FiR Audio E12 to nieszablonowe dokanałówki dla wymagających. Słuchawki zostały wyposażone w pojedyncze przetworniki dynamiczne o średnicy 12 mm, które zamknięto w wentylowanych obudowach z wymiennymi pokrywkami. Amerykański producent obiecuje klarowne i muzykalne brzmienie z niskoschodzącym basem.

FiR Audio E12 zwracają uwagę i jednocześnie budzą wątpliwości. Słuchawki zostały wycenione na niebagatelne 1800 dolarów amerykańskich, czyli ponad 7200 zł bez uwzględniania opłat importowych, a bazują na pojedynczych przetwornikach dynamicznych. W tej cenie możemy przebierać w konstrukcjach multiarmaturowych i hybrydowych, więc skąd taka decyzja? Według producenta pozwoliło to na zastosowanie obszernych komór przetworników, dzięki którym niskie tony wybrzmiewają z maksymalną swobodą – bas mamy wręcz odczuwać, a nie tylko słyszeć.

REKLAMA
final

Sprawdziłem to, zestawiając FiR Audio Electron 12 z szeregiem słuchawek dokanałowych o przeróżnych konfiguracjach przetworników, czyli m.in. z Campfire Audio Andromeda Emerald Sea (multiarmatura), Campfire Audio Solaris Stellar Horizon (hybrydy), FiiO FX15 (trybrydy) i HiFiMAN Svanar (dynamiki).

Wyposażenie

Zestaw zawiera:

  • trzy pary tipsów silikonowych (rozmiary S, M, L);
  • trzy pary pianek termoaktywnych (rozmiary S, M, L);
  • srebrny kabel 2-pin 0,78 mm > 4,4 mm (długość 120 cm);
  • futerał;
  • przyrząd do czyszczenia;
  • podstawowe pokrywki;
  • narzędzie do wymiany pokrywek;
  • przyrząd do czyszczenia;
  • termo łatkę;
  • dokumentację.

Zestaw jest bogaty, bo razem ze słuchawkami otrzymujemy pianki, ośmiożyłowy kabel z czystego srebra i sporo gadżetów. Wrażenie robi także okrągły i usztywniony futerał z prawdziwej skóry, wewnątrz którego zmieszczą się nie tylko słuchawki, ale także piankowa foremka na akcesoria. Ta ostatnia została wyposażona w magnetyczne mocowania na wymienne pokrywki oraz specjalną przyssawkę do ich wymiany. Zaskoczyła mnie także duża naprasowanka lub inaczej termo łatka – nie spotkałem się jeszcze z takim gadżetem w zestawie IEM-ów.

Zestaw testowy zawierał także dodatkową parę pokrywek SwapX w kolorze Crimson Abalone. Alternatywne faceplate’y są dostarczane w solidnym, zamykanym na zatrzask pudełku z magnetycznymi mocowaniami. Producent oferuje łącznie 38 wariantów pokrywek z kilkoma logo do wyboru, jak i możliwość nadruku własnych grafik. Mnie w pełni satysfakcjonują zielone pokrywki w konfiguracji fabrycznej, ale możliwość spersonalizowania uniwersalnych słuchawek i tak zasługuje na pochwałę.

Konstrukcja

Nie ma żadnych wątpliwości, że FiR Audio E12 to IEM-y z półki premium. Słuchawki zostały perfekcyjnie wyfrezowane z aluminium i ozdobione iryzującymi pokrywkami. Najpewniej wykonano je z muszli Paua Abalone, stosowanych w biżuterii czy też do inkrustracji gitar. Na faceplate’ach naniesiono złote oznaczenie modelu oraz sympatyczne logo producenta, czyli królicze uszy na tle gwieździstego nieba. Do gustu przypadł mi także kolor samych słuchawek, bo nie są one czarne, a niebieskawe. Niemniej kolorystyka jest nadal stonowana, a same słuchawki nieprzekombinowane.

FiR Audio E12 są trzyczęściowe, czyli składają się dużych obudów, mocowań na pokrywki oraz samych pokrywek. Te ostatnie trzymają się za pomocą magnesów i są wpuszczone w dość głębokie foremki. Okazuje się, że system SwapX nie pełni jedynie funkcji ozdobnej, bo pod pokrywkami znajdziemy po dwie krzyżakowe śrubki, co zdecydowanie ułatwia ewentualną naprawę, a więc znacznie wydłuża żywotność słuchawek. Zastanawiają mnie jednak tulejki, które nie zostały zabezpieczone siateczkami czy też gąbkami. Nie znajdziemy ich także na tipsach czy piankach, więc dobrze mieć pod ręką czyścik z zestawu.

W górnej części obudów umieszczono gniazda 2-pin 0,78 mm. Muszę przyznać, że preferuję obrotowe gniazda MMCX, ale rozumiem wybór producenta, bo według różnych źródeł standard 2-pin jest mniej awaryjny ze względu na prostszą konstrukcję. Standard dwupinowy stosuje się też zazwyczaj w słuchawkach spersonalizowanych, a to specjalizacja FiR Audio, więc nic dziwnego, że zrezygnowano z MMCX-ów. Ponadto razem ze słuchawkami otrzymujemy świetny kabel zbalansowany, więc nie sposób narzekać.

Przewód to ośmiożyłowa i dwuwiązkowa plecionka z czystego srebra ekranowanego miedzią. Kabel został zabezpieczony gładką w dotyku, półprzezroczystą izolacją, a nie zabrakło na nim także metalowego rozdzielacza z pasującym do niego suwakiem. Z metalu wykonano także obudowy samych wtyczek 2-pin, jak i solidnego wtyku 4,4 mm. Swoją drogą przygotowano tylko jeden wariant przewodu, ale nie mam z tym problemu – nabywca słuchawek tej klasy z pewnością będzie korzystał ze zbalansowanego źródła.

Ergonomia i użytkowanie

Ergonomia jest dobra, ale mam pewne zastrzeżenia. Słuchawki nie podpadły mi kształtem, bo to typowe „łezki”, które dobrze odpowiadają wewnętrznej strukturze małżowin usznych. Co innego, że E12-tki raczej nie wypełnią uszu, bo obudowy są szerokie, a tulejki dość długie. W moim przypadku słuchawki lekko odstają z uszu, co jest częściowo także winą wymiennych pokrywek, które siłą rzeczy pogrubiają słuchawki. Niemniej w moim przypadku E12-tki nadal trzymają się pewnie, a do tego nie uciskają. Zasysaniem kanałów słuchowych czy membran także nie trzeba się przejmować – komory przetworników są wentylowane.

Jestem jednak „skazany” na pianki termoaktywne z zestawu, bo z tipsami silikonowymi stopniowo tracę uszczelnienie. Tak naprawdę E12 skutecznie izolują od otoczenia nawet wtedy, gdy słuchawki są zaaplikowane płycej, ale cierpi na tym ciśnienie akustyczne, a więc po kilku chwilach od założenia słuchawek ubywa basu. Efekt ten nie występuje z piankami, które rozprężają się powoli, więc łatwo się je zakłada. Ponadto końcówki termoaktywne są mało porowate i powleczone na zewnątrz, więc nie wpływają negatywnie na brzmienie. Nie musiałem więc eksperymentować z tipsami innych producentów, by uzyskać satysfakcjonujące efekty.

System SwapX przypadł mi do gustu. Pokrywki trzymają się magnetycznie, a w zestawie jest malutka przyssawka, która ułatwia podważenie paneli i umieszczenie ich w dedykowanym pudełeczku – genialne w swojej prostocie! Zauważyłem jednak, że w przypadku egzemplarza testowego mogę podważyć faceplate’y paznokciem, bo nie chowają się one idealnie wewnątrz foremek. Niemniej podczas korzystania ze słuchawek nie zdarzyło się, by pokrywka wypięła się przypadkowo w etui czy podczas zakładania lub zdejmowania słuchawek, bo zastosowano odpowiednio silne magnesy.

Kabel spisuje się na piątkę. Przewód jest dość gruby, ale elastyczny i lejący się, więc dobrze się układa. Nie narzekałem także na fabrycznie ukształtowane zausznice, które pewnie trzymały się małżowin usznych i nie uwierały. Swoje zadanie spełniał także suwak przy splitterze, który utrzymywał wybraną pozycję nawet podczas dynamicznych ruchów głową. Szkoda natomiast, że kabel nie jest dłuższy. Przewód mierzy standardowe 120 cm od wtyku 4,4 mm do wtyczek 2-pin 0,78 mm, czyli do słuchania z DAP-a jest akurat, ale do komfortowych odsłuchów z biurkowego kombo brakuje dodatkowych 5-10 cm.

Specyfikacja

  • przetworniki: dynamiczne 12 mm
  • pasmo przenoszenia: 20 Hz-20 kHz
  • impedancja: 16 Ω
  • kabel: ośmiożyłowy, srebrny, miedziane ekranowanie, 2-pin 0,78 mm > 4,4 mm, 120 cm
  • funkcje: wymienne pokrywki, wentylowane komory
  • masa: 8,5 g (pojedyncza słuchawka); 46 g (obie słuchawki z kablem, tipsami i pokrywkami)

Brzmienie

FiR Audio E12 robią wrażenie od pierwszych chwil. Słuchawki nie szczędzą basu, ale brzmią przy tym ambitnie, w sposób dojrzały i z klasą. Niskich tonów jest dużo, ale w tym przypadku ilość nie wyklucza się z jakością, więc nie ma mowy o problemach z kontrolą, rozmyciu niskich tonów czy też zamuleniu. Inaczej rzecz ujmując – E12-tki to słuchawki o mocnej podstawie basowej, ale w audiofilskim wydaniu. Zazwyczaj nie przepadam za takim strojeniem, ale FiR Audio E12 przekonały mnie od pierwszych chwil. Już tłumaczę dlaczego.

Bas jest fenomenalny! Brzmienie słuchawek jest zaskakująco masywne i gęste, bo mocno dociążone w subbasie oraz midbasie. Słychać więc efekt ściany dźwięku, a niskie tony stanowią fundament muzyki – pulsują, wibrują lub wręcz mruczą niczym subwoofer. Fani elektroniki, rapu, muzyki popularnej, rocka oraz ciężkiego metalu powinni być zachwyceni. Co ciekawe mimo dużej dawki basu, słuchawki radzą sobie z różnicowaniem faktury niskich tonów – bas nie jest zlaną masą, nie sprawia wrażenia rozmytego czy zlanego. To jednak nie wszystko, bo niskie tony są zaskakująco dynamiczne i szybkie, czyli sprężyście uderzają i szybko wybrzmiewają. W efekcie muzyka mocno angażuje – podczas testów nie mogłem przestać wystukiwać rytmu stopy perkusyjnej czy też mimowolnie potakiwać głową zahipnotyzowany gitarowymi riffami. Nie spodziewałem się tego, bo zazwyczaj bas w tak dużej dawce jest ciężki i powolny, co w tym przypadku nie ma miejsca.

To nie koniec niespodzianek, bo bas nie dominuje nad średnicą. No dobrze, niskie tony wychodzą przed szereg, więc walczą o uwagę z pozostałymi pasmami, ale pasmo średnie nie znika w tle – instrumenty perkusyjne, klawiszowe, dęte czy wokale nie dają się przytłoczyć, wciąż brzmią klarownie i bezpośrednio. Dotyczy to także płyt rockowych i metalowych, bo i w tych gatunkach wokale nie giną pod masą gitar basowych i rytmicznych. Uzyskano to wyrazistą wyższą średnicą, która jednak nie wyostrza brzmienia i nie odbiera średnicy barw – w muzyce wciąż nie brakuje ciepła, miękkości i gładkości. Daje się z łatwością wychwycić także detale, bo rozdzielczość dźwięku jest bez zarzutu. Nie mam jednak wątpliwości, że prym wiedzie muzykalność, bo FiR Audio E12 są daleko równowagi, nie brzmią technicznie czy laboratoryjnie. Nie są to kolejne, płasko i neutralne brzmiące słuchawki nastawione na akcentowanie najdrobniejszych detali, a podkoloryzowane oraz efektowne. I dobrze.

Wysokie tony mają niższy priorytet od basu i nie są wyjątkowo rozciągnięte, ale nie nazwałbym E12-tek mianem słuchawek ciemnych czy zgaszonych. Góra pasma wciąż dobrze doświetla dźwięk, jest precyzyjna, zapewnia czysty przekaz cyfrowych sampli czy talerzy perkusyjnych, jak i wspiera wysokie wokale, smyczki, dęciaki czy gitary solowe. Brzmienie jest więc nadal odpowiednio klarowne i wystarczająco bezpośrednie. Nie należy się więc przejmować ostrością – słuchawki nie brzmią agresywnie w wysokich tonach, nie syczą i nie wzmagają sybilizacji. Dzięki temu przekaz jest maksymalnie przystępny, a brzmienie stosunkowo uniwersalne – gorsze realizacje nie wypadną z listy odtwarzania, co nie jest takie oczywiste w przypadku wielu słuchawek tej klasy. Krócej mówiąc – wysokie tony są takie, jak przystało na słuchawki bazujące na pełnozakresowych przetwornikach dynamicznych.

Scena dźwiękowa jest satysfakcjonująco szeroka, co zawdzięcza się kontrastowej separacji kanałów. Nie ma też problemów z głębią czy wysokością, więc przestrzeń jest kulista lub lekko elipsoidalna w zależności od charakteru samego źródła dźwięku. Nie powiedziałbym jednak, że E12-tki brzmią wyjątkowo przestrzennie, bo zaakcentowany bas wypełnia wszelkie zakamarki przestrzeni. Nie ma więc mowy o jakimkolwiek „powietrzu” pomiędzy instrumentami, ponieważ są one eksponowane na tle basu. Lekko cierpi na tym holografia i separacja dźwięków, czyli muzyka nie rozbrzmiewa tak selektywnie i swobodnie, jak w słuchawkach z płytszymi niskimi tonami. Inaczej mówiąc – scena dźwiękowa jest mocno upakowana, wszystko wydaje się być zanurzone w basie, co może być zarówno wadą, jak i zaletą. Mnie taki sposób prezentacji nie przeszkadzał.

FiR Audio E12 – porównania z Campfire Audio Andromeda Emerald Sea, Solaris Stellar Horizon, FiiO FX15 oraz HiFiMAN Svanar
Multiarmaturowe Campfire Audio Andromeda Emerald Sea to również masywnie zestrojone słuchawki, które brzmią gęsto, przystępnie i muzykalnie. Okazuje się jednak, że FiR Audio E12 schodzą głębiej w subbas, gdy w przypadku Andromeda ES akcent przypada na średni zakres basu. Nie ma zaskoczenia, tak to zazwyczaj jest w konfrontacjach przetworników armaturowych z dynamicznymi. Jednak moim zdaniem E12-tki mocniej różnicują niskie tony, które są też szybsze i lepiej kontrolowane. Z drugiej strony bas w emeraldowych Andromedach jest mniej obfity, na czym zyskują holografia oraz separacja instrumentów, co może przemawiać na ich korzyść. Słychać też inne różnice z cyklu „przetworniki armaturowe vs dynamiczne”, czyli E12-tki są miększe, gładsze i barwniejsze, a Andromedy trochę twardsze, mocniej zarysowane i mniej nasycone. Mnie przekonały FiR Audio E12, ale to jednak słuchawki wyraźnie droższe od Andromeda Emerald Sea (ok. 9000 zł z opłatami importowymi vs 6500 zł).

W przypadku Solaris Stellar Horizon sprawa jest łatwiejsza, bo hybrydowe słuchawki Campfire Audio brzmią już zupełnie inaczej. Najnowsze Solarisy są wręcz płaskie lub nawet rozjaśnione w bezpośrednim porównaniu z FiR Audio E12 – oba modele to właściwie swoje przeciwieństwa. W przypadku Solarisów Stellar Horizon niskie tony są płytsze, punktowe i dawkowane zdecydowanie oszczędniej. W rezultacie średnica jest bliższa i ma bardziej techniczny i twardy charakter, podobnie jak góra pasma. E12-tki są zatem dużo bardziej efektowne, masywniejsze, gładsze i… przyjemniejsze w odbiorze. Jeśli liczy się muzykalność, to E12-tki są bez wątpienia górą. Nie mam jednak wątpliwości, że Solarisy są bliżej równowagi, brzmią wierniej i mniej koloryzują brzmienie, a do tego mocniej rozciągają wysokie tony i generują szerszą scenę dźwiękową. Mnie przyjemniej słuchało się E12-tek, ale jestem także pod wrażeniem precyzji i klarowności Solarisów. Wątpliwości budzi różnica w cenie, bo Solarisy kosztują aż 13000 zł.

Dynamiczno-armaturowo-elektrostatyczne FiiO FX15 także brzmią inaczej, bo to słuchawki zdecydowanie zrównoważone i klarowniejsze w wysokich tonach. FiR Audio E12 generują od nich znacznie więcej basu, schodzą niżej w subbas i łagodniej prezentują wyższą średnicę oraz górne rejestry. Uważam, że FX15 to słuchawki mniej podkoloryzowane, bardziej bezpośrednie i przestrzenne, bo w ich przypadku bas nie rozpycha się tak w scenie dźwiękowej, jak w E12-tkach. Mimo tego to dokanałówki od FiR Audio lepiej różnicują niskie tony, które w słuchawkach FiiO są lekko wygładzone i ujednolicone. Z drugiej strony FiiO FX15 przekazują więcej informacji w wyższej średnicy i górze pasma za sprawą przetworników armaturowych i elektrostatycznych. Mnie słuchało się świetnie obu modeli – zachwycałem się zarówno basem E12-tek, jak i klarownością FX15-tek. W tym przypadku FiiO są bardziej opłacalne (4000 zł), ale tak naprawdę nie stanowią one bezpośredniej alternatywy dla FiR Audio E12 ze względu na zupełnie inne strojenie.

Więcej podobieństw słychać do HiFiMAN-ów Svanar, bo to także słuchawki bazujące na pojedynczych przetwornikach dynamicznych. Daje się wychwycić podobną gładkość, ciepło i muzykalny charakter. Na tym podobieństwa się kończą, bo FiR Audio E12 są dużo bardziej efektowne od przewodowych Svanarów – generują więcej basu, schodzą niżej i jeszcze lepiej różnicują niskie tony. W bezpośrednim porównaniu Svanar stawiają średnicę bliżej, mocniej ją ocieplają i generalnie brzmią bardziej „analogowo”. W rezultacie Svanary brzmiały świetnie w klasyce czy jazzie, a E12-tki brylowały w elektronice czy metalu, więc znowu słychać konflikt charakterów. Uważam jednak, że IEM-y od FiR Audio wypadają korzystniej cenowo, bo Svanar kosztują około 10000 zł i nie mają kabla zbalansowanego, który trzeba dorobić ze względu na niestandardowe gniazda 2-pin…

Zatem, które słuchawki mają najwięcej wspólnego z FiR Audio E12? Żadne z powyższych. Myślę, że najbliżej są starsze modele od Campfire Audio, czyli Dorado 2020 oraz szczególnie Atlas. Te pierwsze to hybrydy o ciut klarowniejszej górze pasma, które jednak także nie potrafią tak różnicować niskich tonów, jak E12-tki. Z kolei Atlasy również generują potężny bas, ale trochę gorzej go kontrolują i słabiej różnicują, ale za to brzmią klarowniej w wyższej średnicy oraz górze pasma od E12-tek. Niemniej FiR Audio E12 są według mnie technicznie lepsze od obu modeli CFA. Porównanie nie jest jednak do końca fair – zarówno Dorado 2020, jak i Atlas to już starsze modele, które debiutowały w niższych cenach od E12. Niemniej jeśli kiedyś Dorado 2020 czy Atlasy skradły nam serce, to jest duża szansa, że E12-tki również trafią w gust.

FiR Audio E12 – synergia
Słuchawki są skuteczne, nie wymagają dużej ilości mocy i brzmią świetnie właściwie ze wszystkiego. Pewna synergia jest jednak wskazana, ale nie ma zaskoczenia – łączenie słuchawek z basowymi czy ciemnymi źródłami nie ma sensu. Te zrównoważone czy nawet chudsze w niskich tonach/jaśniejsze w wyższej średnicy i sopranie zapewnią lepsze efekty. Mnie świetnie słuchało się E12-tek ze źródeł wyposażonych w przetworniki ESS Technology. Słuchawkom służą także filtry cyfrowe typu „fast”, które są według mnie klarowniejsze od tych „slow”.

FiR Audio E12 są też czułe na charakter źródła – mimo efektownego strojenia, daje się wychwycić niuanse. Dla przykładu FiiO M17 oraz Astell&Kern Kann Max oscylują wokół równowagi, ale ten pierwszy odtwarzacz zabrzmiał bardziej gładko, a drugi okazał się być klarowniejszy i twardszy w przekazie. Słuchawki pokazały różnice pomiędzy odtwarzaczami jak na dłoni, czego się nie spodziewałem. Moim zdaniem E12-tki lepiej dogadywały się z odtwarzaczem od Astell&Kern, bo zyskały na mocniejszym konturze średnicy i wysokich tonów. Nie znaczy to jednak, że gładsza M17-tka przegrała – FiR Audio E12 zabrzmiały inaczej z odtwarzaczem FiiO, a niekoniecznie gorzej. Nie uważam więc, że trzeba specjalnie przejmować się synergią.

Co innego czystością sygnału. Niestety FiR Audio E12 wyciągają szumy z wydajnych odtwarzaczy czy stacjonarnych źródeł. Wspomniany Kann Max, mimo świetnego zgrania, nie zapewnił tak czystego sygnału, jak M17. Stacjonarny FiiO R9 także wyraźnie szumiał, podobnie jak mobilny Questyle M15. Szkoda, bo słuchawki z przetwornikami dynamicznymi zazwyczaj nie są tak wymagające odnośnie poziomu szumu, jak multiarmatury czy hybrydy. Zatem lepiej łączyć E12-tki z mniej wydajnymi źródłami i zdecydowanie unikać wyższych poziomów wzmocnienia.

Podsumowanie

Teoretycznie FiR Audio E12 nie mogą mi się podobać, a mimo tego testowało mi się je z przyjemnością. Słuchawki zostały bogato wyposażone, solidnie wykonane, oferują satysfakcjonującą ergonomię, dobrze izolują od otoczenia oraz nie zawodzą kablem zbalansowanym. Do gustu przypadły mi także wymienne panele, które nie tylko pozwalają spersonalizować słuchawki wizualnie, ale także ułatwiają ich naprawę. Brzmienie spodoba się fanom emocji, muzykalnego brzmienia i przede wszystkim potężnego basu z mocnym zejściem, który jest tym samym zróżnicowany, dynamiczny i kontrolowany. Jest co podziwiać!

Natrafiłem na pewne problemy z silikonowymi tipsami, bo po kilku chwilach traciłem uszczelnienie kanałów słuchowych. Nie każdemu spodobają się też duże obudowy, które raczej nie ukryją się w małżowinach usznych. Gęsta scena dźwiękowa również nie wszystkich przekona, a potrzebne będzie też źródło o czystym sygnale.

FiR Audio E12 kosztują 1800 dolarów amerykańskich, czyli 7200 zł bez uwzględniania dodatkowych opłat. Moim zdaniem słychać, że to nie wypadek przy pracy – subwooferowy bas w wysokiej rozdzielczości i o wzorowej kontroli to nie lada osiągnięcie. Jeśli cena nie gra roli i szukamy masywnie brzmiących dokanałówek do elektroniki, rocka czy też metalu, to raczej będziemy zadowoleni. Jeśli jednak cena jest zbyt wysoka, to Campfire Andromeda Emerald Sea czy też Sennheisery IE 900 mogą stanowić dobre alternatywy.

Zalety:
+ bogate wyposażenie
+ estetyczne wzornictwo
+ solidne wykonanie
+ niezła ergonomia
+ dobra izolacja akustyczna
+ udany system SwapX
+ świetny kabel
+ potężny, niskoschodzący, dynamiczny i precyzyjny bas
+ muzykalny, przystępny charakter średnicy i wysokich tonów

Wady:
– pewne problemy z uszczelnieniem kanałów
– ograniczona separacja instrumentów/holografia
– podatność na szum

Sprzęt dostarczył:

REKLAMA
hifiman

DODAJ KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj