Są artyści, którym udało się od losu wyszarpać więcej aniżeli tylko przysłowiowe pięć minut sławy. Wydali ciepło przyjęty przez publikę i krytyków album, sporo koncertowali, a ich kolejne single zdobyły znaczną popularność. Nic jednak nie trwa wiecznie, a sława to jedna z tych rzeczy, które zyskuje się i traci najłatwiej. Niektórzy zachowali ją przez kilka lat, a w przypadku innych rzesza słuchaczy odwróciła się po krótszym czasie. To właśnie tej drugiej grupie wykonawców chcę poświęcić niniejszy tekst. Artystom mającym na koncie przeboje, ciągle nagrywającym nowe płyty, ale nie mogącymi już marzyć o sławie, jaką mieli jeszcze chwilę temu.

 

Gdy zaczęłam rozmyślać nad konkretnymi nazwiskami owych pechowców, jako pierwsza na myśl przyszła mi kanadyjska wokalistka pop Nelly Furtado, która przed nieco ponad dekadą kasowała konkurencję za pomocą wypełnionego hitami albumu „Loose”. Wyprodukowana przez Timbalanda płyta przyniosła takie przeboje jak „Maneater”„Say It Right”. Warto jednak zaznaczyć, iż Nelly nie wydała tego krążka z pozycji nieznanej szerszej widowni artystki, bowiem już na samym początku kariery zdobyła rozgłos za sprawą bezpretensjonalnego, pop-folkowego utworu „I’m Like a Bird”. Coś w karierze artystki popsuło się po premierze „Mi plan”, czyli albumu hiszpańskojęzycznego. Jego następca, wielogatunkowy „The Spirit Indestructible”, okazał się być klapą, debiutując dopiero na 79. miejscu listy Billboard 200. Ubiegłoroczne „The Ride” miało być furtadowym „teraz albo nigdy”. Współtworzony przez Johna Congletona materiał nie chwycił, pokazując, iż Kanadyjka sama nie wie, w którą stronę chce podążać, a promocja krążka skończyła się zanim na dobre zdążyła się rozkręcić.

REKLAMA
fiio

 

W podobnym co Nelly Furtado czasie debiutowały też dwie inne artystki – Avril LavigneSophie Ellis-Bextor. Dwie różne muzyczne bajki, które spotkał ten sam los. Pierwsza z nich przez długi czas funkcjonowała w świadomości słuchaczy jako zbuntowana wokalistka dla nieposłusznej młodzieży. Lata mijały, dochodziły kolejne przeboje (m.in. „Don’t Tell Me”, „My Happy Ending”, „Girlfriend”) a Lavigne coraz ciężej było zacząć nowy rozdział i zdecydowanym ruchem odciąć się od dawnego wizerunku, który w pewnym momencie po prostu przestał pasować do kobiety powoli zbliżającej się do trzydziestki. Także publika wyczuła lekki fałsz i nie do końca w 2013 roku kupiła Avril wciąż pozującą na nastolatkę. Wydana we wspomnianym roku imienna płyta do dzisiaj nie znalazła nawet miliona nabywców na całym świecie. Artystka od miesięcy pracuje nad jej następczynią, angażując się co jakiś czas w inne muzyczne projekty, które także przechodzą bez echa.

 

Częściej od Lavigne i Furtado nowe płyty wydaje Brytyjka Sophie Ellis-Bextor. Niegdyś można było ją określić „królową parkietów”, a dziś to wokalistka, która chętniej eksperymentuje z alternatywnym popem i folkiem. Jej największym sukcesem jest debiutancki longplay „Read My Lips”, zawierający przebój Murder on the Dancefloor. W kolejnych latach Sophie nie udało się powtórzyć tych sukcesów, choć za sprawą kilku singli (m.in. „Catch You”„Me and My Imagination”) ponownie udało jej się zagościć na listach przebojów. Ostatni raz Brytyjka gościła na nich w 2013 roku po premierze kompozycji „Young Blood”, będącej pierwszą zapowiedzią albumu „Wanderlust”. Ten ostatni był zdecydowanym zwrotem w stronę żywych instrumentów i brzmień inspirowanych wschodnią kulturą. W podobne tony uderzała wydana w 2016 roku płyta „Familia”, którą jednak zauważono w niewielu regionach świata. Czy brak komercyjnych sukcesów przyczyni się do powrotu dyskotekowej Ellis-Bextor? Na to się raczej nie zanosi, bo ona sama zajęta jest przerabianiem starych singli na wersje orkiestrowe – premiera na wiosnę.

 

Także inna Brytyjka miała okazję przekonać się, że sława jest ulotna. Pamiętacie jeszcze Joss Stone, artystkę, której album „Introducing Joss Stone” z 2007 roku swego czasu dzierżył tytuł najlepszego debiutu wokalistki z Wysp Brytyjskich na amerykańskiej liście bestsellerów? W Europie ta obdarzona czarnym głosem piosenkarka (która, co warto zaznaczyć, swój pierwszy krążek wydała mając… 16 lat!) popularność zdobyła już w 2004 roku, lansując takie przeboje jak „You Had Me”„Right to Be Wrong”. Pasmo sukcesów przerwały kłótnie Stone z wytwórnią. Wydana po wielu perturbacjach płyta „Colour Me Free” z końcówki 2009 roku była jej pożegnaniem z labelem Virgin i początkiem działalności we własnej wytwórni. W 2012 roku gwiazda Joss ponownie zabłysła jaśniej, gdy do sklepów trafiło „The Soul Sessions Vol. 2”, czyli kontynuacja bestsellerowego (5 milionów sprzedanych kopii!) debiutu Brytyjki z 2003 roku, by ponownie przygasnąć wraz z premierą inspirowanego reggae krążka „Water for Your Soul” z roku 2015. Wokalistka sprawia jednak wrażenie osoby, którą cyferki mało obchodzą. W ciągu kilku lat odwiedziła prawie każdy zakątek świata, spotykając się z ciepłym przyjęciem swojej twórczości. Czego chcieć więcej?

 

Nie sposób nie wspomnieć również o walijskiej artystce Duffy, zwłaszcza że chwilę temu dziesiąte urodziny świętował jej debiutancki album „Rockferry”, z którego pochodzi wielki przebój „Mercy”. Płyta ta była jednym z najlepiej sprzedających się krążków w 2008 roku (lepsi okazali się być tylko Coldplay, Amy Winehouse i AC/DC) i szacuje się, że dzisiaj ma ją około 10 milionów fanów. Na Duffy spadł deszcz nagród, a wraz z sukcesem przyszła też niestety presja. W obdarzonej charakterystycznym głosem Walijce zaczęto upatrywać nowej Amy Winehouse, mającej tchnąć nowe życie w retro-pop. Wydana po dwóch latach płyta „Endlessly” nie sprzedawała się już tak dobrze, a wytwórnia, zawiedziona niskim zainteresowaniem ze strony słuchaczy, zdecydowała, że promocja albumu zakończy się na singlu „Well Well Well”. Od tego czasu Duffy sporadycznie daje o sobie znać – na palcach jednej ręki policzyć można jej kompozycje wydane po 2010 roku. Ostatnio zaskoczyła coverem „I Put a Spell on You” i znów zniknęła.

 

„How to Save a Life” – to pytanie zadawał w 2006 roku amerykański zespół The Fray. Aż chciałoby się przekręcić tytuł ich debiutanckiej płyty (i zarazem popularnego singla, który był numerem 3. w USA i 4. w Wielkiej Brytanii) i zapytać “how to save a fame?”. Zainteresowanie pop-rockowym bandem spadło niecałe dziesięć lat temu – promocję ostatnich dwóch albumów kończono po wydaniu zaledwie dwóch singli. Niewielkim zainteresowaniem cieszyła się także wydana w 2016 roku kompilacja „Through the Years: The Best of the Fray”. Co ciekawe, muzycy grupy początku kariery nie zrobili sobie dłuższej przerwy.

 

Co innego irlandzka formacja The Corrs, która jeszcze w 2005 roku wprowadzała nowe single na listy przebojów na całym globie, a z krążka „Home” uczyniła kolejny bestseller. Z kolejnym wydawnictwem czworo rodzeństwa pojawiło się dopiero po dekadzie, w roku 2015, a długa przerwa sprawiła, iż grono słuchaczy zainteresowanych ich popowo-folkowo-rockowymi brzmieniami zmalało, a żaden z singli nawet nie pojawił się na listach przebojów w ich ojczyźnie.

 

Także na polskim rynku muzycznym zniknięcie niektórych wykonawców z horyzontu nie jest niczym niespotykanym. Dobry przykład stanowią Doda i zespół Virgin, w którym wspomniana wokalistka zaczynała karierę. Formacja znana z takich przebojów jak „Dżaga”„Znak pokoju” dwa lata temu postanowiła o sobie przypomnieć, wydając album „Choni”, który dotarł jedynie do 24. miejsca w rankingu OLiS. Złote czasy ma za sobą także kapela Feel. Grupa, na czele której stoi Piotr Kupicha, w 2007 roku rozbiła bank, lansując hit za hitem (m.in. „A gdy jest już ciemno”„Jak anioła głos”) i sprzedając ponad sto tysięcy kopii debiutanckiego albumu. Żadna z kolejnych płyt nie znalazła tylu nabywców, a zapowiadaną na 2015 roku premierę czwartego albumu przełożono na bliżej nieokreślony termin. Nie wiadomo również, kiedy do sprzedaży trafi kolejny album Ich Troje – formacji, której piosenki (m.in. „A wszystko to… (bo ciebie kocham)!”„Powiedz”) na początku XXI wieku nuciła cała Polska. Lider kapeli, Michał Wiśniewski, ogłosił ostatnio, iż rozpoczyna zbiórkę pieniędzy na nagranie nowej płyty. Ostatnia, “Pierwiastek z dziewięciu”, ukazała się pod koniec 2017 roku, choć pewnie mało kto to zauważył.

 

Przedstawieni przeze mnie powyżej artyści tak naprawdę stanowią jedynie wierzchołek góry lodowej. Jak wielką popularnością ktoś by się w tym momencie nie cieszył, chude lata mogą przyjść szybciej, niż się mu wydaje. W dzisiejszych czasach słuchacze szybko się nudzą i są ciągle spragnieni świeżej krwi, bez żalu żegnając się z wykonawcami, których przed chwilą wielbili. Kogo wkrótce może spotkać taki los? Niewielkie zainteresowanie wzbudziły ostatnie albumy takich gwiazd estrady jak Miley Cyrus, Kelly Clarkson, Fergie, Gwen Stefani, Justin Timberlake czy Britney Spears. Także zespoły pokroju Red Hot Chili Peppers, En Vogue, TLC, Kaiser Chiefs czy Keane powoli zmagają się ze słabnącą popularnością. Pomimo faktu, że dziś na szczycie są inni wykonawcy, to muszę przyznać, że wracanie do sprawdzonych nazwisk często dostarcza mi więcej przyjemności niż obcowanie ze “świeżakami”. Wydaje się jednak, że jestem w mniejszości. Może to ta słynna nostalgia?

Zdjęcie tytułowe: THX0477 na licencji Creative Commons

REKLAMA
mip

DODAJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here