle, a szczegółów jest multum, ale detale nie mają priorytetu. QX13 nie brzmi zatem laboratoryjnie.
Wysokie tony pasują do reszty obrazka – nadają brzmieniu klarownego i bezpośredniego charakteru, ale nie są wyżyłowane. QX13 nie potęguje więc sykliwości, nie rozjaśnia słuchawek, ale też nie wydaje się ich przyciemniać. Narzekać mogą jedynie fani ekstremalnie doświetlonego, ewidentnie wyostrzonego dźwięku. Szukający w muzyce spokoju i łagodności, ale bez ścięcia czy przyciemnienia, powinni być zadowoleni. Ja mam dość rozszalałego sopranu, więc QX13 przypadł mi do gustu.
Scena dźwiękowa jest po prostu dobra. Wyjście zbalansowane zapewnia satysfakcjonującą separację kanałów, więc nie brakuje szerokości, a głębia i wysokość także nie rozczarowują. Źródła pozorne są pozycjonowane w różnych punktach, nie zlewają się ze sobą i wciąż łatwo wydzielić je z całości. Nie powiedziałbym jednak, że scena jest potężna czy obficie napowietrzona, a bliski pierwszy plan także wydaje się redukować przestrzeń. Wprawdzie pomaga tryb stacjonarny, szczególnie gdy korzystamy z wymagających słuchawek, ale nie należy oczekiwać cudów.
FiiO QX13 – porównania
W tym aspekcie wspomniany we wstępie Questyle Sigma Pro jest górą, bo generuje scenę niczym z biurkowego toru lub zaawansowanego kombo. Problem w tym, że wymaga wydatku 4000 zł, więc trudno pastwić się nad QX13, który nie tylko kosztuje ułamek ceny Questyle’a, ale jest także wielokrotnie mniejszy. Oponentów trzeba więc szukać w sprzęcie podobnej kategorii.

I również znajdziemy go u Questyle’a, bo zbliżonymi wymiarami cechuje się model M15, który jest sto złotych tańszy i brzmi na podobnym poziomie. Niemniej Questyle M15 ma bardziej „analogowy” czy też „organiczny” lub po prostu naturalny charakter, bo jest cieplejszy w basie czy średnicy. Moim zdaniem QX13 oferuje brzmienie bliższe równowagi, jest kapkę nowocześniejszy w przekazie, ale wciąż angażuje i nie wydaje się brzmieć cyfrowo. Który model wybrać? Oba się bronią, ale QX13 daje większe możliwości, ma więcej pary i wyświetlacz, a do tego nie jest podatny na zakłócenia, za co krytykowałem M15i.
Bardziej naturalnie brzmią także urządzenia Cayina, jak np. testowany dawno temu RU7 z drabinką rezystorową. Tutaj znowu QX13 jawi się jako „tranzystor”, ale nie uważam, aby brzmiał on w sposób sterylny, surowy czy bezwzględny, co często było przywarami układów ESS Technology. Więcej „analoga” znajdziemy również w nowym RU9, wyposażonym w przetwornik AKM i lampowy wzmacniacz, ale to już większy, bardziej rozbudowany i dwukrotnie droższy DAC/AMP. Jego lampowe brzmienie wcale nie musi być lepsze, gdy szukamy neutralnego źródła. W takim wypadku QX13 wyjdzie na prowadzenie.
FiiO QX13 – współpraca ze słuchawkami
FiiO QX13 powinien dogadać się z przeróżnymi słuchawkami – bas jest pełny, średnica czytelna, a góra kontrolowana, więc trudno trafić na specjalne pudła. W trakcie testów podłączałem do niego hybrydy (FiiO FH19) czy trybrydy (Craft Ears Aurum), a także dynamiki (HEDD Heddphone 1) oraz planary (FiiO FT5 i Ananda Unveiled) i wszystkie miały optymalne warunki pracy.


Wrażenie robi także czystość sygnału i moc. Dokanałówki nie szumią, a stacjonarne słuchawki brzmią dynamicznie i dość przestrzennie, a już szczególnie w trybie stacjonarnym, który zdecydowanie zwiększa moc. W trakcie testów zdałem sobie sprawę, że słucham wielkich słuchawek podłączonych do niewielkiej kostki, zasilanej z USB i mam uśmiech na twarzy. Nie, scena nie była jeszcze tak potężna, a dynamika tak wysoka, jak z „klocków” stacjonarnych, ale i tak nastąpił niesamowity progres.
Swoją drogą, tryb stacjonarny udało mi się uruchomić bez dodatkowego zasilania zarówno w połączeniach ze smartfonami Samsunga, jak i ultrabookiem Microsoftu. Będzie to jednak zależało od konkretnych urządzeń – FiiO samo informuje, że taka sztuka raczej nie uda się ze sprzętem Apple.
Podsumowanie
FiiO QX13 to imponujący maluch. Urządzenie zostało solidnie wykonane, ma naprawdę kieszonkowe wymiary i może zostać złączone ze smartfonem magnetycznie za pomocą etui z zestawu. Życia nie uprzykrza także elastyczny interkonekt, a obsługa to bajka ze względu na spory i kolorowy wyświetlacz o wysokiej jasności. Doceniłem także suwak trybu stacjonarnego, klik przycisków oraz dodatkowe USB-C z niezależnym zasilaniem. Neutralne brzmienie, ale pełne w basie i nie wyżyłowane w sopranie także przypadło mi do gustu, a nie brakowało mi również mocy.
Szkoda, że przyciski nie zamieniają się funkcjami, gdy odwrócimy ekran do góry nogami. Przydałaby się także kapkę większa scena z bardziej zdystansowanym pierwszym planem. Duży ekran to miecz obosieczny – ułatwia obsługę, ale zwiększa pobór prądu, więc wymagający mogą potrzebować dedykowanego banku energii.

FiiO QX13 kosztuje 1099 zł. Trudno nazwać go tanim, ale urządzenie oferuje wysoki ogólny poziom i wciąż cechuje się korzystnym stosunkiem jakości do ceny. Bardzo przyjemnie mi się z niego korzystało i uważam, że to dobra alternatywa dla odtwarzacza muzyki, gdy do muzyki wolimy używać smartfona. Nie mam też wątpliwości, że QX13 może konkurować z rozwiązaniami Questyle’a czy Cayina, a do tego służyć również w domu zamiast małego kombo.

Dla FiiO QX13
Zalety:
+ bogate wyposażenie
+ niewielkie wymiary
+ solidne wykonanie
+ fizyczne przyciski i suwak
+ czytelny i jasny wyświetlacz
+ elastyczny interkonekt oraz magnetyczne etui
+ wysoka funkcjonalność
+ prosta obsługa
+ multum mocy
+ neutralne, ale pełne i angażujące brzmienie
Wady:
– stałe funkcje przycisków bez względu na orientację ekranu
– przeciętnej wielkości scena dźwiękowa
Sprzęt dostarczył:





![Questyle Sigma Pro [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2026/03/Questyle-Sigma-Pro-218x150.jpg)
![Cayin RU9 [review]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2025/06/Cayin-RU9-218x150.jpg)
![Apogee Groove [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2024/05/Apogee-Groove-218x150.jpg)
![Astell&Kern AK HC2 [recenzja]](https://kropka.audio/wp-content/uploads/2022/12/AstellKern-AK-HC2-miniaturka-218x150.jpg)
Mam pytanie – oczywiście jeśli można:
*
Dongle, plejery, śmery, bajery… a nie prościej byłoby zrobić telefon który miałby wbudowany dobry, w pełni zbalansowany odtwarzacz na pokładzie? Wszyscy teraz cisną na megapiksele, zumy i ilość obiektywów. Nawet już wymienne się pojawiły. A co z audio? Można sobie podłączyć dongla…. Jak do tej pory było chyba tylko LG z serii V i jakaś konstrukcja Moondrop’a z lepszymi układami audio, ale potem nastała cisza.
Wiem, pojawiłby się problem z dżakiem (pisownia celowa). Bo ten w telefonie musi obsłużyć stereo i mikrofon, a w przypadku zbalansowanego odtwrzacza chyba konieczny byłby jeszcze jeden pierścien do układu TRRS…. ale może już czas wprowadzić nowy standard jacka – już są 4 ( o ile dobrze liczę) 2,5 mm, 3,5 mm, 4,4 mm i 6,3. Może dobry byłby 5,6mm? I byłby spokój z donglami i plejerami. Na początek oczywiście przydałaby się współpraca z dobrym producentem słuchawek, żeby w opakowaniu można było dołożyć coś godnego zastosowanego układu.
Serdecznie pozdrawiam i dziękuję za jak zwykle… niezwykle dobry test 🙂
Ukłony
Ostatni Mohikanin z grupy tzw flagowców, który posiada gniazdo na słuchawki (3,5mm) oraz miejsce na karte pamieci to Sony Xperia 1 (ostatnio w wersji VII). Pomimo niewątpliwej staranności, wyszło tylko poprawnie i dodanie dobrego dongla poprawia jakość. Dodałem RU9. Idealnie gdyby był telefon z wyjsciem audio na poziomie średnich dapów. Ale ludzie przestali wierzyć w słuchawki przewodowe. Niestety.
Dziękuję za odpowiedź! 🙂
Myślę, że żaden normalny człowiek nigdy nie straci wiary w słuchawki przewodowe 🙂
Serdecznie pozdrawiam!
„Dodałem RU9”
*
A jeśli można zapytać, to jakie słuchawki do niego?
Ukłony
Iemy Thieaudio Oracle mk3 i planarne DCA Ether. To nie jakiś przemyśany plan, trochę tak się złożyło, ze mam te słuchawki. Nie są ani specjalnie łatwe ani specjalnie wymagające wobec żródła.
Dziękuję za informację.
Przynajmniej będę miał jakieś punkty orientacyjne.
Miałem g7 i v60 – piknie grały, moc była żeby napędzić wymagające słuchawki i komu to przeszkadzało? Pewnie księgowym w Korei, ludzie pokochali BT i ładowanie dobrych jakościowo DAC-ów do tel stało się nieopłacalne. Większość nie słyszy różnicy między MP3 a FLAC, a co dopiero między kablem a BT 😉
Zgadza się 🙁 Księgowi są jak zaraza 🙁
Ale co do różnicy między MP3 a FLAC czy innymi formatami, to myślę, że to kwestia sceny i separacji instrumentów. Jak to będzie opanowane, to utwór na prostych słuchawkach może być wręcz nie do poznania na dobrym układzie i z dobrymi słuchawkami. I to zbije z pantałyku wszelkie „oporniki” 😉
Nie możemy tracić nadziei.
Serdecznie pozdrawiam!
Odpowiedź do Janka: Producenci smartfonów robią fortunę na słuchawkach TWS, więc gniazdo 3,5 mm już nie wróci 🙁 Zabrali je zresztą pod przykrywką „braku miejsca”, żeby sprzedać rozwiązanie – klasyka. Nowych standardów wyjść w smartfonach też raczej się nie doczekamy. Z drugiej strony TWS-y są naprawdę praktyczne, ANC również lubię, więc wyszło z tego także sporo dobrego. Dongle czy adaptery Bluetooth też spotkał niesamowity progres, ale może widzę świat przez różowe okulary 🙂 Dzięki za opinię i komentarz.
Odpowiedź do Dariusza i Morawskiego: Wciąż kibicuję Sony, bo Xperiami zachwycam się od lat właśnie za ich krytykowaną zresztą archaiczność. Niemniej ceny wciąż zniechęcają, a układ audio rzeczywiście nie powala. Z dobrze grających fonów miło wspominam także ZTE Axon 7 i Axon 7 Mini. Odnośnie FLAC vs mp3 – prawda, ale z drugiej strony Tidal wciąż na rynku, a Spotify wprowadziło Lossless, więc jakieś tam zapotrzebowanie na jakość jest 🙂
A ja jednak poszedłbym pod prąd! 🙂
Dałbym oczywiście najnowszą wersję blutufa ze wszystkimi standardami, ale moc oferty czyli tzw „ki ficzer” to byłyby obiektywy 24 mm i oddzielny zoom peryskopowy w zakresie 35-150 mm połączony z zoomem cyfrowym. A matryca byłaby w technologii łączenia pikseli, żeby za dużo szumu nie było. I to by załatwiło kwestię foto.
A audio to oczywiście dobry zbalansowany wzmacniacz, dwa wyjścia 3,5 mm i 5,6 mm i w zestawie przejściówka (w postaci kabla), która dawałaby możliwość podłączenia słuchawek zbalansowanych z mikrofonem, przejściówka z 4,4 na 5,6 i np. 4 pin na 5,6 mm.
Do tego w zestawie słuchawki zbalansowane w standardzie 5,6 mm z mikrofonem, od producenta wyprodukowane i zaprojektowane z uznaną firmą audio.
Ponadto w zestaw tipsów z różnych materiałów i w różnych rozmiarach, etui.
Oczywiście oddzielnie można byłoby nabyć np słuchawki wokółuszne, z mikrofonem, zbalansowane – zarówno otwarte jak i zamknięte.
Popyt może nie byłby duży, ale po co nosić oddzielnie dongla, a słuchawki zbalansowane mieć bez opcji rozmowy.. można mieć wszystko pod ręką, w jednym urządzeniu.
Zaleta mogłaby być jeszcze taka, że układ audio zbalansowany trzeba byłoby jakoś zmieścić w urządzeniu.
Ale tu z pomocą przychodzi sekcja foto, gdyż dobrze byłoby, żeby smartfon z dobrą funkcją fotograficzną miał coś tak prozaicznego jak… grip z przyciskiem migawki 😉
Jej mechanizm nie zająłby przecież całego miejsca, więc coś jeszcze na DAC-AMP-a by zosało całkiem sporo – im lepszy (większy) grip, tym więcej!
Wg mnie to byłaby super sprawa.
Popyt pewnie nie byłby zbyt wielki, ale można byłoby zrobić wersję bez obiektywu peryskopowego i z dac-ampem opartym o tańsze czipy i z tańszymi słuchawkami w zestawie (np mniej przetworników) jako wersję bazową urządzenia. Ta w pełni audio i fotofilska byłaby oznaczona jako np Ultra, a podstawowa jako np BASS-E.
Wszystko idzie rozpracować. Tak myślę. Ważne żeby był wybór.
Serdecznie pozdrawiam!