“I don’t trust nobody and nobody trusts me. I’ll be the actress starring in your bad dreams” śpiewa Taylor Swift w utworze, który zapowiadał jej szósty studyjny album. Wokalistka, będąca niegdyś ulubienicą Amerykanów, w parę chwil zburzyła dotychczasowy wizerunek, zdjęła maskę niewinnej dziewczynki i przestała udawać, że nie dostrzega swojej mocno nadszarpniętej reputacji. Zamiast starać się o dobry PR, postanowiła wysłać w świat zabawny komunikat: “Old Taylor can’t come to the phone right now. Why? Oh, ’cause she’s dead”. Jak ta zapowiedź ma się do rzeczywistości?

 

Dziwnie słucha się „Reputation” z myślą, że autorka albumu jeszcze parę lat temu była jedną z najpopularniejszych wokalistek country, mającą na koncie tak urokliwe, bezpretensjonalne kompozycje jak „Love Song”, „Our Song” czy „Should’ve Said No”. Pożegnanie z muzycznymi korzeniami nastąpiło wraz z wydanym pięć lat temu albumem „Red”, a „1989″ z roku 2014 był już debiutem Swift w popowej stylistyce. Nie jestem fanką tego krążka, ale doceniam jedno – trzymanie się artystki z dala od popularnego wówczas electropopu. To, co darowała sobie poprzednio z nawiązką nadrobiła na „Reputation”, sięgając m.in. po trap, dubstep, synthpop i zestawiając je z nowoczesnym popem i R&B.

REKLAMA
fonnex

 

Zwiastunem nowej, mroczniejszej Taylor był singiel „Look What You Made Me Do”, który ma tyle samo fanów co przeciwników. Dla mnie ta mieszanka niebanalnego popu i electroclashu jest najlepszą kompozycją w dyskografii Amerykanki. Intryguje tekstem, ciekawie wplata inspiracje przebojem „I’m Too Sexy” i jest bardzo teatralna, przerysowana. Do moich pozostałych ulubionych punktów opisywanej płyty należą „Don’t Blame Me”, „Delicate”, „I Did Something Bad” oraz „Call It What You Want”. Pierwszy z tych utworów, w którym artystka porównuje miłość do zażywania narkotyków, posiada najlepszy hook spośród wszystkich nagrań zawartych na „Reputation”. Nieco słabiej pod tym względem wypada „I Did Something Bad”, niemniej doceniam tę piosenkę za jej wyrazistość i tekst traktujący o tym, jak postrzega się Taylor w mediach. W zupełnie innym kierunku zmierzają dwie pozostałe propozycje – „Delicate” brzmi jak delikatna electropopowa kompozycja, którą w swoim nowym repertuarze mogłaby mieć Selena Gomez, chociaż warto zwrócić uwagę na podszyty lekkim smutkiem głos Swift. Stonowane „Call It What You Want” jest z kolei popisem elektronicznego R&B spotykającego po drodze utwory wokalistki sprzed dekady.

 

Niezłe wrażenie robią również takie numery jak „So It Goes…”, „Dancing With Our Hands Tied” i „Dress”. Niespodzianką w tym całym zestawie wydaje się być romantyczne, zaaranżowane na pianino „New Year’s Day”, pozbawione efektów specjalnych, bez elektronicznych zabawek – to piosenka dla tych, którzy nadal tęsknią za starą Taylor. Na krążku pojawia się także jedna kompozycja eksploatująca brzmienia urban, będąca kolaboracją Swift z rapującymi Edem Sheeranem i Future. Bardziej jednak w tym całym nagraniu rozgrzewają wyśpiewywane przez Amerykankę wersy takie jak “I got some big enemies” czy ”here’s the truth from my red lips”.

 

Nie obyło się jednak bez wpadek. Do najsłabszych kawałków zaliczyć mogę mało interesujące „Gorgeous” oraz bardziej pasujące do niewyrobionych, nastoletnich piosenkarek „Getaway Car” i „King of My Heart”.

 

“The world moves on, another day, another drama. But not for me, all I think about is karma.” – takie słowa padają w „Look What You Made Me Do”, odsłaniając część osobowości Taylor Swift, czym wokalistka mi zaimponowała. Zamiast po różnych aferkach rzucać się w słowne przepychanki, nakręcając temat jeszcze bardziej, siedziała cicho i obmyślała plan zemsty, która w końcu najlepiej smakuje na zimno. Niewiele może na „Reputation” jest szpilek wbitych innym, ale jedno na pewno wrogów Swift zaboli – znów jest ona na topie i śmieje im się w twarz. Nawet, jeśli opisywana płyta jako całość nie jest tak okazała, jak być mogła, to dla mnie i tak jest najlepszym albumem, jaki wyszedł spod jej ręki.

 

REKLAMA
pajacyk

DODAJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here