Whizzer gościł już na naszych łamach ze swoim topowym modelem Haydn A15Pro. Tym razem poszliśmy w drugą stronę i na warsztat trafiły ich budżetowe słuchawki dokanałowe o jakże bogatej nazwie: Whizzer Opera Factory OM1 Super Bass.

Biorąc pod uwagę cenę wynoszącą 139 złotych oraz dodatek “Super Bass” w nazwie, ciężko się spodziewać, by model ten nawiązywał do starszego brata. Czy ma on jednak w swoim budżecie coś do zaoferowania?

Wyposażenie

Słuchawki robią wrażenie już na samym początku. A nawet nie same słuchawki, co ich pudełko, gdyż zamiast typowego blistra czy małego kartonika dostajemy pudełko w formie słoiczka. Grafitowy kolor z przebijającymi się grafikami w stylu murali i agresywne żółto-pomarańczowe napisy zdecydowanie rzucają się w oczy. Nie jest to co prawda najbardziej poręczne opakowanie, ale zdecydowanie intryguje i po prostu cieszy wzrok.

REKLAMA
campfire

Po ściągnięciu wieczka widzimy kopułki umocowane w wyprofilowanej piance, pod którą umieszczono akcesoria, czyli:
• wymienny przewód o długości 120 cm,
• zestaw silikonowych nakładek w rozmiarach S, M oraz L,
• instrukcję obsługi oraz kartę gwarancyjną.

To zatem zestaw typowy dla tego przedziału cenowego. Nakładki są dość dobrej jakości, więc nie trzeba ich od razu wymieniać. Szkoda jednak, że producent nie zdecydował się na dodanie choćby woreczka do transportu słuchawek.

Wykonanie

Whizzer OM1, podobnie jak ich opakowanie, nie należą do najbardziej ascetycznych. Przezroczyste kopułki o żółtawym zabarwieniu od strony ucha dają wgląd na przetwornik dynamiczny o średnicy 10 mm, jednak ciekawsze są zewnętrzne panele. Półprzezroczyste, z wieloma krawędziami łamiącymi światło i w niezbyt stonowanych kolorach: prawa kopułka ma panel barwiony na czerwono, z dodanym napisem “Opera Factory”, podczas gdy lewa mieni się na zielono i dodano na niej napis “On The Road”. Zdecydowanie przyciąga to spojrzenia, zwłaszcza w słoneczny dzień.

Na górze znalazły się gniazda na wymienny przewód w coraz popularniejszym systemie 2-pin 0,78mm, więc gdybyśmy chcieli zastosować zamienniki, to nie będzie problemu z ich znalezieniem.

Wszystkie elementy zostały dobrze spasowane. Kopułki są składane na zatrzaski i dodatkowo klejone, przy czym widać tu i ówdzie drobne niedociągnięcia estetyczne na łączeniach, ale by je dostrzec, należy się przyjrzeć i nie mają one żadnego wpływu na użytkowanie OM1.

Mimo że obudowy nie należą do najmniejszych, to zostały dobrze wyprofilowane, więc nie rozpychają się w uszach, choć jeśli ktoś posiada małe małżowiny, może wyglądać to inaczej. Zastosowane tulejki mają standardowy rozmiar T400, a przy tym nie wchodzą głęboko w kanał, więc pod względem komfortu sprawdzają się naprawdę dobrze.

Kabel to plecionka z miedzi 6N, niezbyt często spotykana w tej cenie. Chroni ją izolacja o ceglanej barwie, co wpisuje się w wesołą kolorystykę słuchawek. Od wtyków 2-pin mamy poprowadzoną 10-centymetrową silikonową rurkę ukształtowaną na zausznik, który jest zwieńczony małym obciążnikiem w złotym kolorze. To rozwiązanie znacznie wygodniejsze niż zazwyczaj spotykane w tańszych słuchawkach prowadnice oparte na stalowym druciku. Choć silikon nie pozwala na samodzielną modyfikację jego kształtu, to wysoka elastyczność oraz sprężystość pozwalają dobrze dopasować go do kształtu ucha oraz stabilnie trzymają kopułki.

Wtyk kończący przewód to solidnie wyglądająca konstrukcja o wyprowadzeniu kabla pod kątem 90 stopni oraz długiej gumowej odgiętce, dzięki której miedziane żyły są mniej podatne na uszkodzenie. Niestety zastosowany wtyk mini-jack to zwykła dwupinowa konstrukcja, więc nie uświadczymy w przypadku OM1 mikrofonu czy pilota do sterowania mediami.

Pod względem wizualnym, jedynym elementem, który zaburza ten nieco krzykliwy i nowoczesny wizerunek słuchawek, jest spliter na kablu: wielki, gumowy, cały w czerni. Nawet kształt przypominający nieco tarczę niezbyt ratuje jego wygląd.

Gdy już zakładamy słuchawki, bardzo istotny jest dobry dobór nakładek. Ze względu na dość płytką aplikację w kanałach wpływ tipsów na izolację od dźwięków otoczenia oraz samo brzmienie słuchawek jest bardzo duży. Nawet przy właściwym uszczelnieniu ucha, Whizzery nie należą jednak do najlepiej wygłuszających słuchawek i przypominają pod tym względem nieco zbliżone konstrukcyjnie MEE M6 Pro. Na mieście sobie radzą na tyle długo, aż nie trafimy na godziny szczytu, bo wtedy niestety należy mocno podbijać głośność.

Brzmienie

Źródła wykorzystane podczas testów: Cyberdrive EX-2, HiBy R3, Samsung Galaxy S7, Shanling M0, Shozy Alien+, xDuoo D3, xDuoo X3 II.

Whizzery OM1 mają przy swojej nazwie dodany człon „Super Bass” i nie jest on postawiony tak całkiem bez powodu. Gdy bardzo dobrze uszczelnimy ucho za pomocą tipsów oraz głębiej wprowadzimy je do kanałów, ilość basu jest ogromna. Nie jest to jeszcze poziom całkiem zagłuszający resztę muzyki, ale dół atakuje nas od początku. Jego charakter jest jednak dość miękki, nie stara się szybko trafić w punkt i zniknąć, tylko lubi wybrzmiewać dłuższą chwilę. Przekłada się to na rozmycie detali w tym zakresie, które są chowane pod kolejnymi falami dźwięku. Dużo ma z tym wspólnego strojenie niskich dźwięków, gdzie główny akcent został postawiony między mid-basem a średnicą. Dodaje to do muzyki ciepłą nutę, ale i spłyca jej głębię, przez co bas jest dość jednorodny, pozbawiony wielowarstwowości jaką można spotkać w wyżej pozycjonowanych słuchawkach.

W tym momencie objawia się też wspomniana wcześniej cecha Whizzerów, tj. niesamowite przełożenie uszczelnienia ucha na dźwięk. O ile niemal wszystkie słuchawki dokanałowe są na to podatne w mniejszym lub większym stopniu, to ciężko mi sięgnąć po inny model, który reagowałby na to tak gwałtownie. Nawet na tych samych silikonach, które dobraliśmy we wcześniejszej sytuacji, możemy zanotować duży spadek ilości niskich tonów – wystarczy, że się trochę przejdziemy i tipsy w uchu lekko zmienią położenie. W tym momencie bas robi się mniej dominujący, a przy okazji bardziej skoncentrowany i szybszy, zupełnie nie przypominając tego z pierwszego przypadku. Dzięki temu nadaje się on nie tylko dla fanów muzyki spod znaku „bass boosted”, ale sprawdza się niemal w każdym gatunku. Niestety jednocześnie wycofuje się w przedziale poniżej 50 Hz, więc gdy potrzebne jest dobre zejście, to OM1 pokażą swoją słabszą stronę.

Tony średnie są mocno osadzone na basie, dość ciepłe i z akcentem na niskiej średnicy oraz wokalach. Z tego względu naturalne instrumenty są przekłamane, przesunięte w stronę większej muzykalności, a nie naturalności. Być może dzięki temu potrafią być bardzo angażujące w gatunkach, które sugerują już materiały reklamowe, na których Whizzer umieścił odniesienia do punk-rocka i metalu, a nie skupił się na wspomnianym „super bass”. OM1, mimo wesołego wyglądu, są po prostu stworzone do ciężkiej muzyki. Gitary są soczyste i nadają muzyce dużej ilości energii, a popularny rytmiczny galop wręcz niesie ze sobą słuchacza. Gorzej gdy zechcemy posłuchać czegoś delikatnego, z miło prowadzonym fortepianem czy harfą, wtedy te instrumenty są pogrubione, co powoduje ich przygaszenie, choć można zaradzić temu przez odpowiedni dobór nakładek, np. wybierając twardsze z innego zestawu słuchawkowego, gdyż taki materiał odchudzi średnicę.

Wokale, jak zostało już wspomniane, są wyeksponowane. Zostały one podane w sposób dość bezpośredni, ale mimo tego, że są blisko, nie ma poczucia dużej intymności, gdyż są one na swój sposób agresywne. Nie przejawia się to w sposób techniczny przez mocne podbicia okolic 2-3 kHz, które byłyby męczące, lecz przez odczucie jakie wywołują. Znów wracają te mocniejsze gatunki muzyczne, gdzie właśnie agresywny śpiew stanowi ważny element i w którym Whizzery sprawdzają się bardzo dobrze. Gdy przejdziemy do wokali spokojnych, opartych na delikatnych zmianach, to OM1 robią się mało angażujące i wydają się spłycać głosy, skupiając je na nieco wyższych oktawach niż naturalnie ma to miejsce.

Tony wysokie zaczynają się dość wyraziście, ale bez drażniącego podbijania dźwięków w tym zakresie. Niestety rozciągnięcie w górę sprawa wrażenie wyciągniętego ponad możliwości przetwornika, gdyż wyższe partie sopranów dają poczucie syntetyczności, gubiąc naturalną barwę instrumentów, by mocno się wygaszać powyżej 10 kHz. Z tego względu koncerty skrzypcowe są nieco irytujące w odbiorze na Whizzerach, ale to co najważniejsze w OM1, czyli talerze perkusji, są przekazywane w żywy, a przy tym niemęczący sposób.

Scena pod względem rozbudowania na boki prezentuje średni poziom, trzymając się blisko głowy, ale bez uczucia klaustrofobii. Brakuje tu jednak większej głębi, gdyż pod tym względem Whizzery OM1 zupełnie nie potrafią zaskoczyć rozbudowaniem, przekazując muzykę niemal wyłącznie w linii prostej pomiędzy lewą i prawą stroną. Na szczęście słuchawki nie mają problemów z efektem stereo – przejścia pomiędzy kanałami są wyraźne i precyzyjne, na czym zyskuje holografia.

Pod względem szczegółowości OM1 ponownie nie zaskakują – analityczność poświęcono dla rozrywki, przez co drobne detale po prostu umykają, zostawiając na powierzchni najważniejsze informacje i rysując dźwięki grubszą linią.

Synergia z odtwarzaczami jest bardzo mocno uzależniona od doboru nakładek. Gdy skutecznie uszczelnimy kanały za pomocą dużych lub długich nakładek, wtedy dobrze jest podpinać Whizzery pod jaśniejsze źródła, które skompensują rozpasany bas, w przeciwnym wypadku tony średnie mogą zostać zduszone przez dół. Wraz z większą swobodą słuchawek w uchu rośnie jednak łatwość w doborze sprzętu towarzyszącego – przy bardziej stonowanych dolnych rejestrach oraz oczyszczonych tonach średnich możemy niemal dowolnie dobierać odtwarzacze. Wśród testowanych źródeł z żadnym nie pojawiły się problemy synergiczne, choć udało mi się je wywołać za pomocą korektora, co wyraźnie wskazało na to, że należy unikać bardzo ocieplonego towarzystwa, by nie zdusić dźwięku.

Pod względem wymagań prądowych zupełnie nie trzeba się martwić o moc źródła, gdyż słuchawki grają z byle czego i prawie nie reagują na dołożenie dodatkowej energii, więc raczej każdy telefon powinien sobie z nimi poradzić.

Jeśli rozejrzymy się wśród konkurencyjnych słuchawek, których wybór w tym przedziale cenowym jest ogromny, swój wzrok na pewno warto skierować ku Shozy Hibiki, których cena niedawno spadła do poziomu Whizzerów OM1. Hibiki mają zbliżoną konstrukcję i ten sam system montażu kabli, a brzmieniowo są bardziej zrównoważone, bez tak dominującego basu i z naturalniej przedstawionymi sopranami. Choć Hibiki oferują większą szczegółowość oraz rozbudowanie sceny, to jednak bohaterowie dzisiejszej recenzji potrafią dać poziom czystej rozrywki nieosiągalny dla Shozy.

Nieco bliższe dźwiękowo będą Braiwavz M1, grające na planie litery V. Choć są równiejsze od OM1, bardziej uniwersalne i bogatsze w głąb, to jednocześnie mniej angażują przy wokalach i ostrzejszym graniu.

Ciekawie przy Whizzerach wypadają VE Monk Biggie. Bardzo duża ilość basu i podkreślone soprany z cofniętą średnicą mocno się wpisują w brzmienie bohaterów dzisiejszej recenzji. Słuchawki Venture Electronics nie są jednak aż tak wrażliwe na dobór nakładek i zachowują swój styl brzmienia przez cały czas, ale bardziej chowają śpiew niż OM1.

Podsumowanie

Whizzer OM1 to słuchawki mocno specyficzne. Dobrze wykonane, niezłe pod względem ergonomicznym i ciekawie wyglądające. Jednak niewyróżniający się niczym przetwornik oraz wręcz niespotykana wrażliwość na założone nakładki powodują, że pod względem dźwięku trzeba z nimi po prostu trafić we właściwą muzykę. Przy bardzo dobrym uszczelnieniu dostajemy dokanałówki dla fanów ekstremalnych ilości basu, gdyż dzieli on i rządzi w całej muzyce. Wystarczy jednak zastosować nieco mniejsze tipsy i już dostajemy równiejsze, choć ciągle rozrywkowe granie.

Mimo dość oczywistych wad wynikających z ograniczeń przetwornika, nie przypominam sobie słuchawek z tego przedziału cenowego, które dałyby mi tyle frajdy ze słuchania metalu. Wystarczyło podpiąć je pod telefon, podkręcić głośność, a wszystko inne traciło na znaczeniu.

Dla osób słuchających metalu, rapu czy hardcoru up tempo, może to być zatem świetny wybór. Gdy jednak szukamy czegoś bardziej uniwersalnego lub do łagodniejszej muzyki, lepiej spojrzeć na inny model.

Zalety:
+ jakość wykonania,
+ przykuwająca oko estetyka,
+ bardzo energetyczne granie (podbicie basu oraz zaakcentowane wokale i tony wysokie).

Wady:
– nadmiernie wrażliwe na dobór nakładek,
– bas potrafi być przytłaczający,
– mocno przeciętne szczegółowość oraz scena.

Sprzęt dostarczył:

REKLAMA
campfire

DODAJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here