Fidelio L3 to premium-słuchawki mobilne z wyższej półki. Zostały wyposażone w interfejs Bluetooth 5.1 z obsługą kodeków aptX i aptX HD, zaawansowane ANC oraz wydajny akumulator, który ma zapewnić do 32 godzin słuchania muzyki.

Mam sentyment do serii Fidelio. Pierwsze modele tej linii testowałem jeszcze w czasach, gdy dobrze brzmiące słuchawki Bluetooth wydawały się być mrzonką, a o ANC wiedzieli jedynie piloci samolotów. Dzisiaj na rynku nie brakuje zaawansowanych słuchawek mobilnych, naszpikowanych funkcjami, wzorowo tłumiących otoczenie i działających nawet kilkadziesiąt godzin na jednym ładowaniu. Sam z satysfakcją używam na co dzień słuchawek tego typu.

REKLAMA
meze

Philips postanowił rzucić rękawice konkurentom, przygotowując tytułowe Fidelio L3, możliwie bezkompromisowe słuchawki dla wymagających melomanów. Słuchawki robią wrażenie „na papierze”, ponieważ nie zapomniano o wsparciu dla kodeków aptX czy aptX HD, które ciągle nie są standardem. Nie zabrakło także funkcji szybkiego parowania czy panelu dotykowego, więc Fidelio L3 wydają się być mobilnym ideałem. A jak jest w praktyce?

Wyposażenie

Zestaw zawiera:

  • futerał;
  • pokrowiec;
  • kabel analogowy 2,5 mm > 3,5 mm (123 cm);
  • kabel USB-A > USB-C (52 cm);
  • adapter samolotowy;
  • instrukcje obsługi.

Futerał robi wrażenie jakością – to trapezoidalne akcesorium, wykonane ze sztucznej skóry, wypełnione miękką gąbką oraz wyposażone w zawieszkę od zewnątrz i kieszonkę wewnątrz. Zmieszczą się w niej pozostałe akcesoria, których jakość jest już przeciętna. Kabel USB jest krótki i nie należy do najgrubszych, a przewód analogowy jest cienki jak żyłka.

Konstrukcja

Fidelio L3 wyglądają elegancko. Linie są łagodne, powierzchnie jednolite, a kolorystyka stonowana – matową czerń zestawiono z grafitową szarością. Uniknięto jednak nudy, ponieważ wzrok przyciągają efektowne mocowania muszli. Mnie wzornictwo przypadło do gustu – Philipsy prezentują się mniej młodzieżowo od słuchawek Sony, nie są tak futurystyczne jak Bose NC 700 i zarazem bardziej minimalistyczne od Sennheiserów Momentum 3.

Muszle słuchawek są okrągłe i zaoblone. Na pokrywkach oraz krawędziach można dostrzec mikrofony systemu ANC, schowane za podłużnymi otworami. Z kolei panel dotykowy trafił na prawą muszlę i nie jest w żaden sposób oznaczony. Interfejs ulokowano zaś w dolnej części muszli – na lewej stronie znajdziemy włącznik oraz USB-C, a na prawej dwa przyciski, diodę oraz gniazdo 2,5 mm.

Nauszniki wykonano z prawdziwej, szkockiej skóry marki Muirhead. Materiał jest gruby, sprężysty i gładki w dotyku. Wrażenie robi także wypełnienie padów, czyli świetna pianka pamięciowa – wyjątkowo miękka, gęsta i szybko się rozprężająca. Same przetworniki przykryto siateczkami, na których naniesiono duże oznaczenia kanałów. Co ciekawe w obrębie prawego nausznika widać także połyskujący element – to czujnik zbliżeniowy, który zazwyczaj jest zamaskowany.

Zamiast szyn czy widełek zastosowano grube, metalowe obręcze, które pozwalają zarówno na ruch muszli w pionie, jak i składanie na płasko. Zabrakło jednak możliwości złożenia słuchawek do wnętrza pałąka. Ten ostatni jest oczywiście rozsuwany, ma metalowy rdzeń, a na każdą stronę przypada 11 precyzyjnych skoków. Opaska pałąka jest dwuczęściowa – wierzchni element z logo modelu również wykonano ze skóry, a dolny przypomina mikrozamsz, wypełniony warstwą gąbki.

Konstrukcja nie budzi zastrzeżeń. Tworzywa są wzorowo wykończone, elementy metalowe masywne, a całość perfekcyjnie zespolona. Nauszniki wyglądają fenomenalnie, podobnie jak materiały skórzane. Jeden z naszych czytelników poinformował nas jednak o pękającym pałąku, co mnie zasmuciło. Wprawdzie ze sztuką testową nie ma najmniejszych problemów, ale z tym bywa różnie – moje AKG N700NC M2 popękały, a podobne problemy trapią też słuchawki Sony.

Ergonomia

Ergonomia nie jest perfekcyjna, ale na co dzień nie miałem większych powodów do narzekania. Spodobały mi się miękkie nauszniki, które wzorowo przylegały do twarzy, a opaska pałąka trzymała się stabilnie i nie uwierała czubka głowy. Nie podpadła mi także regulacja rozmiaru, ponieważ rozsuwałem pałąk na pozycję czwartą z jedenastu, a mam czaszkę średniego rozmiaru, więc Fidelio L3 powinny pasować na każdą głowę.

Pewne wątpliwości budzą dwa aspekty. Po pierwsze nacisk pałąka jest mocny, słuchawki mogą wymagać przyzwyczajenia. Po drugie konstrukcja jest dość ciężka – słuchawki ważą 360 g. Ciężar czuć na głowie, słuchawki nie są tak komfortowe, jak wspominane Bose NC 700 (250 g). Jednak masę rozłożono równo pomiędzy lewą a prawą stroną, więc o słuchawkach na głowie co prawda nie zapomnimy, ale raczej nie będziemy skarżyć się na ból karku. Ja mogłem spędzić z Fidelio L3 długie godziny bez dyskomfortu.

Funkcjonalność i czas pracy

Obsługa słuchawek jest prosta. Włącznik łatwo wyczuć po omacku, a przyciski z prawej strony odpowiadają kolejno za włączanie ANC/nasłuchu otoczenia oraz asystentów głosowych. Pozostałe operacje obsługuje panel dotykowy, który interpretuje intuicyjne gesty – przesunięcia palcami w pionie regulują głośność, a na boki zmieniają utwory. Z kolei dotknięcia pauzują i kontrolują rozmowy, a przykrycie muszli dłonią pauzuje muzykę i uruchamia mikrofony. Responsywność panelu dotykowego jest przyzwoita, ale gesty muszą być stanowcze, bo muśnięcia są czasami odczytywane jako dotknięcia.

Izolacja akustyczna jest rewelacyjna! Konstrukcja jest zamknięta, a nacisk pałąka wyraźny, więc Fidelio L3 świetnie tłumią pasywnie. Natomiast ANC jest wzorowe – działa tak skutecznie, jak przystało na słuchawki przenośne klasy premium. Znacząco niwelowane są niskie częstotliwości, więc ryk silników praktycznie znika, podobnie jak szum zza okna czy miejskie dudnienie. Słuchawki przyzwoicie wycinają także wyższe częstotliwości, ale pod tym względem są troszkę słabsze od Bose NC 700, które lepiej maskowały szum wentylatora czy oczyszczacza powietrza. Nie miało to jednak znaczenia w trakcie słuchania muzyki, wtedy absolutnie nic nie przeszkadza.

Fidelio L3 są wysoce funkcjonalne. Oprócz ANC oferują nasłuch, czy też „tryb transparentny”, czyli mikrofony można wykorzystać do nagłośnienia otoczenia, dzięki czemu nie trzeba zdejmować słuchawek, żeby się z kimś porozumieć. Jeśli jednak to uczynimy, to muzyka zostanie automatycznie zapauzowana i wznowiona, po założeniu słuchawek z powrotem. Do dyspozycji jest też interfejs Bluetooth 5.1 z szybkim parowaniem (automatyczne wykrywanie słuchawek na smartfonach z Androidem), który obsługuje kodeki aptX i aptX HD. Nie zawodzi również jakość rozmów – rozmówcy słyszeli mnie wzorowo. Niestety w trakcie rozmów telefonicznych nie słyszałem własnego głosu.

Producent obiecuje do 32 godzin działania z włączonym ANC i jest to realny wynik. Akumulator testowałem w cichszym otoczeniu, korzystałem z kodeka aptX HD, ustawiłem głośność na średni poziom i uzyskałem nawet kilka godzin dłużej niż deklarowane wartości. Wiele jednak będzie zależało od zewnętrznego hałasu – czas pracy może ulec skróceniu, gdy będziemy korzystać ze słuchawek w głośnych warunkach. Zaimplementowano jednak szybkie ładowanie, więc kilkanaście minut zasilania przywróci energii na kilka godzin słuchania. Szkoda tylko, że Fidelio L3 nie obsługują ładowarek z gniazdami USB-C, musiałem korzystać z adapterów sieciowych wyposażonych w pełnowymiarowe USB.

Aplikacja na smartfona

Miałem początkowo wiele problemów z aplikacją na smartfona. Oprogramowanie nie wykrywało słuchawek i blokowało kodek aptX HD – z zainstalowaną aplikacją działał jedynie aptX. Ponadto każda próba aktualizacji firmware’u słuchawek kończyła się fiaskiem, ponieważ w jej trakcie słuchawki gubiły połączenie z aplikacją.

Postanowiłem więc odwlec test w czasie tak długo, jak to będzie możliwe, licząc że aplikacja zostanie w międzyczasie zaktualizowana. Na szczęście producent stanął na wysokości zadania – aplikacja nie blokuje już kodeka aptX HD, słuchawki są wzorowo wykrywane, a aktualizacja oprogramowania układowego przebiega bez zgrzytów. Trochę to trwało, bo Fidelio L3 miały premierę już jakiś czas temu, ale lepiej późno niż wcale.

Sama aplikacja jednak nie zachwyca – interfejs jest przeciętny, a funkcjonalność okrojona. Nie można wyregulować intensywności ANC, do dyspozycji są tylko włączniki redukcji hałasu, nasłuchu otoczenia czy trybu adaptacyjnego – słuchawki mogą same uruchamiać ANC lub tryb transparentny, mierząc natężenie hałasu otoczenia. Zawiódł mnie korektor – oferuje on kilka profilów oraz ręczną regulację pięciu zakresów od 100 Hz do 15,6 kHz, ale niestety na ustawieniu neutralnym pogarsza brzmienie i moduluje sygnał.

Specyfikacja

  • interfejs: Bluetooth 5.1 z kodekami SBC, AAC, aptX i aptX HD
  • konstrukcja: wokółuszna, zamknięta
  • przetworniki: dynamiczne 40 mm
  • pasmo przenoszenia: 7 Hz-40 kHz
  • skuteczność: 103 dB
  • impedancja: 16 Ω
  • mikrofony: 4 mikrofony od ANC; 2 mikrofony do rozmów
  • funkcje: hybrydowe ANC, szybkie parowanie, szybkie ładowanie, obsługa asystentów głosowych Siri i Google
  • akumulator: 800 mAh (litowo-polimerowy)
  • czas działania: do 32 godzin z ANC, do 38 godzin bez ANC
  • czas ładowania: ok. 2 godzin
  • masa: 360 g

Brzmienie

W trakcie odsłuchów korzystałem z kodeka aptX HD i odtwarzałem muzykę z plików FLAC oraz Tidala HiFi. Głównym źródłem był smartfon Realme GT Neo 2 z wyłączonymi ulepszeniami Dolby Atmos. Słuchawki miały aktualne oprogramowanie w wersji V5.0.3.0.

Philips Fidelio L3 – tryb bezprzewodowy
Brzmienie Fidelio L3 momentalnie mnie przekonało. Słuchawki zostały zestrojone muzykalnie, brzmią ciepło, gęsto i barwnie, co jest zasługą nasyconego basu oraz bliskiej i w miarę naturalnej średnicy. Górę uspokojono, ale nie na tyle, by brzmienie stało się ciemne czy zgaszone. Mamy więc do czynienia ze słuchawkami zestrojonymi bardziej uniwersalnie i równo, a tym samym mniej „efekciarsko” od produktów Sony czy Sennheisera. Zanim jednak przejdziemy do porównań, tradycyjnie skupmy się na sygnaturze Fidelio L3.

Bas jest lekko podkreślony, ale w granicach mobilnej normy. Słychać akcent w średnim zakresie dołu, ale subbas jest nadal obecny, a wyższy zakres basu nie został wycięty. W efekcie Fidelio L3 mogą zabrzmieć zarówno efektownie w nowoczesnej elektronice oraz lżej i spokojniej w jazzie czy bluesie. Niskie tony potrafią zatem głęboko wibrować, szybko pulsować, masywnie się przelewać, jak i zabrzmieć bardziej punktowo, w zależności od repertuaru. Fidelio L3 współpracują nawet z metalem, trudnym dla wielu słuchawek – ciężka muzyka gitarowa nie staje się jazgotliwa. Co ciekawe bas jest też sensownie zróżnicowany, bo kontrabas czy basówki nie są zlaną, bezkształtną masą. Nic złego nie mogę stwierdzić również o kontroli i dynamice niskich tonów, bo bas się nie spóźnia i nie zalewa pozostałych instrumentów.

Ze średnicą jest podobnie – to także ciepłe, nasycone i bliskie pasmo. Słuchawki faworyzują więc niższy zakres średnicy, a łagodzą ten wyższy, ale strojenie jest znów optymalne. Dźwięk jest nadal zarysowany, precyzyjny i nie sprawia wrażenie rozmytego czy zdystansowanego. Nadal łatwo wychwycić niuanse, wsłuchać się w detale czy śledzić poszczególne linie melodyczne. Bardzo podoba mi się fakt, że pasmo średnie nie jest wycofane, dzięki czemu świetnie słucha się wokali czy żywych instrumentów. Może przez to brzmienie nie jest aż tak krystaliczne i wyraziste, jak w typowych słuchawkach mobilnych, ale Fidelio L3 spodobają się bardziej wymagającym melomanom, którzy wiedzą, jak ważna jest średnica. Nie znaczy to jednak, że słuchawki nie nadają się do elektroniki, popu czy rapu. Dźwięk nadal pozostaje efektowny, gdy wymaga tego muzyka.

Wysokie tony nie zaskakują – są łagodne, nie syczą i nie kłują, więc potęgują ciepło, barwność i muzykalność przekazu. Słuchawki ani przez moment mnie nie zmęczyły, ale jednocześnie nie miałem wrażenia, że dźwięk jest zbyt mało klarowny. Wprawdzie mocniejszy sopran nie zaszkodziłby słuchawkom, ale wtedy Fidelio L3 pewnie straciłyby swój przyjemny, zagęszczony charakterek, będący cechą rozpoznawczą serii. Nie ma mowy o wywindowanym, ostrym czy mocno rozciągniętym brzmieniu góry, bo sopran jest raczej osadzony w średnicy, ale talerze perkusyjne nadal brzmią metalicznie i bezpośrednio, smyczki nie wydają się być ścięte, a wysokie wokale są swobodne. Może fani mocno technicznego, maksymalnie jasnego dźwięku nie będą zadowoleni, ale preferujący łagodny przekaz nie będą narzekać.

Scena dźwiękowa jest przede wszystkim szeroka, bo kanały są kontrastowo odseparowane. Daje się wychwycić przyzwoitą głębię oraz wysokość przestrzeni, ale scena ma raczej elipsoidalny kształt, czyli jest rozciągnięta głównie na boki, trochę spłaszczona i spłycona. Ekspozycja instrumentów jest jednak nadal zróżnicowana – dźwięk wydaje się otaczać słuchacza, bo instrumenty rozbrzmiewają w różnych punktach. Wprawdzie wokół nich nie ma dużej ilości powietrza, czyli dystanse pomiędzy dźwiękami są niewielkie, ale separacja jest i tak dobra, a brzmienie selektywne – łatwo można wychwycić poszczególne linie melodyczne.

Philips Fidelio L3 – tryb przewodowy
A jak słuchawki zachowują się po podłączeniu kablem? Interfejs Bluetooth jest dezaktywowany, ale słuchawki pozostają w trybie aktywnym, czyli działa wbudowany wzmacniacz oraz można korzystać z opcji ANC lub nasłuchu otoczenia. W trybie przewodowym panel dotykowy pozwala jedynie na uruchamianie mikrofonów przykryciem dłoni, więc trzeba sięgać po smartfona w celu kontroli muzyki czy regulacji głośności.

Brzmienie w trybie przewodowym jest podobne, za wyjątkiem narzutu samego źródła sygnału. W przypadku odtwarzaczy mobilnych góra była trochę mocniejsza, dźwięk bardziej zarysowany dźwięk, a przestrzeń większa. Jednak względem połączenia Bluetooth nie było drastycznej różnicy. Dla przykładu FiiO M11 Plus LTD zaoferował trochę bardziej neutralne i wyraziste brzmienie. Co ciekawe słuchawki mają pewne wymagania odnośnie mocy – w odtwarzaczach konieczny był średni poziom podbicia, gdy słuchałem ciszej zrealizowanych utworów o wyższej dynamice.

Warto mieć na uwadze, że słuchawek nie da się podłączyć pasywnie, czyli w trybie przewodowym Fidelio L3 muszą być włączone, a więc akumulator nie może być rozładowany. To jednak mała strata, mowa w końcu o słuchawkach strojonych cyfrowo i wyposażonych we wbudowany wzmacniacz. Tego typu modele zazwyczaj brzmią kiepsko pasywnie, bo producenci nie stroją przetworników akustycznie. Mimo tego tryb przewodowy i tak uważam za atut Fidelio L3, bo coraz więcej producentów rezygnuje z wejść analogowych.

Philips Fidelio L3 – porównania z innymi słuchawkami
Fidelio L3 brzmią inaczej od większości, znanych mi słuchawek mobilnych z wyższej półki. Produkty Sony są zazwyczaj bardziej basowe, ciemniejsze i gładsze, gdy Fidelio L3 popisują się nasyceniem średnicy, dynamiką i szczegółowością. Natomiast Sennheisery Momentum 3 podbijają niskie i wysokie tony kosztem średnicy, generując bardziej klarowny, ale też mniej naturalny dźwięk. Fidelio L3 także nie są chude w niskich tonach, ale brzmią cieplej, bliżej w średnicy, łagodniej i bardziej naturalnie od Momentumów.

Podobnie jest z JBL Club 950NC, które również V-kują i grają efektowniej od Philipsów, ale nie tak szczegółowo i barwnie. Z kolei Bose NC 700 generują mniej basu, nie schodzą tak głęboko w subbas oraz nie potrafią zabrzmieć tak masywnie, gęsto i soczyście, jak Fidelio L3. Moje ulubione i niezbyt popularne AKG N700NC M2 brzmią za to bardziej neutralnie, wydają się być równiejsze i jaśniejsze w przekazie, ale nie brzmią tak przestrzennie i brakuje im nasycenia. Fidelio L3 wygrywają z AKG także bardziej skutecznym ANC.

Fidelio L3 kojarzą mi się z jednym, testowanym niegdyś modelem słuchawek, czyli Beyerdynamic Lagoon ANC. Beyery także zaprzeczały trendom, faworyzowały średnicę, a nie skraje pasm. Jednak moim zdaniem Fidelio L3 są górą, bo potrafią także mocno uderzyć basem, zabrzmieć soczyściej i gęściej oraz zagrać rozrywkowo w miarę potrzeby, co gorzej wychodziło mniej uniwersalnym Lagoonom. ANC jest również lepsze w Fidelio L3, ale to nie zaskakuje – Lagoon ANC debiutowały jednak lata temu, gdy aktywna redukcja hałasu dopiero raczkowała.

Podsumowanie

Philips Fidelio L3 to udane słuchawki Bluetooth. Wyglądają świetnie, skonstruowano je z wysokiej jakości materiałów i wyposażono w wygodne nauszniki. Funkcji jest pod dostatkiem, a atutem opisywanego modelu jest także obsługa kodeków aptX i aptX HD. Akumulator również nie rozczarowuje – kilkadziesiąt godzin na jednym ładowaniu to wynik realistyczny. Ponadto słuchawki świetnie tłumią pasywnie oraz aktywnie. Bardzo spodobało mi się także brzmienie, które jest ciepłe, barwne i – dla odmiany – bliskie w średnicy.

Na szczęście producent naprawił już aplikację, ale ta nadal pozostawia trochę do życzenia – korektor nie działa najlepiej, a opcji jest mało. Ponadto konstrukcja mogłaby być lżejsza, a mocny nacisk pałąka nie każdemu przypadnie do gustu. Z kolei brzmienie może nie spodobać się fanom klarownego dźwięku i neutralnej sygnatury.

Philips Fidelio L3 katalogowo kosztują 1299 zł, czyli tyle samo, co inne modele z półki premium. Jeśli lubimy ciepłe brzmienie i zależy nam na niezłym basie oraz bliskiej średnicy, to stanowią świetny wybór. Mnie słuchawki przypadły do gustu, to mój aktualny faworyt. Gdy jednak liczy się jak najbardziej efektowny dźwięk, to Sennheisery Momentum 3 czy Sony WH-1000XM4 mogą okazać się lepsze.

Dla Philips Fidelio L3

Zalety:
+ świetny futerał
+ eleganckie wzornictwo
+ solidne materiały
+ wygodna obsługa
+ mocne tłumienie pasywne
+ skuteczne ANC
+ długi czas pracy
+ Bluetooth 5.1 z obsługą kodeków aptX i aptX HD
+ ciepłe, masywne i bliskie w średnicy brzmienie
+ szeroka scena dźwiękowa

Wady:
– przeciętna aplikacja na smartfony
– pewne braki ergonomiczne
– brak obsługi ładowarek z USB-C

Sprzęt dostarczył:

SPRAWDŹ AKTUALNE CENY NA CENEO.PL

 

REKLAMA
hifiman

4 KOMENTARZE

    • 599 w mediaexpert, ale przy ryzyku pęknięcia pałąka kupiłbym je w amazon za 620. Tam nie będzie problemów z gwarancją.

    • Dzięki za wychwycenie błędu. Początkowo wydawało mi się, że opaska pałąka jest skóropodobna, ale okazało się, że to również skóra – skorygowałem to jakiś czas temu w opisie konstrukcji, ale nie poprawiłem w ocenie jakości wykonania. Stąd nieścisłość.

DODAJ KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj