Miley Cyrus od dawna szuka swej muzycznej tożsamości. Ta zaledwie 25-letnia wokalistka, będąca wzorem dla miliona nastolatek jako urocza, zawadiacka Hannah Montana z hitu Disneya, przeistoczyła się w gwiazdę popu, nieszczędzącą uwagi nachalnym wizerunkiem. Czas jednak pokazuje, że wulgarność i skandale w pewnym momencie stają się mało atrakcyjne i nużące nawet dla najbardziej odpornych słuchaczy. Wystarczy bliżej przyjrzeć się przemianom starszych koleżanek z branży, aby dostrzec pewną chronologię rozwoju zdarzeń, które w mniejszym lub większym stopniu przebiegały na naszych oczach. Poprzednie wcielenia zdecydowanie pomogły Miley w porę się wyszumieć, by następnie rozwinąć skrzydła i wyjąć wszystko co najlepsze z dna artystycznej duszy, którą, jak na swój wiek, posiada niezwykle ukształtowaną.

 

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że drastyczne metamorfozy (zarówno wizualne, jak i muzyczne), są dziś najsilniejszym magnesem, aby zwrócić uwagę odbiorcy, zwłaszcza gdy jest to kolejna płyta w dorobku danego artysty, która ma ugruntować jego pozycję. Po młodzieżowej sensacji wywołanej ponad dekadę temu przez alter ego Miley Cyrus w postaci Hannah Montana, część swojej krótkiej, aczkolwiek intensywnej kariery Amerykanka odcięła solidną kreską z kilkoma wyraźnymi ustępstwami. Przełomowe „Bangerz” będące elektroniczno-popowo-hiphopowym połączeniem i związane z nim kombinowane nad wizerunkiem, bez względu na mieszane opinie (kultowe kołysanie i pozowanie na kuli wyburzeniowej) pozwoliło wyzwolić jej szalone wcielenie, wyszaleć się na scenie i jednocześnie udowodnić, że nie jest już niewinną dziewczynką. Później przyszedł czas na nieoczywisty, intrygujący projekt „Miley Cyrus & Her Dead Petzu” powstający u boku legendy nowej psychodelii – Wayne’a Coynego, aż po dzień w którym pozwoliła wpuścić najwytrwalszych fanów do swojego prawdziwego świata. Wkłada kowbojskie buty, zarzuca gitarę na ramię i zabiera nas w podróż do rodzinnego stanu Tennessee.

REKLAMA
fonnex

 

 

 

Dziś kula demoluje jej burzliwą przeszłość, by podążyć nową, bliższą jej sercu drogą. Rozpoczyna ją od słów „Feels like I just woke up. Like all this time I’ve been asleep”, a takie wyznanie wymaga dojrzałości. Podobnie jest z całym albumem „Younger Now”. W końcu mając u swego boku tak doświadczonych członków rodziny jak ojca-wokalistę Billy’ego Ray Cyrusa, czy prywatnie – matkę chrzestną, a dla świata – ikonę country – Dolly Parton, w końcu Miley musiała zapragnąć stworzyć płytę autentyczną, inspirowaną swoimi muzycznymi korzeniami.

 

Już na starcie piosenka tytułowa pozbawia złudzeń, że szósta pozycja w jej dyskografii będzie całkowicie inna od pozostałych. Do minimum zniwelowano komputerowe ozdobniki, które ustąpiły miejsca żywym, dynamicznym instrumentom. Materiał, mimo że spójny, to posiada kilka charakterystycznych kierunków jak uderzające gitarowe kompozycje, momentami naiwne, lecz wciąż wzruszające wyznania miłosne oraz przebłyski przeszłości, które dziś zostały stosownie wyważone względem prezentowanego materiału i jego klimatu. Wszystko to sygnowane jest dodatkowo emocjonalnością i samodzielnością, bowiem amerykańska piosenkarka sama przyczyniła się do napisania każdej piosenki, a produkcyjnie wsparł ją Oren Yoel.

 

 

Na wstępie w „Younger Now” artystka uzasadnia i opisuje zachodzące w niej zmiany. Opowiada również o pojednaniu, dniu spędzonym u boku ukochanego w utworze „Malibu”, a za pomocą „I Would Die For You”„She’s Not Him” utwierdza nas w uczuciach do swojego wybranka. Na tle silnej liryki od pierwszych dźwięków skrzypiec w klimatach retro czaruje „Miss You So Much” z perfekcyjnym wokalem, z kolei “Inspired” uspokaja i buduje. Na przestrzeni całego wydawnictwa Miley przedstawia się jako młoda kobieta bawiąca się muzyczną historią, oferując przy tym dźwięki charakterystyczne dla głęboko ukorzenionej muzyki rozrywkowej panującej w USA w pierwszym dziesięcioleciu XX wieku, z odpowiednio wyważonymi elementami współczesności. Jeżeli jesteście ciekawi takiego połączenia, z pewnością zaintryguje, a następnie porwie was w rytm poniekąd indiańskie „Bad Mood”, które u boku tajemniczego i bardziej aktualnego „Love Someone” z umiejętnie budującymi napięcie emocjami, są moimi ulubionymi autorami z opisywanej płyty. Nie dość, że jest intymnie, to jeszcze rodzinnie. Nie da się ukryć, że legenda country i ulubienica Ameryki jaką jest Dolly Parton, miała istotny wpływ na doprowadzenie albumu do jego ostatecznej formy. Reprezentantki dwóch różnych pokoleń spotkały się we wspólnym duecie „Rainbowland” – najbardziej odległym od dawnych przebojów Miley. Mimo dominacji bohaterki albumu i niedoboru wokalu Dolly (ewidentne niedociągnięcia produkcji), trudno nie dać się ponieść radosnej, wręcz promiennej atmosferze utworu.

 

Miley Cyrus pokonała trudną drogę. Muzyczny odwyk jakim jest „Younger Now” pozwolił jej na zaczerpnięcie świeżego powietrza i poukładanie swoich twórczych spraw. Materiał stanowi spójną całość, ale nie jest też pozbawiony wad, bo momentami sprawia wrażenie monotonnego i zachowawczego. Z pewnością nie jest to płyta dla każdego fascynata popu, natomiast może stać się bliższa słuchaczom otwartym, gustującym w niekonwencjonalnych połączeniach zbudowanych na tradycyjnej podstawie, ale w nowoczesnej odsłonie.

 

REKLAMA
pajacyk

DODAJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here