Atlasy to słuchawki dokanałowe z najwyższej półki, które kontynuują założenia modelu Vega. Mimo piorunującej ceny posiadają jedynie pojedyncze przetworniki dynamiczne, tym razem o średnicy 10 mm. Producent obiecuje wysoką rozdzielczość, masywny bas i wzorową dynamikę.

W momencie gdy otrzymałem Campfire Audio Atlas do testu, były to topowe słuchawki w ofercie producenta z Portland. Aktualnie palmę pierwszeństwa w portfolio amerykańskiej marki dzierży hybrydowy model Solaris. Nie zmienia to jednak faktu, że Atlasy nadal należą do najwyższej półki – kosztują 5500 zł i są tym samym droższe o 1000 zł od modelu Andromeda z pięcioma przetwornikami zbalansowanymi. Postanowiłem zestawić ze sobą Atlasy i Andromedy, czyli pozornie zwykłe dynamiki z zaawansowanymi armaturami. Co potrafi model Atlas i które słuchawki są lepszym wyborem?

REKLAMA
beyerdynamic

Wyposażenie

Atlas są zapakowane w bardzo podobne pudełko do modelu Comet, wielokrotnie tańszego, ale wprowadzonego na rynek równolegle z hi-endowym bohaterem niniejszego te(k)stu. Pomarańczowe pudełko z gwiezdnym motywem skrywa wiele akcesoriów:

  • skórzane etui;
  • dwa woreczki na słuchawki;
  • trzy pary pianek termoaktywnych (S, M, L);
  • trzy pary tipsów silikonowych pojedynczych (S, M, L);
  • pięć par tipsów silikonowych Final Audio Type E (XS, S, M, L, XL);
  • przyrząd do czyszczenia;
  • dwie opaski z rzepu;
  • przypinka z logo marki;
  • instrukcja obsługi oraz dokumentacja.

Na pierwszy rzut oka etui wygląda jak to z wyposażenia modelu Comet. Również jest czarne, ale jednak zostało wykonane z prawdziwej skóry, w przeciwieństwie do akcesorium dodawanego do Cometów. Etui zostało wewnątrz obszyte imitacją wełny i posiada także nowy zamek z okrągłym znaczkiem amerykańskiej marki.

W zestawie są standardowe tipsy silikonowe (przeciętnej jakości), ale także udane pianki produkcji Campfire. Jak widać tipsy SpinFit zostały zastąpione nakładkami marki Final Audio, które są grube, gładkie i posiadają żłobione trzpienie. Uwagę zwracają także dwa niewielkie woreczki, które zostały wykonane z ceraty i służą raczej do zabezpieczenia Atlasów na czas transportu – każda słuchawka znajduje się w oddzielnym woreczku.

Niestety ponownie zabrakło kabla zbalansowanego 2,5 mm czy też 4,4 mm. Szkoda, bo w tej cenie raczej wypadałoby, żeby był on w zestawie.

Konstrukcja

Obudowy Atlasów są utrzymane w takim samym stylu, jak w testowanych wcześniej Cometach. Słuchawki są również stalowe, mocno pościnane i wykończone niczym lustro, ale są tym samym znacznie większe i bardziej pękate, ponieważ mieszczą duże przetworniki dynamiczne, a nie pojedynczą armaturę. Producent jest znany z luksusowego wykonania i częściowo ręcznej produkcji, a Atlasy nie stanowią w tej kwestii odstępstwa. Obudowy słuchawek są wykuwane, a później cięte metodą skrawania i na koniec ręcznie polerowane, a końcowy efekt jest perfekcyjny. Jeśli na zdjęciach widać jakiekolwiek niedoskonałości, są to zabrudzenia lub odciski palców, których nie sposób uniknąć na lustrzanej stali.

Kształt słuchawek jest specyficzny i tym samym charakterystyczny – chyba nie ma na rynku drugich podobnych słuchawek, przynajmniej w momencie publikacji niniejszego tekstu. Inne marki wzorują się na dziełach Campfire Audio, na rynku są już konstrukcje wizualnie zbliżone do słuchawek Andromeda lub Polaris, więc może niedługo zobaczymy także jakąś imitację Cometów czy Atlasów. Obudowy składają się z trzech części. Z tyłu jest oddzielna pokrywka z niewielkim otworem wentylującym, która została wpięta do większej części z okrągłymi i wypukłymi znaczkami Campfire Audio. Korpusy są ścięte w charakterystyczny sposób, ale tym samym zaoblone – nie ma tutaj ostrych krawędzi. Oddzielnym elementem są też tulejki: proste, szerokie, z delikatnymi rantami. Na ich zakończeniach nie ma dodatkowych filtrów, a jedynie podłużne otwory wycięte bezpośrednio w obudowach.

Wewnątrz słuchawek są pojedyncze przetworniki wykonane w technologii, którą producent nazywa enigmatycznym skrótem A.D.L.C, czyli akronimem od Amorphous Diamond-Like Carbon. Tę samą technologię zastosowano w modelu Vega, ale tam przetworniki miały średnicę 8,5 mm, podczas gdy w przypadku Atlasów wynosi ona 10 mm. Producent chwali się, że zastosowano nietypowy materiał membran, będący hybrydą włókien węglowych i diamentu, czyli diamentem amorficznym o małej gęstości, ale dużej sztywności. Do szczegółowego opisu materiału potrzebny byłby fachowiec, więc warto wiedzieć jedynie, że uzyskano membranę o wzorowych właściwościach: elastyczną i wytrzymałą.

W dolnej części obudów zamocowano gniazda MMCX, pozłocone i ponownie wzmocnione berylem. W złącza wpięty jest nowy kabel czterożyłowy z czystego srebra o nazwie Pure Silver Litz Cable. Nie posiada on zausznic, ma niewielki splitter z suwakiem, a wieńczy go kątowa wtyczka 3,5 mm z przezroczystą obudową. Jak sama nazwa wskazuje kabel jest licowy, czyli złożony z odizolowanych od siebie żył. Cała wiązka została zabezpieczona izolacją PVC. Warto zauważyć, że na samych słuchawkach nie ma oznaczeń kanałów – liczą się jedynie kolorowe kropki na wtyczkach MMCX.

Użytkowanie i ergonomia

Słuchawki są wygodne, ale nie są ergonomicznym ideałem. Atlas są słuchawkami o klasycznej konstrukcji, które można założyć zarówno typowo, jak i metodą OTE, czyli z kablami poprowadzonymi ponad i za uszami. Ta pierwsza metoda sprawdza się trochę lepiej, ale druga opcja również wchodzi w grę i nie wymaga specjalnej gimnastyki jeśli korzystamy ze standardowego przewodu. Inaczej jest w przypadku użycia kabla z giętkimi zausznicami, które mocno utrudniają zakładanie słuchawek. Atlasy, podobnie jak Comety, wyraźnie odstają z uszu i z tego powodu gorzej współpracują z okablowaniem przystosowanym do typowych słuchawek OTE z gniazdami MMCX umiejscowionymi na górze.

Słuchawki są ciężkie i masywne, a także chłodne w dotyku. Obudowy nieznacznie opierają się o uszy, więc początkowo chłód stali może powodować pewien dyskomfort. Słuchawki trzymają się uszu jednak wzorowo, bez względu na typ nakładek, a do tego nie uciskają małżowin i nie irytują skóry.

Dobrze sprawdza się też kabel, który jest elastyczny i posiada odpowiednio ciężki splitter z suwakiem, przydatnym zwłaszcza przy noszeniu słuchawek metodą OTE. Wtyczka jest kątowa, a obudowa ma zwężenie, które powinno zagwarantować współpracę z urządzeniami ubranymi w futerał. Złącza MMCX trzymają się wzorowo, a ich wypinanie nie stanowi wyzwania.

Niestety występuje efekt klikania membran – słychać ich zasysanie w trakcie aplikacji słuchawek (tzw. driver flex). Nie daje się on mocno we znaki, ale może zirytować. Problem eliminują pianki z zestawu, na których z uwagi na inny sposób aplikacji efekt ten nie będzie występował.

Słuchawki szybko pokrywają się warstwą smug i odcisków, które nie są wyjątkowo widoczne, ale warto wyposażyć się w niewielką ściereczkę z mikrofibry, np. do optyki. Szkoda jednak, że nie ma jej w wyposażeniu, bo byłaby bardziej przydatna niż dołączony przyrząd do czyszczenia.

Specyfikacja

  • przetworniki: pojedyncze dynamiczne 10 mm (technologia A.D.L.C)
  • pasmo przenoszenia: 5 Hz-20 kHz
  • czułość: 105 dB SPL/mW
  • impedancja: 19 Ω
  • THD: <1%
  • kabel: czterożyłowy z czystego srebra, długość 120 cm, pozłocone wtyczki MMCX wzmocnione berylem, pozłocona wtyczka 3,5 mm
  • masa: 28 g (z kablem), 16 g (same słuchawki)

Brzmienie

  • Słuchawki: Campfire Audio Andromeda, Polaris i Comet, Etymotic ER-4PT, Oriveti New Primacy, Aune E1, FiiO FH5 i F9 PRO, iBasso IT01, Simgot EN700 PRO, Alpha&Delta D6
  • DAC/AMP i wzmacniacze: FiiO Q5 (AM3B), Leckerton UHA-760, FiiO K3, Astell&Kern AK XB10, FiiO BTR3
  • DAP: Astell&Kern AK70 MKII, iBasso DX200, iBasso DX150, FiiO X5 III, FiiO M9, OnePlus 5
  • Interkonekty: Forza AudioWorks Copper Series, Klotz, Oriveti Affinity
  • Muzyka: wiele gatunków, różne realizacje, w tym 24-bit oraz nagrania binauralne

Campfire Audio Atlas i tipsy
Sprawdziłem słuchawki ze wszystkimi tipsami z zestawu, a także z nakładkami SpinFit, które były wcześniej dodawane do Atlasów, ale zostały zastąpione przez tipsy Final Audio typu E. Nakładki mają wpływają na brzmienie, ale rezultaty są równie dobre bez względu na zastosowane tipsy. Wybór nakładek może być zależny od sygnatury źródła dźwięku, ponieważ mają wpływ na ilość basu i sopranu. Rezultaty były następujące:

  • zwykłe tipsy pojedyncze – mocny bas, klarowna góra, dość bliska średnica; zarysowany dźwięk;
  • tipsy Final Audio typu E – podkreślony bas, złagodzona góra, lekko oddalona średnica, zarysowany dźwięk;
  • pianki termoaktywne – podkreślony bas, złagodzona góra, lekko oddalona średnica, gładszy dźwięk względem tipsów silikonowych;
  • tipsy SpinFit – chudszy przekaz basu, bliska prezentacja wyższej średnicy i góry, zarysowany i bardziej zrównoważony dźwięk.

Campfire Audio Atlas i wygrzewanie
Jestem sceptykiem długotrwałego wygrzewania słuchawek. Uznaję, że wiele zmian zachodzi w samej percepcji słuchacza i wiele aspektów psychofizycznych ma większy wpływ na odbiór dźwięku od samego stopnia wygrzania słuchawek. Nie mam jednak wątpliwości, że przez pierwsze 10-20 godzin dochodzi do rozruszania się membran przetworników dynamicznych i nie należy oceniać słuchawek bezpośrednio po wyjęciu z pudełka. Zazwyczaj zmiany są kosmetyczne, ale w przypadku Atlasów następuje wyraźne uspokojenie basu i poprawa kontroli dołu, a tym samym przybliżenie się średnicy i sopranu.

Campfire Audio Atlas i brzmienie
Dawno nie testowałem słuchawek, które wywołały we mnie tyle emocji, także ambiwalentnych. Atlasy jednocześnie mnie zachwycały, przerażały i męczyły. Jeszcze nie słyszałem tak głębokiego basu z dokanałówek, bez względu na ich konstrukcję i ilość przetworników. Podczas pierwszych odsłuchów słuchawki aż podnosiły mi ciśnienie. Czułem się lekko przytłoczony wibracją subbasu, masywnością dźwięku, ale tym samym podziwiałem rozdzielczość, rozciągnięcie skrajnych pasm i rozmiary sceny dźwiękowej. Brzmienie wydało mi się niezwykle rozrywkowe, mocno podkoloryzowane i efektowne, ale jednocześnie w znakomitym wydaniu. Początkowo odebrałem Atlasy jako brzmiące podkreślonymi skrajami pasma z lekko oddaloną średnicą, lecz określiłbym sygnaturę bardziej jako U-kształtną niż V-kształtną. Były też aspekty, które budziły wątpliwości – monstrualny bas mógłby być bardziej zwarty, bo wydawał się kumulować w sobie tak dużą energię, że momentami dźwięk był wręcz na granicy utraty kontroli.

Zacząłem eksperymentować z nakładkami oraz odtwarzaczami, szybko wyznaczając pożądane konfiguracje. Okazało się, że tipsy SpinFit ratowały połączenia z odtwarzaczami o głębokim i masywny basie, a pianki lub tipsy Final Audio świetnie współgrały ze źródłami jaśniejszymi o spokojniejszym przekazie dołu. Do tego po kilku odsłuchach membrany Atlasów rozruszały się, bas zyskał na kontroli i lekko się uspokoił. Słuchawki nadal nie stały się płaskie i chude, pozostały raczej basowe, ale na wysokim ogólnym poziomie. Campfire Audio Atlas to i tak absolutne przeciwieństwie modelu Andromeda, ale słuchawki momentalnie mnie wciągnęły, bo jak na tego typu brzmienie są zaskakująco uniwersalne.

Bas jest znakomity, mimo że podawany w dużych dawkach. Niskie tony mają więcej do powiedzenia w subbasie i midbasie – dół jest zarówno wibrujący, niezwykle tłusty, ale także gęsty, zwarty i masywny. Jego zejście jest rewelacyjne, a subbas przekazywany w sposób energiczny i żywy. Dynamika jest świetna – bas popisuje się atakiem, narastaniem, a potrafi także szybko pulsować. Wygasanie dołu też robi wrażenie. Nie jest tak punktowe i natychmiastowe jak w słuchawkach armaturowych, ale jak na taką masę basu i tak nie zawodzi. Co ciekawe słuchawki są mocno basowe tam, gdzie powinny. Nadal można z powodzeniem sięgnąć po lżejszego rocka, muzykę akustyczną, jazz czy bluesa – brzmienie będzie masywniejsze, trochę bardziej muzykalne i efektowne, ale nadal kontrolowane, zróżnicowane w fakturze i przystępne. Słuchawki rozwijają jednak skrzydła w muzyce o priorytetowej roli dołu, popisują się w nowszych odmianach elektroniki, ale nie zawodzą także w metalu lub rocku. Atlasy bez problemu przekazywały charakter dubstepu, trance’u, goa czy drum and bass, ale radziły sobie także z masywnymi gitarami w stoner rocku, ciętym i ostrym groove metalem, a także eksperymentami djentowymi. Ostateczny efekt będzie zależny od synergii, bo to źródło dźwięku zadecyduje o tym czy słuchawki popiszą się głębokością basu i jaką ilość dołu wygenerują.

Pasmo średnie nie gra pierwszych skrzypiec. Jest ono nieznacznie oddalone, ale nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że słuchawki mocno V-kują, wycinają środek lub tłumią go basem. Brzmienie Atlasów jest rzeczywiście pełnozakresowe. Nie jest to typowe granie typu loudness, lecz rozdzielcza, audiofilska uczta. Środek brzmi krystalicznie czysto, nie został zgaszony w średnicy lub mocno wygładzony, dzięki czemu jest wyrazisty i wydaje się być odpowiednio bliski. Bez problemu przechodziłem z basowego szaleństwa w wielu utworach Noisia na mniej lub bardziej kameralny jazz Wyntona Marsalisa. Dęciaki brzmiały świetnie, kontrabas nie stawał się subwooferem, kotły perkusyjne wybrzmiewały bardzo dobrze, a werbel mocno akcentował rytm. Mimo że w wielu gatunkach muzyki wokale nie były pierwszoplanowe, to nadal nie niknęły gdzieś w tle, co tyczy się zarówno niskich, jak i wyższych głosów. Tym samym doceniałem ostre riffy gitar Pantery, masywny dół Gojiry czy łamane i brudne brzmienie Meshuggah, by potem z satysfakcją posłuchać funku George’a Clintona czy Jamesa Browna, a na koniec zanurzyć się w muzyce Patricii Barber. Biorąc pod uwagę basowy charakter Atlasów, ich uniwersalność zaskakuje.

Góra pasma stanowi odbicie lustrzane basu. W odpowiednich konfiguracjach rozciągnięcie góry jest absolutnie znakomite, a wyższa średnica przechodzi gładko w sopran. Pasmo to wzorowo doświetla brzmienie, neutralizuje mgiełkę czy woal, ale nie jest wyostrzone – słuchawki nie syczą, nie wzmagają sybilizacji i nie męczą prezentacją góry. Pięknie brzmią instrumenty dęte lub smyczkowe, rewelacyjnie wybrzmiewają solowe gitary, wyraziście i dźwięcznie pracują talerze, które są mocno zróżnicowane. Łańcuszki nie syczą, crash uderza mocno, hit-hat rytmicznie kontruje, a splash nie szumi. Nic nie wwierca się w uszy, nic nie męczy, słychać gładki przekaz charakterystyczny dla przetworników dynamicznych. Słuchawki pozostają klarowne i czyste, nie wzmagają szumienia czy ziarnistości. Można wychwycić trochę bardziej efektowny charakter brzmienia, ale góra pasma nie jest prezentowana sztucznie lub sterylnie – starsze nagrania nie tracą swojego charakteru.

Słuchawki punktują także rozmiarami sceny i holografią – brzmią niczym wieloprzetwornikowe armatury. Oczywiście gdzieś ten bas trzeba zmieścić, więc scena dźwiękowa nie wydaje się wyjątkowo duża – niskie tony wypełniają pustą przestrzeń. Instrumenty są jednak kształtne i pozycjonowane we wszystkich płaszczyznach. Bez problemu można oddzielić poszczególne plany, a słuchawki nie budują dużego dystansu do muzyki. Scenę określiłbym jako kulistą, może lekko elipsoidalną wszerz, gdyż stereofonia ma dużo do powiedzenia, nawet w połączeniach niesymetrycznych. Nie brakuje separacji, a wokół instrumentów nadal jest spora dawka powietrza.

Campfire Atlas i sprzęt
Atlasy skalują ze sprzętem, ale jednocześnie robią wrażenie nawet podłączone do smartfona lub adaptera Bluetooth. Jeśli jednak chcemy uzyskać najgłębszy bas, najwyższą rozdzielczość i najlepszą holografię, trzeba im zapewnić coś lepszego. Słuchawki można dostroić za pomocą tipsów, więc zgrają się z przeróżnymi odtwarzaczami i DAC/AMP-ami. Według mnie najlepsze rezultaty dały urządzenia o swobodnym przekazie dołu bez ścinania subbasu, odpowiednio zarysowanej średnicy i rozciągniętej górze. Słuchawki nie są specjalnie wrażliwe na czystość sygnału. Wyciągną co prawda lekki szum z hałaśliwych układów wzmacniaczy, ale nie powinien on uprzykrzać odsłuchów.

DX200 od iBasso zgrał się bardzo dobrze, ale z tym odtwarzaczem wolałem dobierać tipsy lekko podkreślające sopran. Głębokość subbasu, masywność midbasu były oszałamiające, a przydawało się też mocne zarysowanie średnicy przez odtwarzacz. Dobrze słuchało mi się szczególnie konfiguracji ze Spinfitami, z którymi Atlasy brzmiały najbardziej technicznie, ale i pozostałe nakładki nie zawodziły. Z DX150 bas był trochę spokojniejszy, a pozostałe pasma gładsze niż w połączeniu z DX200. Rozdzielczość stała jednak nadal na wysokim poziomie, a holografia nie budziła wątpliwości, więc świetnie słuchało się przeróżnych gatunków muzycznych. Dobrze sprawdzały się wszystkie tipsy silikonowe, ale użycie pianek także wchodziło w grę.

Astell&Kern AK70 MKII to odtwarzacz, który zachwyca szybkością, konturem i rozdzielczością, a także holografią, ale nie brzmi tak głęboko w basie, jak np. iBasso DX200. Słychać było pewne uszczuplenie subbasu, więc przydały się pianki i tipsy Final Audio. Efekty były bardzo dobre szczególnie w lżejszej muzyce – Atlasy brzmiały z AK70 MKII bardziej naturalnie i podawały średnicę bliżej, więc wolałem to połączenie w jazzie, rocku i innych gatunkach o priorytetowej średnicy. Elektronika nadal brzmiała dobrze, ale ta z mocnym subbasem nie robiła już takiego wrażenia, jak z odtwarzaczami iBasso.

Bardzo dobrze zgrał się nowy FiiO M9, który także nie ograniczał subbasu, brzmiał nowocześnie i klarownie, a także przestrzennie. Rozdzielczość jeszcze nie była tak wysoka, a bas tak głęboki, jak z droższymi odtwarzaczami, ale słuchawki i tak robiły wrażenie. FiiO X5 III zabrzmiał już mniej czysto – dało się wychwycić pewien szum. Brzmienie było gładsze, ale całościowo równiejsze od M9, więc dobrze wypadły zarówno SpinFity, tipsy Final Audio, pianki, jak i pojedyncze nakładki silikonowe z zestawu.

Najlepszym połączeniem w ogólnym rozrachunku okazał się FiiO Q5 z modułem AM3B. To moim zdaniem znakomity sprzęt i ideał do Atlasów. Q5 z AM3B brzmi technicznie, blisko w średnicy, bardzo dynamicznie i z mocnym konturem. Q5-tka prezentuje także swobodny bas z potężnym zejściem oraz rozciągniętą górę, więc słuchawki rozwinęły skrzydła. Atlasy zabrzmiały w tej konfiguracji najbardziej neutralnie, pozostając efektowne w przekazie basu. Q5 z AM3B pozwolił na słuchanie zarówno metalu, elektroniki, jak i jazzu, rocka fusion, funku i wielu innych gatunków. Moduł FiiO AM3A już wzmocnił efektowność i U-kształtną sygnaturę słuchawek, oddalając średnicę.

Campfire Atlas vs Andromedy i inne słuchawki
Atlas i Andromeda to dwa światy – brzmienie obu modeli jest zupełnie inne. Jestem skory twierdzić, że mało kto doceni oba modele w równym stopniu. Najpewniej fan Atlasów nie zachwyci się Andromedami i odwrotnie, ale wydaje mi się, że to te drugie słuchawki byłyby wybierane częściej. W tym przedziale cenowym szuka się zazwyczaj wzorowej średnicy, technicznego i kontrolowanego dźwięku, a Atlasy, jak na słuchawki z topowej półki, są zestrojone dość kontrowersyjnie. Na papierze pięć przetworników armaturowych z modelu Andromeda robi też większe wrażenie niż jeden dynamik, jakkolwiek wybitny by on nie był. Ponadto różnica w cenie też przemawia na korzyść Andromed.

Andromedy dostarczają właśnie wzmocniony środek, brzmią analitycznie, precyzyjnie, punktowo w basie, który nadal nie jest anemiczny, ale znacznie płytszy od Atlasów. Przy Andromedach Atlasy popisują się niezwykle gęstym subbasem o wyjątkowo głębokim zejściu, a także masywniejszym midbasem. Atlasy stawiają średnicę dalej, a jest ona bardziej krystaliczna i gładka. Gdy słuchamy modelu Andromeda bezpośrednio po Atlasach, to słuchawki wydają się być wręcz zabrudzone, twarde i suche w paśmie średnim. Do tego góra Atlasów jest bardziej wyrazista i klarowna, podczas gdy Andromedy rysują ją szkicowo, mocno i twardo. Scena i holografia w obu przypadkach to topowy poziom, ale z racji bardziej zbitego basu w mniejszej ilości, to w scenie Andromed wszystko wydaje się bardziej poukładane i odseparowane.

Które słuchawki wolę? Jestem pod wrażeniem możliwości obu modeli, ale przez szereg porównań doszedłem do wniosku, że… ani Andromedy, ani Atlasy nie są słuchawkami perfekcyjnymi. Chciałbym mieć zarówno średnicę i armaturowy kontur dźwięku modelu Andromeda (które uwielbiam np. w jazzie) oraz subbas oraz rozciągnięcie skrajnych pasm Atlasów (które zachwycają mnie w elektronice). Taka mieszanka byłaby po prostu rewelacyjna. Być może coś takiego oferuje właśnie nowy model Solaris?

Porównania do pozostałych słuchawek dynamicznych z platformy testowej nie mają specjalnego sensu, ponieważ Atlasy reprezentują dużo wyższy poziom od innych dynamików, którymi dysponuję. Można szukać jakichś analogii w Aune E1, Oriveti New Primacy czy Simgotach EN700 Pro, ale nawet jakby poskładało się wszystkie słuchawki w całość, to nie złożyłbym brzmienia Atlasów – jeszcze nie słyszałem tak grających słuchawek.

Jest jeden ewenement w szeregach platformy testowej, o którym warto wspomnieć w zestawieniu z Atlasami. To FiiO FH5, czyli kilkukrotnie tańsze hybrydy z przetwornikiem dynamicznym i trzema armaturowymi. Nie, słuchawki FiiO nie mają tak rozciągniętych pasm i nie generują tak niskiego subbasu, mimo że przekaz niskich tonów również w nich nie zawodzi. Nie brzmią jeszcze tak krystalicznie i czysto w średnicy i górze, mimo że i tak reprezentują świetny poziom. Jeśli jednak skupimy się jedynie na kwestii opłacalności, to FiiO FH5 reprezentują dużo wyższy stosunek jakości do ceny, tak od Atlasów, jak i od modelu Andromeda. Sytuacja nie zmienia się nawet jeśli doliczymy do ceny FH5 wysokiej jakości kabel zbalansowany typu Oriveti Affinity.

Jeśli cena nie gra roli, inwestowałbym w Atlasy lub Andromedy, ewentualnie szarpnął się na Solarisy. Jeśli jednak ważny jest „bang for the buck”, to FiiO FH5 będą strzałem w dziesiątkę. To słuchawki, które potrafią zabrzmieć zarówno średnicowo, jak i głęboko w basie. To w pewnym sensie coś pomiędzy Atlasami i Andromedami. Jeszcze nie na takim poziomie, ale zaryzykowałbym określenie FiiO FH5 jako syntezy obu sygnatur. Ma to sens, FH5 to w końcu słuchawki hybrydowe.

Podsumowanie

Campfire Audio Atlas to świetne dynamiki. Nie słyszałem jeszcze takiego poziomu z jednego przetwornika dynamicznego. Brzmienie jest wzorowo rozciągnięte w skrajach pasm, czyste w średnicy (mimo że nie pierwszoplanowej) oraz rozbudowane w scenie. Zejście subbasu powoduje opad szczęki, dynamika i rozdzielczość są na bardzo wysokim poziomie, a słuchawki ogólnie brzmią spektakularnie, niczym duże nagłowne konstrukcje. Wykonanie jest jak zwykle wyjątkowe, wzornictwo niebagatelne, a wyposażenie bogate – do dyspozycji jest szereg nakładek, skórzany futerał i sporo drobiazgów.

Na Atlasy można spojrzeć też bardziej krytycznym okiem. Słuchawki za 5500 zł, które nie mają kabla zbalansowanego w zestawie? Oberwało się za to także Andromedom, a narzekałem na brak przewodu 2,5 mm także w dużo tańszych (1200 zł) FiiO FH5. Rozumiem, że kabel 3,5 mm z zestawu to nie byle co i nie ogranicza możliwości słuchawek, ale w tym przedziale cenowym brak kabla 2,5 mm po prostu trudno wybaczyć. Warto też zauważyć, że ergonomia Atlasów oraz tłumienie nie zawodzą – słuchawki można nosić zarówno metodą OTE, jak i klasycznie, ale kabel zbalansowany należy dobrać bez zausznic, więc byłby on mile widziany w zestawie.

Campfire Audio Atlas są godne rekomendacji dla osób szukających takiej sygnatury. Trudno mówić o opłacalności czy brzmieniu dla każdego, lecz Atlasy to opus magnum Campfire Audio i jednocześnie pokaz możliwości pojedynczego przetwornika. Jednocześnie zaznaczam, że Andromedy mogą stanowić bardziej opłacalny wybór, a najnowszy model amerykańskiego producenta – Solaris, może okazać się syntezą obu modeli. Wybór jest więc trudny, a wydatek duży.

rek

Dla Campfire Audio Atlas

 

Zalety:
+ wysokiej jakości wyposażenie
+ zjawiskowe wzornictwo
+ wzorowe wykonanie
+ świetnej jakości kabel
+ bardzo dobra ergonomia i tłumienie
+ podatność na synergię (bez negatywnego aspektu)
+ pełnozakresowy przetwornik dynamiczny o wybitnych osiągach
+ niezwykle głęboki bas, klarowna średnica i rozciągnięta góra, zaskakująca uniwersalność, rozdzielczość, fakturowość i dynamika, jak na brzmienie tego typu
+ duża scena i holograficzna prezentacja instrumentów

Wady:
– brak kabla 2,5 mm w zestawie
– driver flex przy użyciu tipsów Final Audio
– klasyczna konstrukcja może utrudniać dobór alternatywnego okablowania
– brzmienie może okazać się zbyt masywne i mało naturalne

Sprzęt dostarczył:

REKLAMA
mip

1 KOMENTARZ

DODAJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here