Final Audio to japońska marka z kilkudziesięcioletnimi tradycjami, która na polskim rynku znalazła już uznanie odbiorców dzięki bogatej ofercie wysokiej jakości słuchawek. Z reguły są to jednak modele oferowane w średnim i wyższym budżecie, natomiast za sprawą E1000 Final w końcu pokazał budżetowe słuchawki dokanałowe.

Wycenione są one na przystępne 129 złotych i, przynajmniej w kwestii wyglądu, wyraźnie czerpią garściami od swoich cenionych starszych braci z serii E. Czy jednak oprócz dobrze znanego wyglądu producent zadbał również o dobre doznania dźwiękowe?

Wyposażenie

Słuchawki otrzymujemy w dość skromnym kartoniku z zawieszką, na którym umieszczono zdjęcie przedstawiające E1000 i ich podstawową specyfikację. W środku znajdziemy plastikową wsuwkę z miejscem na Finale oraz wyposażenie, które składa się z czterech dodatkowych par nakładek silikonowych w rozmiarach od XS do L oraz małej papierowej instrukcji.

REKLAMA
fiio

Brakuje tu czegoś chroniącego słuchawki podczas transportu, choćby znanego z E2000 woreczka, nie mówiąc już o sztywnym etui, jakie potrafi pojawić się u konkurencji.

Należy jednak pochwalić Final Audio za oryginalne tipsy, które mocno odbiegają jakościowo od typowych nakładek z tego przedziału cenowego, i to odbiegają na plus. Nawet wiele kilkukrotnie droższych dokanałówek nie może się pochwalić tak przyjemnymi w dotyku i dobrze leżącymi w uchu końcówkami. Te są sprężyste, ale nie za twarde, a pomimo tego że są gładkie, to nie uciekają z kanałów usznych. Jedyny minus stanowi fakt, że bardzo szybko gromadzą na sobie ciała obce, czy to kurz, czy sierść domowego zwierzaka lub inne naleciałości z powietrza. Dlatego dobrze jest na własną rękę zaopatrzyć się w jakieś etui ochronne i nie zapominać o higienie.

Wykonanie

Kopułki, w przeciwieństwie do wyższych modeli, są wykonane z tworzywa sztucznego, a nie z metalu, co w chłodniejszą pogodę, jaką mamy o tej porze roku, może być akurat plusem, gdyż w mniejszej ilości przenoszą zimno na skórę ucha. Tradycyjnie dla serii E Final Audio kopułka to mała walcowata konstrukcja skrywająca dynamiczny micro-driver i w przeciwieństwie do wielu konkurentów, posiada tulejkę w rozmiarze T200, więc nawet osoby o drobniejszej budowie ucha będą mogły z nich wygodnie korzystać.

Z kopułek wychodzi nieodpinany kabel, który nie jest chroniony żadną odgiętką, więc należy na niego trochę bardziej uważać, by nie złamał się w tym wrażliwym miejscu podczas wkładania słuchawek do kieszeni czy plecaka.

Reszta przewodu ma wygląd rodem z najtańszych słuchawek: czarna prosta izolacja, gumowy spliter, za którym biegną sklejone żyły odpowiadające za dany kanał, zaś całość wieńczy nieduży wtyk mini-jack. Ten na szczęście został już wyposażony w elastyczną odgiętkę, dodatkowo wychodzącą z obudowy pod kątem 90 stopni, co zabezpiecza to najbardziej newralgiczne miejsce kabla. I choć całość wygląda po prostu tanio, to w dotyku izolacji jest coś przyjemnego – od razu czujemy, że to nie tandetna guma. Ot, niby mało znaczący element, ale cieszy.

Minusem na pewno jest mocny efekt mikrofonowy przenoszony przez przewód, gdzie każde dotknięcie izolacji wyraźnie słyszymy przez muzykę. Pewnym ratunkiem jest ograniczenie swobody poruszania się kabla poprzez regulowanie jego swobody pod szyją za pomocą suwaka, o którym producent na szczęście nie zapomniał.

Pod względem estetyki E1000 zdecydowanie nie zachwycają. Jednolicie grafitowa barwa (w testowanym egzemplarzu, natomiast producent oferuje 3 kolory do wyboru), z mało widocznymi przetłoczeniami na bokach wskazującymi na markę producenta, model i stronę ucha, do której jest przypisana dana słuchawka oraz logo Final Audio na wieczku zamykającym kopułki, to nie jest coś, czym można się zachwycać. Gdyby chociaż oznaczenia stron były wyraźne i czytelne… O tym możemy jednak niestety zapomnieć, w związku z czym wystarczy półmrok, byśmy mieli problem z ulokowaniem wybranej słuchawki we właściwym uchu.

Ze względu na dość płytką aplikację słuchawek w kanałach ucha oraz niewielki rozmiar samych E1000, izolacja od dźwięków otoczenia jest w najlepszym razie przeciętna. O ile słuchawki wyciszają zewnętrzne hałasy, to nie odcinają nas od nich kompletnie. Czy to zaleta, czy wada – zależy od zastosowań. W centrum dużego miasta odcięcie może być za małe, natomiast na przedmieściach, na łonie natury czy w domu sprawdza się to świetnie.

Brzmienie

Źródła wykorzystane podczas testów: Cyberdrive EX-2, HiBy R3, Samsung Galaxy S7, Shanling M0, Shozy Alien+, xDuoo D3, xDuoo X3 II.

Bas, jak na ten przedział cenowy, jest dość nietypowy. Nie mamy tu wyraźnie podbitego dołu, który narzuca słuchawkom charakter. W przypadku Final Audio E1000 bas jest dość stonowany i lekki w przekazie, oferując przyjemny akcent na midbasie, który nieco ociepla brzmienie, ale nigdy się nie narzuca. Tutaj dźwięki są pulsujące, rysowane grubszą linią i dłużej wybrzmiewające, ale także niezłe pod względem szybkości. Przesuwając się w stronę średnicy niskie tony łagodnie opadają, by płynnie przejść w wyższe pasmo, bez zalewania go swoją obecnością. Brakuje tu jednak dwóch rzeczy: większego zróżnicowania i głębi basu, co jest dość powszechne w tej cenie, a także lepszego zejścia, gdyż czuć, że poniżej 50 Hz dźwięki już uciekają. Nie są to więc słuchawki dla basolubów, choć można je określić jako całkiem uniwersalne w tej części pasma. Mamy tu lekki akcent, który tworzy ciekawą podstawę, wspieraną przez dobrą dynamikę, która nie pozwala na rozmywanie się muzyki w tym zakresie.

Tony średnie to główne danie E1000 – postawione trochę ponad basem i sopranami, czyste, zwarte, z delikatnie ciepłą nutą nadającą im żywego brzmienia. Naturalne instrumenty wybrzmiewają odpowiednio długo, nie uciekając w zbyt techniczny przekaz, ale pozostają przy tym zaskakująco detaliczne oraz wierne barwowo. Można jednak dostrzec, że główny akcent postawiono na wokale i wyższą średnicę, przez co gdy razem pojawią się np. gitara akustyczna i tamburyn czy trąbka, to gitara zawsze schodzi na drugi plan. Nie jest to co prawda duża różnica, gdyż tony średnie mają dość równy przebieg, ale jednak ów efekt występuje. Całościowo daje to brzmienie zwiewne i lekkie, dopasowane bardziej do spokojniejszej muzyki niż klubowego łojenia.

Oczywiście nie znaczy to, że te Finale nie nadają się do metalu czy elektroniki. Po prostu wśród nich należy odpowiednio dobrać sobie podgatunki, by w pełni cieszyć się muzyką.

Wokale, jak już zostało wspomniane, są zaakcentowane, szczególnie w wyższych partiach, co premiuje delikatne żeńskie głosy, dodając im odrobiny blasku, ale nie doświetlając ich na tyle, by zaczęły wychodzić niepotrzebne sybilanty. Jest lekko i zwiewnie, ale nigdy nie męcząco. Z kolei przy głębszym męskim śpiewie pewne braki w dociążeniu pojawiają się przy faktycznie nisko schodzących wokalach, szczególnie gdy są one wzmocnione growlem. Wszystkie wyższe głosy są czyste i pełne, dobrze operujące barwą, szczególnie jak na ten przedział cenowy.

Tony wysokie zaczynają się lekkim podbiciem, co wyostrza ich przekaz, zwłaszcza w pierwszych godzinach odsłuchów, zanim przetwornik całkiem się ułoży. Tu też pojawia się najmniej dopracowany element brzmienia E1000, a mianowicie pewna sztuczność sopranów. Są one dobrze rozciągnięte i czytelne, ale brak im głębi. Całość brzmienia w tym zakresie jest na jednej płaszczyźnie, co szczególnie słychać na skrzypcach w roli przewodniego instrumentu, któremu brakuje trochę finezji. Z kolei talerze perkusji wypadają już co najmniej solidnie, z dobrym czasem wybrzmiewania i barwą, więc spłaszczenie góry nie zawsze wpływa na muzykę w zasadniczy sposób.

Scena nie należy do największych. Muzyka niemal nie ucieka poza głowę, ale jest tu na tyle swobody, by nie mieć poczucia klaustrofobii, co jest rzadko spotykanym połączeniem. Na pewno pomaga w tym pewna wyczuwalna głębia, która co prawda jest ograniczona tylko do pierwszego planu, ale to wystarcza, by dać intymną przestrzeń z wyraźnym rozgraniczeniem na lewą i prawą stronę. Gorzej wypada holografia, gdyż zawężenie sceny z niedużym rozciągnięciem w głąb zmniejsza ilość miejsc, w których można zlokalizować instrumenty oraz minimalizuje tzw. powietrze między nimi, więc w większości przypadków są one po prostu ustawione przed nami. Jest kameralnie, ale zdecydowanie nie jest to granie wielowymiarowe.

Szczegółowość stoi na dobrym poziomie. Nie została rzucona na twarz, ale wiele detali jest na wierzchu, a w ich odbiorze pomaga czyste strojenie słuchawek. Co prawda nie są to dokanałówki stworzone do analizy i krytycznego odsłuchu, bo muzykalność stoi na pierwszym miejscu, ale dopóki nie przesiądzie się na słuchawki z wyższej półki, to nie ma się poczucia braku szczegółów.

Pod względem synergii ze źródłami, opisywane Finale ogólnie są bezproblemowe, choć preferują odtwarzacze o nasyconym brzmieniu – jaśniejsze i bardziej techniczne podejście do dźwięku może dodatkowo wzmocnić podbicie na wyższej średnicy oraz sopranach, co z kolei może przełożyć się na bardziej męczący dźwięk w niektórych utworach. Jednak wśród sprzętu, z którymi je parowałem, jedynie xDuoo X3 II kilka razy wyostrzył słuchawki, natomiast cała reszta zabrzmiała bardzo dobrze, ze szczególnym uwzględnieniem Shozy Aliena+.

W uzyskaniu synergii na pewno pomagają dwie rzeczy – mała wrażliwość na charakter źródła oraz niskie wymagania prądowe, dzięki czemu E1000i bez problemu zagrają z byle telefonu.

Szukając konkurencji, w pierwszej kolejności należy wymienić Lypertek Mevi. Słuchawki równie małe, może nawet wygodniejsze i podobnie jak E1000 odbiegające nieco brzmieniem od większości dokanałówek w tej cenie. Mevi oferują bardziej rozbudowaną scenę, mocniejszy dół, spokojniejszą górę oraz większe nasycenie dźwięków, ale nie mają tej ogólnej czystości przekazu oraz lekkości na średnicy, na której żywe instrumenty rozwijają skrzydła.

Shozy Hibiki oferują lepsze wykonanie, mocniejszy dół oraz większą przestrzeń z lepszą holografią, jednak tu również producent poszedł w stronę bardziej popularnego strojenia, więc jest bardziej rozrywkowo niż zwiewnie.

O 100 zł droższe Final Audio E2000CS, które jakiś czas temu testował Maciej Sas, to w stosunku do E1000 pewien krok naprzód praktycznie pod każdym względem. Jest to już jednak brzmienie bardziej nowoczesne, z mocniej zaznaczonymi skrajami i niżej schodzącym basem, więc urok średnicy zaczyna uciekać.

Cała reszta słuchawek z tego przedziału cenowego jaka przychodzi mi na myśl, to już mniej lub bardziej zdecydowane granie na planie litery V lub też basowe potwory, więc, mimo zbieżności cenowej, ciężko je uznać za alternatywę dla E1000.

Podsumowanie

Final Audio E1000 to zaskakujące słuchawki dokanałowe, które określiłbym mianem świeżych i potrzebnych rynkowi. W budżetowym przedziale cenowym zdecydowanie dominują konstrukcje nastawione na bas, czy to dodatkowo przyciemnione, czy też grające agresywnym “V” z dodatkowo podbitą wysoką średnicą. Tu natomiast dostajemy słuchawki grające lekko, delikatnie, z całościowo podkreślonymi tonami średnimi. Nie gonią za tanimi emocjami, tylko próbują przekazać nam coś więcej, coś żywego i naturalnego.

Gdy chcemy przy muzyce trochę odpocząć od goniącego świata, złapać oddech i nie chcemy wydawać dużych sum – oto są Final Audio E1000. Czasami więcej do szczęścia po prostu nie potrzeba.

Zalety:
+ nietypowe, delikatne i wyrafinowane brzmienie (jak na ten przedział cenowy),
+ naturalne docieplona średnica o wysokiej kulturze,
+ bardzo dobre nakładki silikonowe,
+ wysoka ergonomia.

Wady:
– szłyszalne braki w niskim basie,
– nieco syntetyczne soprany,
– ograniczona holografia,
– niewyraźne oznaczenie kanałów.

Sprzęt dostarczył:

REKLAMA
campfire

2 KOMENTARZE

  1. Czy przewidujesz recenzję dla słuchawek ibasso IT01s, czy jeden przetwornik dynamiczny może być lepszy hybrydy np. 1more quad, czy whizzer kylin

DODAJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here