OURART to firma praktycznie anonimowa na polskim rynku audio. Biorąc pod uwagę, że w ofercie mają tylko trzy pary słuchawek oraz trzy kable z wtykami MMCX, taka sytuacja nie może dziwić. Dzięki firmie Audioheaven otrzymaliśmy do testów ich pierwszy i najbardziej rozpoznawalny model słuchawek dousznych o oznaczeniu Ti7. Jest on wyceniony na 59 dolarów i ma możliwość wymiany przewodów. Czy po udanych Penon Audio BS1, jakie niedawno testowaliśmy, również ten nowy producent także pozytywnie zaskoczy?

Wyposażenie


Słuchawki otrzymujemy w niewielkim czarnym pudełku, na którego wierzchu wydrukowano logo oraz nazwę producenta, zaś na spodzie naklejono podstawowe informacje dotyczące zakupionego modelu. Całość jest dodatkowo chroniona za pomocą nasuwanego kartonika o tej samej barwie oraz takim samym nadruku na froncie, co na opakowaniu.

REKLAMA
audeos

Przy uchyleniu wieczka możemy się poczuć niczym… kobieta po otrzymaniu nowej biżuterii (choć widoczne słuchawki mniej się mienią). Gdy ściągniemy piankę, w której umocowano Ti7, dostrzeżemy wyposażenie, w skład którego wchodzą:

  • wymienny kabel z wtykami MMCX,
  • sześć par zapasowych gąbek otwartych,
  • dwie pary gąbek zamkniętych,
  • klips do przewodu,
  • instrukcja obsługi oraz karta gwarancyjna.

O ile jakość akcesoriów stoi na dobrym poziomie, a cieszy duży wybór wymiennych gąbek, to zdecydowanie brakuje jakiegoś etui lub woreczka, które chroniłyby słuchawki oraz ułatwiały ich transport.

Wykonanie


OURART Ti7 to pod względem konstrukcji dość odmienny model od większości popularnych “pchełek”. Nie dość, że mamy odpinany przewód, co znacznie zmniejsza wielkość obudowy, aluminiowe kopułki zamiast plastikowych z niecodziennie odkrytym przetwornikiem, to jeszcze część za komorą przetwornika nie stanowi jakże popularnej łezki, lecz sześcian o ostrych krawędziach (ozdobiony napisem OURART), który może budzić obawy w kontekście ergonomii.

Poniekąd obawy są te słuszne, ale nie jest to wcale kwestia wspomnianych krawędzi (te znajdują się poza uchem), a samej masy słuchawek. Podczas noszenia ich w sposób tradycyjny, z kablem prowadzonym w dół, często musiałem poprawiać ułożenie kopułek w uchu, co dość uprzykrzało ich użytkowanie. Nie bez powodu producent sugeruje noszenie Ti7 metodą OTE, czyli z przewodem prowadzonym za małżowiną. Wtedy nagle z dość irytujących pchełek otrzymujemy jedne z wygodniejszych słuchawek dousznych, z jakich miałem okazję korzystać. Dzięki krótkim obudowom wtyków MMCX kabel trzyma się blisko głowy, jednocześnie pewnie utrzymując słuchawki w miejscu, a komora przetwornika nie wydaje się przesadnie duża, mimo że ma on 14,2 mm średnicy.

Sam przewód to solidna skrętka ośmiu żył posrebrzanej miedzi, które zostały zamknięte w czarnym oplocie. Zdecydowanie cieszą jego właściwości użytkowe: wysoka elastyczność, mały efekt mikrofonowy i ściągacz przy spliterze, dzięki któremu ograniczymy bezwładność kabla. W oczy od razu rzuca się natomiast wielka obudowa wtyku mini-jack: ciężka, pozłacana, z dużym wyprowadzeniem przewodu pod kątem 90 stopni, dodatkowo udekorowanym karbonowym pierścieniem w środku i gumową odgiętką na końcu. Takich wtyków z reguły nie spotyka się nawet w słuchawkach przeznaczonych do użytku stacjonarnego.

Izolacja, ze względu na otwartą budowę, jest praktycznie żadna – to czy słyszymy zewnętrzne dźwięki zależy tylko i wyłącznie od tego, jak głośno rozkręcimy muzykę. W ekstremalnych sytuacjach osoby przebywające w naszym towarzystwie słuchają muzyki razem z nami, gdyż brak izolacji działa w obie strony.

Brzmienie


Źródła wykorzystane podczas testów: Cyberdrive EX-2, FiiO Q1 Mk2, HiBy R3, Samsung Galaxy S7, Shanling M0, Shozy Alien+, xDuoo D3, xDuoo X3 II.

Przed opisem brzmienia OURART Ti7 warto wspomnieć pewną niekoniecznie dobrą cechę oryginalnego przewodu, na którym były prowadzone odsłuchy w trakcie pisania tekstu – przyciemnia on brzmienie słuchawek i obniża dynamikę. Po zmianie kabla na iBasso CB12s lub posrebrzaną miedź Litza, które to kosztują więcej niż omawiane słuchawki, całość stała się bardziej wyrazista, zwarta i równiejsza. Jeżeli więc mamy dobry kabel od innej pary, możemy za darmo poprawić brzmienie opisywanych pchełek.

Bas jest ciepły, pulsujący i prowadzony lżejszą linią, nie należy się więc spodziewać nadzwyczaj szybkiego ataku. Ti7 leżą raczej po relaksującej stronie dźwięku, mamy więc wyraźne wybrzmiewanie dołu na mid-basie oraz jego lekkie podkreślenie w stronę średnicy. Najniższe dźwięki są wyczuwalne i dość zwarte, jednak – jak w większości słuchawek dousznych – są też wyraźnie cofnięte, co zmniejsza dynamikę basu. Niemniej ogólna tonalność tego zakresu i jego dość duża różnorodność sprawiają, że w większości gatunków muzycznych po prostu brzmi on dobrze – muzykalnie, nienachalnie, ale namacalnie. Jedynie gdy potrzebujemy jego dużej szybkości oraz mocnego uderzenia, OURART mogą okazać się niewystarczające.

Tony średnie zaczynają się miękko i ciepło, z wyraźnym wpływem podstawy basowej. Należy jednak podkreślić, że nie jest to brzmienie ociężałe i rozmyte, mimo przyciemnienia dźwięków na niższej średnicy. Dźwięki żywych instrumentów są gładkie i przyjemnie wybrzmiewają, bardziej czarując niż idąc w ich techniczną prezentację, ale ciągle zapewniają dobry wgląd w nagrania. Na szczęście nie trzeba się ograniczać do muzyki akustycznej, by docenić brzmienie Ti7 – bardziej klimatyczna elektronika z gatunków vocal trance, chillout czy nawet EBM potrafią mocno wciągać słuchacza, a to dzięki głębokim pulsującym bitom z tego zakresu. Opisywane słuchawki nie radzą sobie jednak przy muzyce szybkiej i agresywnej, takiej jak metal czy hardcore. O ile zapewniają odpowiednią masę, to ze względu na łagodne prowadzenie dźwięków obniża się ich dynamika, co w takich gatunkach jest niezbyt pożądane.

Wokale również zostały docieplone, co akurat bardziej sprzyja głosom męskim, nadając im nieco więcej głębi. W przypadku śpiewu kobiecego, szczególnie tego operującego bliżej sopranów, mamy wrażenie ich delikatnego wygaszenia, przez co nigdy nie są natarczywe, ale czasami brakuje im dodatkowej iskry. Te braki Ti7 potrafią nadrobić zwiększoną intymnością przekazu i zaangażowaniem, któremu sprzyja podkolorowanie średnicy.

Tony wysokie to naturalne przedłużenie filozofii dźwięku, jaki towarzyszy nam od samego dołu. Zaczynają się one dość wyraziście, ale szybko się wycofują, nie zostawiając miejsca na ostry przekaz. Jednak w przeciwieństwie do wielu podobnie zestrojonych słuchawek, wycofanie sopranów nie przekłada się na ich szybki spadek poniżej 10 kHz. W przypadku OURART Ti7 są one dobrze rozciągnięte, o przyjemnym wybrzmiewaniu, co przekłada się na pełniejszy odbiór dźwięku. Ponownie sprawdza się to lepiej w spokojniejszych gatunkach muzycznych, gdzie nie ma potrzeby wyostrzania dźwięków, a liczy się naturalna barwa i odpowiednio długie wybrzmiewanie instrumentów.

Analityczność stoi na umiarkowanym, jak na ten przedział budżetowy, poziomie. Nie zostaniemy pochłonięci przez mikro-detale wypływające z muzyki, ale pod pokładami muzykalności znajdziemy sporo szczegółów, pozornie niedostrzegalnych. By je jednak wyłapać, należy się skupić na krytycznym odsłuchu, gdyż gładki przekaz oferowany przez słuchawki odciąga nas od detaliczności.

Pod względem sceny nie należy się nastawiać na nadzwyczaj rozbudowany przestrzennie dźwięk. Całość trzyma się dość blisko głowy (jak na pchełki), tworząc raczej intymną atmosferę niż sceniczny pokaz możliwości. Gdy dodamy do tego jednak zauważalną głębię, jaką dysponują Ti7, oraz dobry efekt przejścia między kanałami, okazuje się, że słuchawki oferują poprawną holografię, dzięki której nie ma problemów z ulokowaniem instrumentów na poszczególnych planach.

Pod względem doboru źródła OURART Ti7 nie są wymagające, mimo że początkowo można się obawiać połączenia z odtwarzaczami o ciepłej charakterystyce brzmienia. Tu na szczęście słuchawki dobrze utrzymują swoją manierę grania, będąc dość odpornymi na wpływ reszty toru, ani nie wpadając w zbyt ciemne i zagęszczone rejony, ani nie przechodząc na suchy i krytyczny odsłuch. Wśród źródeł, z którymi je testowałem, najlepiej wypadły Shozy Alien+ oraz xDuoo X3 II – są one dość naturalne i zapewniają dobrą kontrolę nad dźwiękiem. Niewiele gorzej sprawdził się Shanling M0 oraz HiBy R3 – oba oferują bardziej rozrywkowe granie, M0 cieplejsze, R3 jaśniejsze, ale na obu Ti7 czuły się naprawdę dobrze. Jednak do cieszenia się dźwiękiem słuchawek, wystarczy nawet telefon, gdyż nie są one wymagające prądowo.

Gdy spojrzymy na konkurentów, bardzo ciekawą alternatywę stanowią VE Monk Plus Bloody Orange – nieco jaśniejsze, z lepszym rozciągnięciem na skrajach i bardziej szczegółowe oraz przestrzenne. Wygrywają więc dźwiękowo, ale przez sztywny i wyraźnie mikrofonujący kabel wyraźnie ustępują ergonomicznie bohaterom dzisiejszej recenzji.

Kolejnym przedstawicielem pchełek spod znaku Venture Electronics są VE Monk Plus Limited Espresso. Zestrojono je podobnie do OURART Ti7 – również stawiają na średnicę, z zauważalnie cofniętym niskim basem i spokojną górą, co mocno zbliża do siebie obie pary. Espresso są przy tym tańsze, jednak gorzej wykonane i nie są w stanie przekazać równie dużo informacji z nagrań co Ti7.

Z kolei 1MORE E0320 to brzmienie jaśniejsze niż OURART, mocniej zaakcentowane zwłaszcza na wyższej średnicy, co nadaje im większej dynamiki i zwartości dźwięków. Pod względem ergonomii oraz analityczności ustępują one jednak bohaterom dzisiejszej recenzji.

Porównując Ti7 do niedawno opisywanych Penon Audio BS1 Official Version, czuć że różnica w cenie nie bierze się znikąd. BS1 oferują nie tylko bardziej przejrzyste granie, ale i większe nasycenie bez ich nadmiernego ocieplenia, a także lepsze rozciągnięcie skrajów pasma i mocniej rozbudowaną sceniczność.

Podsumowanie


OURART Ti7 to ciekawe słuchawki douszne, łączące w sobie dobre wykonanie i przyjemne brzmienie. Nie są nadzwyczaj uniwersalne, stawiają zdecydowanie na spokojniejsze gatunki muzyczne, gdzie liczy się intymność i wyeksponowana średnica, a nie bas czy wysoka dynamika, które stanowią słabsze strony Ti7. Małe wymagania co do źródła, łatwość wymiany okablowania i solidna konstrukcja zapewniają, że słuchawki będą nam służyć długo, o ile tylko uznamy brzmienie za satysfakcjonujące. Gdy potrzebujemy czegoś z większą werwą, lepiej sięgnąć po konkurentów.

Zalety:
+ wysoka jakość wykonania,
+ wymienny przewód,
+ dobra ergonomia,
+ intymna i wciągająca prezentacja żywych instrumentów,
+ naturalna barwa sopranów.

Wady:
– spokojne brzmienie obniża dynamikę muzyki,
– braki ilościowe w niskim basie,
– oryginalny przewód ogranicza możliwości słuchawek.

Sprzęt dostarczył:

REKLAMA
campfire

DODAJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here